6 lipca 2017

Czas na show



Opowiadanie, które masz przed sobą, jest jednym z kilku konkursowych tekstów. Nie ukrywam, wśród nich moim ulubionym. Zadanie polegało na tym, by napisać opowiadanie zawierające podane słowa klucze - nieraz bardzo dziwne - których zresztą było całkiem sporo. Chyba najgorzej nie wyszło (znalazłam się wśród trójki zwycięzców). Do najnowszych nie należy, za to prezentuje szczyt moich ówczesnych możliwości. Mam nadzieję, że Ci się spodoba.
 

            Obudził go głośny huk, dochodzący z dołu. Do diabła, czyżby któryś z członków jego bezmyślnej armii znów zrobił coś głupiego? Z wyrażającym bezgraniczną irytację westchnieniem uchylił powieki i przez moment kontemplował, jak świat groteskowo rozmywa się przed jego oczami. W końcu sięgnął w bok i na stojącym przy łóżku koślawym jak nieszczęście stoliku wymacał grube szkła w rogowej oprawie, sam już nie wiedział, ile razy własnoręcznie sklejanej. Wcisnął je na nos. Nim zdążył usiąść, z belki pod sufitem coś gładko spłynęło i miękko opadło na czubek jego głowy.
            - Znowu tam spałeś, Glider? – zaśmiał się, wyplątując z włosów zwierzątko.
Należący do Simona samiec lotopałanki karłowatej był wyjątkowo dużym przedstawicielem tego gatunku. Gładząc jego miękkie futerko, chłopak znów spojrzał w duże, błyszczące oczy z czarną obwódką i zaśmiał się cicho, gdy po raz setny przyszło mu na myśl, jak bardzo są do siebie podobni pod pewnymi względami. Posadził sobie stworzonko na ramieniu i wstał z ociąganiem. Kilkoma długimi krokami przeszedł przez pokój i włączył ulubiony kawałek Nirvany. „Sliver” popłynęło z głośników dokładnie w tej samej chwili, gdy – co było już niemal tradycją – uderzył głową o ukośny sufit (od kilku lat mieszkanie w pokoju na poddaszu stanowiło pewien problem, jednak nie zamierzał się przenosić), podnosząc z krzesła czarny T-shirt. Glider z cichym piskiem zeskoczył na podłogę i schował się pod starą szafą.
- Włącz „Smells like teen spirit”! – dobiegł go zza pleców niski głos, przypominający nieco gardłowe warczenie.
- Nic z tego, Kurt. Słuchaliśmy tego przez ostatni tydzień na okrągło.
Simon podszedł do lustra. Jak zwykle, zamiast wysokiego, rudowłosego piegusa, którym był w istocie, ujrzał w nim czarnowłosego przystojniaka o drapieżnym spojrzeniu. Urodzony absztyfikant, powiedziałaby pewnie babcia, gdyby jeszcze żyła. I gdyby mogła ujrzeć jego brata bliźniaka, który bez wątpienia istniał – lecz wiedział o tym tylko Simon.
- I co z tego?
Kurt wyszczerzył krzywe, połamane zęby, po raz kolejny w przykry sposób przypominając bratu, że od dziecka cierpi na bruksizm. Jego piwne oczy błysnęły dziko spod potarganej grzywy, nadając uśmiechowi groźny wygląd. Przerzucał z jednej dłoni do drugiej sztylet, którym zwykł się bawić, zmuszając nastolatka przed lustrem do wykonania kilku dziwnych, nieskoordynowanych ruchów rękami. Simon wciągnął koszulkę przez głowę, z satysfakcją wytrącając bliźniakowi broń.
- No dobra, muszę iść sprawdzić, co tam się dzieje. Zombie naziści… Kto w ogóle wpadł na taki pomysł?
Mrucząc pod nosem, wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami. Piętro niżej natychmiast zapanował spokój. Idąc po skrzypiących drewnianych schodach poczuł niesioną delikatnym powiewem woń rozkładu. No pięknie, pewnie znów wyważyli drzwi od podziemia i zrobili grandę. Nieżyjący od dwudziestu lat rodzice Simona wciąż uporczywie usiłowali się wydostać, jakby dalej chcieli mieszkać w domu, który już nie należał do nich. W domu, w którym nic nie działo się jak należy. Jego rozległe piwnice zamieszkiwała horda zombie, bezwzględnie poddana wiecznie młodemu socjopacie, wciąż wyglądającemu jak niezbyt awangardowy nastolatek, mającemu na dodatek nieistniejącego, wydawałoby się, brata bliźniaka.
Simon dotarł do jasnego holu i zatrzymał się przed drzwiami wejściowymi. Tuż nad nimi widniała sporych rozmiarów półokrągła dziura. Z jej brzegów, niczym kły groźnej bestii, sterczały resztki tego, co kiedyś było pięknym witrażem, przedstawiającym sztorm. Kawałki szkła w kolorach indygo i fenoloftaleiny po zetknięciu z mocno zasadowym związkiem chemicznym pokrywały podłogę. Odczucia chłopaka względem tego tak zwanego dzieła sztuki były ambiwalentne, ostatecznie jednak nie był pewien, czy ukontentowało go wybicie w ścianie dziury wielkości połowy parasola ogrodowego. Obrócił się na pięcie, zauważając przy okazji, że w całym domu panuje idealna cisza. Nigdzie nie dostrzegł najmniejszego ruchu.
- Świetnie – warknął. – Nabroili i wrócili do siebie.
Szybkim krokiem ruszył w stronę zniszczonych – jakżeby inaczej – drzwi, ledwie trzymających się na zawiasach. Potraktował je kopniakiem i niemal pobiegł na dół, zanurzając się w zielonkawym półmroku. Wpadł jak burza w sporą grupę żywych trupów, które natychmiast wyczuły jego zdenerwowanie i wycofały się o kilka kroków.
- Przyznać mi się zaraz, który to!
Przez tłum przebiegł cichy pomruk. Gdyby chłopak nie był do tego przyzwyczajony i nie wiedział, że to oni się go boją, już dawno by uciekł. Gdy już zaczynało się wydawać, że jego rozkaz nie przyniesie żadnego rezultatu, po wahaniu zdającym się trwać w nieskończoność, powoli podszedł, a raczej dokuśtykał do niego wielki zombie. Wyjątkowo paskudny typ wyposażony w piłę łańcuchową. Wielka dziura świadczyła jasno o tym, że już dawno zgubił gdzieś jelita. Zresztą, chyba nie tylko jelita. Chodził za jego rodzicami – a raczej za tym, co z nich zostało – niemal jak pies. To wyjaśniało, skąd wziął się na górze. Zwiesił potulnie głowę i zamruczał, gdy Simon wrzasnął mu prosto w rozpadającą się twarz:
- Ile razy mam wam powtarzać, że nie wolno wam wychodzić bez mojego pozwolenia?!
Truposz wydał z siebie dziwny, nieokreślony dźwięk i powoli wskazał ręką na parę stojącą nieopodal. Jedno z dwójki, niegdyś ładna, drobna kobieta, nie miało ręki i było łyse. Drugi zombie był wysokim facetem o rysach twarzy niemal identycznych z rysami Kurta. Teraz jednak cała jego głowa przypominała mocno pogryzioną piłkę do rugby. Oboje zgodnie warknęli, przesuwając się nieco do przodu.
- Jak rany, co mnie podkusiło, żeby pozwolić wam wstać z grobu?! Powinienem był was spalić, zanim wasze ciała zdążyły ostygnąć! Nie obchodzi mnie, że byliście słynnymi nazistami – i moimi rodzicami, dodał w duchu – i bez wątpienia przydałyby mi się wasze umiejętności. Jeśli jeszcze raz zobaczę was choćby na progu tych drzwi – zamaszystym gestem wskazał ku górze, z grubsza w kierunku wspomnianego wyjścia – przerobię was na podpałkę do grilla!
Z gniewu czerwony jak burak i sapiący jak lokomotywa, Simon popędził z powrotem na parter, po drodze ślizgając się na zepsutym mango (skąd ono się tu wzięło, do diaska?!), przez co o mało nie spadł ze schodów. Ostatecznie wylądował na pokrytym pyłem dywanie  w holu. Podniósł się, otrzepał podarte dżinsy i z furią złapał ciężkie dębowe drzwi. Z trudem wepchnął je na miejsce i ponownie nałożył na nie zaklęcia ochronne. Podejrzewał, że tym razem będą znacznie silniejsze z powodu wrzącej w nim wściekłości. Potwierdziły to niebawem dobywające się zza nich co rusz bezsilne pojękiwania, gdy trupy bezskutecznie raz po raz waliły w drewno broniące im dostępu do świata żywych. Ze złośliwym uśmiechem na ustach nastolatek poszedł do swojego pokoju, nie zwracając uwagi na dźwięki, które każdego na jego miejscu przyprawiłyby co najmniej o zawał.
Mijając lustro, usłyszał niski, gardłowy śmiech.
- Spokojnie, twardzielu. Było cię słychać aż tutaj.
- Nie gadaj głupot, byłeś tam ze mną. Nigdy się na to nie nabrałem, pamiętasz?
- No wiem przecież. Tak tylko się z tobą droczę, braciszku.
Kurt miał dość osobliwe poczucie humoru. Zawsze bawiły go takie zdarzenia. I wprost nie posiadał się z radości, gdy zwykle opanowany, inteligentny bliźniak został wyprowadzony z równowagi, co nie było łatwe. Tym bardziej, że potem równie trudno było mu dojść do siebie. Simon rzucił się na łóżko, próbując się odprężyć. Zaczął nucić pod nosem piosenkę, która już po raz trzeci tego ranka płynęła z głośników.
- No naprawdę, nigdy ci się to nie znudzi? – usłyszał w głowie pytanie brata.
- A tobie? – powiedział na głos.
Po raz kolejny zaczął zastanawiać się nad niezwykłymi właściwościami lustra wiszącego na ścianie. Tylko ono pozwalało mu zobaczyć Kurta i usłyszeć jego głos naprawdę, a nie tylko w myślach. Gdyby tak posunąć się o krok dalej? Gdyby spróbować…
- Daj spokój. Jak chciałbyś to osiągnąć, mądralo? – W jego umyśle rozbrzmiał cichy śmiech, zdradzający napięcie.
- Jeszcze nie wiem, ale… Ej, jestem potężnym czarnoksiężnikiem, który podbije świat, czy nie?
- No, mniej więcej… Nie. – Tym razem śmiech był głośny i zaraźliwy.
Uśmiechając się krzywo, rudy chłopak wstał i podszedł do magicznego lustra. Czarnowłosy nastolatek po drugiej stronie zrobił to samo. W piwnych oczach obu malowała się nikła nadzieja. Wreszcie wyglądali jak rodzeni bracia, którymi przecież byli. Popatrzyli na siebie uważnie, myśląc o tym samym.
- Właściwie… Dlaczego nigdy nie spróbowałem cię wyciągnąć? Zaraz… Może to dlatego, że jesteś taki wredny i pyskaty.
Donośny śmiech obu chłopców poniósł się echem po pokoju. Słysząc go, Glider wygramolił się wreszcie spod szafy, wspiął się zwinnie na ramię Simona i ugryzł go w ucho.
- Ej! – krzyknął.
- Ani mi się waż! – powiedział w tym samym czasie Kurt, łapiąc za głowę niewielkiego białego boa, owijającego się właśnie wokół jego ręki. Nigdy nie słyszał, by te węże gryzły. Savio był jednak wyjątkiem i chłopak właśnie udaremnił jego zamiar.
Simon spojrzał na brata poważnie i rzekł zniżonym głosem:
- Widzisz, nawet on się na tobie poznał – Przy ostatnim słowie nie wytrzymał i znów parsknął śmiechem. Gdy wreszcie zdołał się opanować, mruknął z namysłem – To lustro może być kluczem…
- I teraz mi to mówisz, Panie Wszystko-kurcze-wiedzący Czarnoksiężniku? – Niedowierzanie na twarzy Kurta wprost zmusiło jego brata do uśmiechu. – Po tylu latach? No nie… Jak mnie wyciągniesz, to cię zabiję.
- Wobec tego dobrze mieć świadomość, że pewnie się nie uda. – Ledwo słyszalna złośliwość w jego głosie spowodowała, że brat posłał mu mordercze spojrzenie. – Dobra, spokojnie. – Mrugnął do niego. – Daj mi się zastanowić…
Rudowłosy chłopak zaczął uważnie przyglądać się srebrnemu lustru. Wyciągnął prawą dłoń, pogładził grubą ramę, a potem z pewnym wahaniem dotknął tafli. Naturalnie, brat bliźniak po drugiej stronie zrobił to samo, krzywiąc się nieznacznie. Obaj natychmiast odskoczyli do tyłu, zdezorientowani i zaskoczeni, gdyż pod palcami żaden z nich nie wyczuł metalu, lecz… ludzką skórę. Czy to możliwe? Przez tyle lat mieli odpowiedź pod nosem i nigdy żaden z nich nie wpadł na to, by choćby spróbować…
- Ale jazda! – Zawołał Kurt. – Mogę wreszcie żyć normalnie! Czadowo, już znudziło mi się w twojej głowie. Masz nierówno pod sufitem. – Znów wyszczerzył zęby.
Ignorując złośliwości oraz nieustanny potok cichych przekleństw podnieconego brata, Simon znów zbliżył się do lustra. Tym razem nieco pewniej wyciągnął rękę przed siebie. Gładko zanurzyła się w zimnym metalu. Widząc, jak oczy rozszerzają mu się ze zdumienia, ujął bliźniaka za nadgarstek. Wystająca z lustra dłoń zrobiła z nim to samo. Zaczął ciągnąć, najpierw lekko, jakby na próbę, potem stopniowo coraz bardziej. Ze srebrnej tafli z dziwnym odgłosem powoli i opornie zaczęło wynurzać się blade ramię.
- Ciągnij mocniej! Mam tam przyjść i pokazać ci, jak to się robi? –  Głos brata zdawał się być mniej odległy niż zwykle. Jakby nagle przestała dzielić ich niewidzialna przeszkoda.
- Proszę bardzo, możesz sam się wyciągnąć, a ja popatrzę – co ty na to?
- O nie, tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. – Gardłowy śmiech ponownie przetoczył się przez pokój niczym grom. – Ej, wiesz co? Jak już będę po tamtej stronie, założymy kapelę rockową!
- Hmm… To może dla odmiany ja wskoczę do lustra?
Wciąż się tak przekomarzając, wspólnymi siłami starali się wydobyć Kurta. Simon nie mógł uwierzyć, że – mimo, iż było ciężko – jest to takie proste. A on nigdy nawet o tym nie pomyślał. Nagle z dołu dobiegł ich przeciągły odgłos cięcia piłą łańcuchową. Z zaskoczenia Simon puścił brata, który z plaśnięciem został ponownie wciągnięty do lustra.
- Ej…
- Psia kość, powinienem był zabrać piłę temu osiłkowi! – wrzasnął z wściekłością, przerywając słaby protest czarnowłosego nastolatka.
Popędził do drzwi, słysząc w głowie rechot:
- Uuu, szykuje się niezła zadyma! – Kurt zawył radośnie.
- Nawet mnie nie wnerwiaj!
- Tak jest, Sisi, księżniczko! Wkurz się porządnie i przerób ich na mielone!
- KUUURT!!! – ryknął Simon, przeskakując po trzy, cztery stopnie naraz.
Ignorując rozbrzmiewające w głowie motywacyjne okrzyki bliźniaka, chłopak dotarł na parter dokładnie w chwili, gdy stare dębowe drzwi wyleciały z hukiem. Przerażona lotopałanka przeskoczyła na balustradę i skuliła się, trzęsąc się żałośnie. Przez dziurę w ścianie zaczęły przedzierać się żywe trupy. Nie wyglądały na zbyt szczęśliwe – jeśli to w ogóle możliwe w przypadku istot martwych od dziesiątek lat. Simon instynktownie zaczął się cofać. Zatrzymał się na drugim stopniu, pojmując swój błąd. Licząc skrycie, że truposze nie zauważyły jego początkowego wahania, zaczął wrzeszczeć:
- Co wy sobie, gnijące góry mięsa, wyobrażacie?! Zaraz… NIC! WY PRZECIEŻ NIE ŻYJECIE!!!
Potok ożywionych ciał się zatrzymał. Martwe, rozpadające się twarze zwróciły się w jego stronę. Niektóre zombie jakby się nieco skurczyły, wciskając głowy w ramiona i garbiąc się – bardziej, niż zwykle, co w niektórych przypadkach zdawało się wręcz niemożliwe. Truposze w skupieniu słuchały krzyków, kołysząc się miarowo w przód i w tył.
- Zabroniłem wam wychodzić! Dziecko by zrozumiało, bezmózgie kreatury! KONIEC!!!
Simon wściekle zamachał rękami i posłał w głowę najbliższego truposza sporą błyskawicę, unicestwiając go w mgnieniu oka. Jeszcze przez moment stał na nogach, zupełnie jakby nie dotarło do niego, co się stało, a potem runął jak długi na stary dywan. Przez tłum jego towarzyszy przebiegł gniewny pomruk. Powietrze w holu wyraźnie zgęstniało. Zaczęło dziać się coś złego.
Pierwszy do ataku ruszył żywy trup z dziurą w trzewiach, wymachujący piłą łańcuchową jak oszalały. Nastolatek cofnął się jeszcze o dwa stopnie, by znaleźć się chwilowo poza jego zasięgiem i zastanowił się, co robić. Za tą górą mielonki zaraz pójdą następne. Sam nie wiedział dokładnie, ile jeszcze ich tam jest. Początkowo powinien sobie jakoś radzić, ale jeśli szybko czegoś nie wymyśli, w końcu może się zrobić nieciekawie.
- Kurt, mógłbyś mi pomóc – mruknął, równocześnie unicestwiając silnym zaklęciem kilka truposzy, które znajdowały się najbliżej. – No dalej. Jesteś dobry w te klocki.
- Ale przestań, skromnisiu, świetnie sobie radzisz – prychnął głos w jego głowie. – A to dopiero początek… Och, już mi ślinka cieknie, jak sobie pomyślę.
- Przestań mnie wnerwiać, nie mam czasu się z tobą użerać. – Kolejna grupka sześciu czy siedmiu żywych trupów wlokła się w stronę schodów, zderzając się i pojękując złowrogo. Tych również zmiótł, pozostawiając dymiące resztki. – Musimy jakoś pozbyć się ich wszystkich, inaczej nie damy sobie rady.
- My? O nie, nic z tego, pięknisiu. Pamiętasz, co powiedział tamten psychiatra jakieś czterdzieści czy pięćdziesiąt lat temu? Ja jestem tylko wytworem twojej chorej wyobraźni, czubku! – Rechot brata byłby wręcz nie do zniesienia, gdyby tylko Simon nie miał na głowie całej hordy atakujących go co rusz kolejnymi falami rozwścieczonych (no, powiedzmy; z ich twarzy ciężko cokolwiek wyczytać – o ile w ogóle je posiadają) truposzy.
- Czterdzieści siedem – odpowiedział rudowłosy chłopak automatycznie, skupiając się na uniemożliwianiu truposzom choćby podejścia do schodów, na których stał.
Zobaczył, jak kolejny zombie eksploduje pod wpływem rzuconego czaru i wpadł mu do głowy szalony pomysł. A co, gdyby wysadzić cały dom z nimi wszystkimi w środku?
- To pogrzebie nasze nadzieje, wiesz o tym? – spytał Kurt. W jego cichym głosie czaił się złośliwy uśmiech.
- Jeśli szybko się ich nie pozbędziemy, sami zostaniemy pogrzebani, wiesz o tym? – Odpowiedział Simon równie złośliwie. Potem spoważniał. – Słuchaj, nie mamy innego wyjścia. Wykończą nas prędzej czy później, jeśli jakoś temu nie zaradzimy.
- Dobra, primabalerino. Czas na show.
Ponownie ignorując brata, nastolatek zgarnął z balustrady przerażonego Glidera i zaczął przebijać się do drzwi przez wciąż gęstniejący tłum truposzy, kurczowo przyciskając zwierzątko do piersi. Lotopałanka jakby oszalała z przerażenia – wyrywała się, próbowała gryźć i drapać, jednak nie odnosiło to pożądanych skutków; dłoń o długich palcach trzymała je w żelaznym uścisku.
Nagle Simonowi zastąpiły drogę dwa wyjątkowo wysokie truposze w płaszczach esesmanów. Każdy z nich spróbował pochwycić go z innej strony. Klnąc pod nosem, chłopak pochylił się i zrobił zgrabny unik, posyłając przy okazji jednego do wszystkich diabłów prostym czarem. Kurt zawył z radości i zaczął wykrzykiwać obelgi pod adresem drugiego z nich. Jego bliźniak z uśmiechem pokręcił głową i pozbył się przeciwnika. Rozejrzał się, oceniając swoje szanse. Od wyjścia oddzielało go około tuzina żywych trupów, następne już ku niemu zmierzały. Zaklął szpetnie pod nosem i rzucił kolejne zaklęcia. W końcu z trudem przebił się do drzwi. Po raz kolejny zastanowił się, co robić dalej, opierając się o nie plecami.
- Roznieś ich, złociutki! Och, ależ to będzie piękne!
- Kurt, nie pomagasz. Musimy się stąd jakoś wydostać.
- Pal cię licho, puść z dymem tę piekielną ruderę! I tak już nie mamy tu życia…
Simon głośno przełknął ślinę, nagle zdając sobie sprawę, że brat ma rację. Odetchnął głęboko kilka razy (przy okazji rozwalając kolejne zombie, które znalazły się niebezpiecznie blisko). Wyszukał w zakamarkach pamięci zaklęcie, którego nigdy nie używał, o którym jedynie czytał. Przypomniał sobie zawiłą formułę i skupił się z całych sił. Poczuł, jak płynie w nim moc, jak zaczyna się wydostawać, rażąc w otaczające go istoty, które teraz zaczęły się cofać. Jednak było już na to za późno. Wszystko wokół zatonęło w oślepiającej jasności. Moment później rozległ się potężny huk. Rudowłosy chłopak poczuł, że leci do tyłu
(Tam nie było drzwi?)
i mocno uderza plecami o ziemię.
(Pewnie będzie spory siniak…)
Przeturlał się kilkakrotnie
(Juhuu! Ale zabawa!)
i znieruchomiał. Miał wrażenie, że czas się zatrzymał. Uświadomił sobie, że wciąż ściska w ręce przerażonego Glidera. Gdy go puścił, zwierzątko zwinęło się w kłębek na jego piersi. To ostatnie, co do niego dotarło, nim stracił przytomność.

***

- Wystarczy tego polegiwania!
Simon usiadł z trudem, krzywiąc się na dźwięk głosu brata. Spojrzał z podziwem na swoje „dzieło”, poprawiając okulary na nosie.
- Tak jest, braciszku, wszystko w pi…
- Zniszczone – szepnął z niedowierzaniem.
- No dokładnie – radośnie przytaknął Kurt. – Pomyślałbyś, że potrafisz zrobić coś takiego? Ale dość tego dobrego, podnieść swoje potężne cztery litery, idziemy.
- Myślisz, że ocalało?
Choć nie mógł tego zobaczyć, wyczuł, że bliźniak teatralnie wzrusza ramionami i się uśmiechnął. W istocie, była niewielka szansa, że magiczne lustro nie zostało zniszczone. Napawało go to niewysłowionym optymizmem. Nadzieja, że wreszcie będzie miał rzeczywistego, cielesnego brata – i że pozbędzie się go ze swojej głowy…
- A myślisz, że mnie się tu podoba?
Roześmiał się, ruszając ku wciąż dymiącym ruinom domu, w którym spędził całe swoje życie. Samiec lotopałanki siedział mu na ramieniu, wtulając się w jego szyję.
- Coś czuję, że żaden tego nie przetrwał – stwierdził nastolatek, trącając czubkiem buta coś bezkształtnego – równie dobrze mogła to być zarówno dłoń, jak i kawałek nogi.
Simon wdrapał się na stertę gruzu, rozglądając się uważnie. Nie był zbyt zaskoczony, gdy nieopodal ujrzał połyskującą srebrną taflę. Te magiczne ustrojstwa nie psują się tak łatwo – powiedziałaby pewnie babcia. Zeskoczył po drugiej stronie i z uśmiechem na ustach podszedł do lustra. Aż trudno w to uwierzyć, ale zachowało się w nienaruszonym stanie – zero rys, pęknięć, nawet jednego wgniecenia. No tak, niełatwo je zniszczyć.
- Skończyłeś? – dobiegł go krzyk z dołu. – To może zabierzesz się do rzeczy, bęcwale?
- Nie jestem pewien, Kurt, czy chcę wyciągnąć z lustra twoją osobę, no wiesz, w całości. Mógłbyś zostawić tam na przykład swoje genialne teksty…
Śmiejąc się złośliwie, Simon pochylił się (Glider zeskoczył na ziemię i zaczął mu się przyglądać), ujął brata za nadgarstek jak za pierwszym razem i zaczął ciągnąć. Było ciężko, ale z lustra stopniowo, centymetr za centymetrem, zaczęło wyłaniać się najpierw jedno ramię, potem głowa… Gdy oba ramiona były wolne, Kurt zaczął pomagać bratu. Obaj ciężko dyszeli z wysiłku, gdy wreszcie po wspólnych staraniach czarnowłosy bliźniak został oswobodzony.
Simon podniósł lustro, odwrócił się na pięcie i przeszedł kilka kroków, słysząc za sobą niepewne stąpanie brata. Padł na trawę tuż obok zgliszczy. Obrócił się na plecy i zasnął.
Obudził się po krótkim czasie. Czuł się dziwnie wypoczęty. Uniósł dłoń ku twarzy, by swoim zwyczajem poprawić okulary… i zamarł. Nie wymacał szkieł, natomiast jego palce natrafiły na długie, proste włosy rozrzucone w nieładzie. Szeroko otworzył w oczy i ku swojemu zaskoczeniu spostrzegł, że widzi normalnie. Usiadł oszołomiony, spoglądając w lewo. Tuż obok siedział brat, wodząc nieprzytomnym spojrzeniem wokół. Co najciekawsze, wyglądał zupełnie jak… Zaraz, czy to możliwe?
- Kurt?
Bliźniak uniósł wzrok. Szeroko rozdziawił usta ze zdumienia, ukazując te same krzywe, połamane zęby, co zawsze.
- Jak to możliwe? Ejj… Ukradłeś moje ciało!
Simon zerknął w lustro leżące u jego boku. Rzeczywiście, wyglądał jak Kurt, nie licząc, nazwijmy to, uśmiechu. Poczuł słabe uderzenie w ramię.
- Oddawaj! Nie po to tyle się męczyłem z wychodzeniem, żeby teraz wyglądać tak żałośnie.
- No dzięki, braciszku. Ja tak miałem przez całe życie… I jeszcze musiałem znosić ciebie w swojej głowie! Nie sądzisz, że zasłużyłem na coś więcej? – Posłał mu promienny uśmiech, uchylając się przed ciosem.
- Daj mi lustro, wracam…
- Nic z tego.
Ujął grubą drewnianą ramę i podniósł się na równe nogi. Brat zrobił to samo. Wyglądał jak pantera szykująca się do skoku. Groźny błysk zza okularów świadczył, że to nie żarty. Nie tym razem. Jego dzika natura dawała o sobie znać. Simon cofnął się o kilka kroków, nie wiedząc, czego się spodziewać.
- Oddaj je – powiedział cicho Kurt, ledwie panując nad gniewem.
Bliźniak dostrzegł kolejny błysk w jego oczach na sekundę przed tym, nim w jego stronę wystrzeliła potężna czerwona błyskawica. Był tak zaskoczony – sam nigdy nie użył czegoś takiego – że bez zastanowienia uniósł lustro, osłaniając się nim jak tarczą. Spodziewał się, że zaklęcie zostanie odbite. Stało się jednak coś dziwnego. Energia czaru została w całości pochłonięta przez srebrną taflę, która moment później po prostu eksplodowała. Błyszczące czerwonawe odłamki poszybowały we wszystkie strony, raniąc przy okazji obu nastolatków.
- Zrobiłeś to specjalnie? – zapytał Kurt, niespecjalnie kryjąc zaskoczenie. Cały gniew rozpłynął się w jednej chwili.
- Nie…
Simon uderzył się otwartą dłonią w czoło. Jak to się mogło stać? Nie do wiary…
- No dobra, księżniczko, spójrzmy na to optymistycznie. Nie mamy już co prawda lustra. Za to ja „odziedziczyłem” twoje magiczne zdolności, natomiast ty jesteś nieziemsko przystojny…
- Niezły dowcip – wtrącił się Simon.
- … i masz swojego Glidera – ciągnął brat, nie zwracając uwagi na to, że mu się przerywa.
- Jasne, świat stoi przed nami otworem, a pewnego dnia legnie u naszych stóp – skwitował sarkastycznie drugi z bliźniaków, podnosząc zwierzątko. – To co, teraz możemy spokojnie odejść w stronę zachodzącego słońca?
- Wreszcie mądrze mówisz – zaśmiał się rudzielec, obejmując brata ramieniem i prowadząc go ku bramie rezydencji, w której obaj spędzili całe swoje życie. – Tak właśnie zrobimy.
Na głównej ulicy miasta nikt nie zwrócił uwagi na dwóch wysokich nastolatków, zmierzających donikąd.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz