30 czerwca 2017

Taka jak oni


Oto kolejne opowiadanie, chyba jedno z najlepszych. A już na pewno jak do tej pory najlepsze (i najdłuższe), jakie wyszło spod mojej ręki w tym roku. Geneza krótka i prosta - w lutym, po zakończeniu sesji, czułam silną potrzebę oderwania się choć na chwilę od rzeczywistości. Początek jest trochę zagmatwany, co można wytłumaczyć jedynie burzą, która szalała w mojej głowie, zanim udało mi się jako tako wyciszyć. Nie wiem, skąd wziął się pomysł na właściwą akcję, po prostu się pojawił. Zanim je tu wrzuciłam, myślałam o dopisaniu jakiegoś fragmentu, ostatecznie jednak tekst pozostał w pierwotnej formie. Może kiedyś - zgodnie z sugestią - go rozbuduję. Może. A jak to na razie wygląda, Ty ocenisz najlepiej.
A tak. Tekst dostał etykietkę fantastyki, bo w istocie do tego gatunku pasuje. Warto jednak nadmienić, że tak naprawdę wszystkie moje "dzieła" w jakiś sposób się do tej kategorii kwalifikują. Po prostu czasem do innych pasują jeszcze bardziej. A etykiety mają za zadanie jedynie nieco je uporządkować. Tak naprawdę niczego jednak nie narzucają. To by było na tyle. Miłej lektury.
 
             Coś uderzyło go w sam środek pleców. Odwrócił się i nie zdążył uchylić przed kolejnym pociskiem. Jak nic będzie śliwa, pomyślał, usiłując usunąć śnieg z oka. Machinalnie skulił się i cofnął o krok, próbując utrzymać równowagę, gdy poczuł silne pchnięcie. Na nic się to jednak zdało – zatoczył się tylko i wylądował w zaspie, wywołując salwę śmiechu. Niezgrabnie podniósł się na nogi i skrzyżował ręce na piersi. Przyjrzał się krytycznie napastnikowi. Drobną postać okrywał długi ciemnozielony płaszcz, spod głębokiego kaptura skrywającego twarz w mroku wysypywały się płomiennorude kosmyki.
            - Zdaje się, że chciałaś porozmawiać? – prychnął naburmuszony.
            - Wypluj ten kij od miotły, zanim wrośnie na dobre, mój drogi – zawołała dziewczyna, obracając się na pięcie. Uczyniła kilka kroków. Spod kaptura błysnęły żółtozielone oczy, gdy obejrzała się przez ramię. – Idziesz czy nie?
            Gdy tylko się z nią zrównał, chwyciła go za rękę i pociągnęła w stronę lasu. Biegła tak szybko, że ledwo mógł za nią nadążyć, więc w końcu go puściła. Westchnął ciężko, rzucając się w pogoń za Noelle. Znali się tak długo, ale wciąż nie potrafił jej zrozumieć. Te ciągłe zmiany nastrojów mogły człowieka wykończyć. A jednak bez wątpienia była wyjątkowa, choć dostrzegał ze smutkiem, że tak naprawdę mało kto potrafi to docenić.
            Wreszcie dotarł w jej ulubione miejsce. To tutaj się poznali – wydawałoby się, całe wieki temu. Czekała na niego, stojąc na rozstawionych nogach, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Od razu poznał, że coś jest nie tak. Podszedł, ostrożnie zsunął jej kaptur z głowy. Spiczaste uszy poruszyły się lekko, jednak była to jedyna widoczna reakcja. Spojrzał jej w oczy, dostrzegł w nich czerwonawy błysk ledwie tłumionego gniewu. Cofnął się o krok, przygotowując się na nadchodzącą burzę. Stali tak i mierzyli się wzrokiem, w milczeniu walcząc o lepszą pozycję. W napięciu czekając na pierwszy ruch dziewczyny, w myślach analizował sytuację. Niepokojąca cisza przedłużała się bardziej niż zwykle. Coś było bardzo nie tak.
            - Jak mogłeś? – wyszeptała w końcu i rzuciła się do ataku.
            Przetrwał już niejeden napad wściekłości, lecz tym razem było zupełnie inaczej. Kolejne uderzenia były tak szybkie, że ledwo je zauważał. Nie miał najmniejszych szans na jakąkolwiek obronę. Noelle tańczyła wokół niego, zasypując gradem ciosów. Nie były silne, o nie – mimo wszystko nie chciała go skrzywdzić. Musiała po prostu odreagować złość. Skoro robiła to w ten a nie w inny sposób, widocznie w jej mniemaniu chłopak sobie na to w pełni zasłużył. W końcu podcięła mu nogi, przewracając w kolejną zaspę. Stanęła nad nim, zaciskając w pięści dłonie w czarnych skórkowych rękawiczkach. Przyjrzała mu się, skinęła głową do własnych myśli, odwróciła się i zaczęła powoli iść przed siebie.
            Oszołomiony Victor pozbierał się najszybciej jak tylko mógł i ruszył za elfką. Przez jakiś czas szli obok siebie bez słowa. Wreszcie nie wytrzymał i zapytał:
            - Powiesz mi, o co chodzi?
            Dziewczyna zatrzymała się gwałtownie i zwróciła w jego stronę. Spojrzała na niego z wyrzutem, co robiło piorunujące wrażenie, mimo że była od niego dwie głowy niższa. Zagryzła wargi, odwracając wzrok. W końcu wyrzuciła z siebie:
            - Przyszli dziś w nocy. Zabrali ją! – Zaciśnięta pięść opadła na jego ramię. – Miałeś nikomu nie mówić!
            - Co… Nie! – Chwycił Noelle za przeguby, powstrzymując kolejne uderzenia i spojrzał na nią z niedowierzaniem. – To niemożliwe!
            Wyszarpnęła ręce z jego uścisku, cofnęła się o krok.
            - Obiecałeś – warknęła. – Ufałam ci!
            Odwróciła się gwałtownie, gdy w jej oczach zalśniły łzy. Zdając sobie sprawę, że wiele teraz ryzykuje, delikatnie przyciągnął ją do siebie i mocno objął. Nie mógł uwierzyć, że to może być prawda. Wiedział doskonale, jak to się odbywa. Z nim też kiedyś próbowali, ale im się nie udało. Nie nadawał się do Zakonu, o czym się szybko przekonali. Jego mistrz uważał za to, że byłby świetnym zabójcą, ale członkowie Rady nie chcieli o tym słyszeć. Porywali i szkolili do tego tylko młode elfy, były w tym fachu znacznie lepsze od ludzi. A Rada oczekiwała efektów. To dlatego Victor, jak wiele innych „bezużytecznych” sierot z prowadzonego przez Zakon przytułku trafił na ulicę. Nieraz było ciężko, ale w gruncie rzeczy cieszył się, że nie musi im służyć.
            Noelle też się udało. Gdy tu przybyła, próbowali ją wcielić, ale była dla nich za stara. Szybko dali sobie z nią spokój, uznając, że jej charakter nie pozwoli już odpowiednio jej „ukształtować”. Dziewczyna zdawała sobie jednak sprawę, że musi być bardzo ostrożna. Nie bała się o siebie, wiedziała, że jej nie chcą. Miała jednak poważny powód, by obawiać się szpiegów Rady. To dlatego jedyną osobą, która miała wstęp do jej stojącej na uboczu chatki, był Victor, gdy już wreszcie udało mu się zdobyć jej zaufanie. Nie mogła dopuścić, by ktoś dowiedział się, że nie mieszka tam sama. Starała się jak mogła, by ukryć przed światem fakt, że ma młodszą siostrę. A Ennie niestety była w wieku „poborowym”. Nie ulegało wątpliwości, że jeśli Rada dowie się o jej istnieniu, na pewno po nią przyjdą.
            - Jak… – tylko tyle zdołała z siebie wydusić, wtulając twarz w wysłużoną skórzaną kurtkę. Jej drobnym ciałem chyba pierwszy raz w życiu wstrząsało łkanie.
            - Nikomu nie mówiłem, przysięgam. – Zresztą komu miałbym, mam tylko ciebie, dodał w duchu.
Nie miał pojęcia, co począć. Poznał dziewczynkę na tyle, by wiedzieć, że nie poradzi sobie w surowych warunkach narzuconych przez Radę. Była na to zbyt wrażliwa i delikatna. Tak naprawdę była zupełnym przeciwieństwem starszej siostry, o którą Victor jeszcze nigdy nie musiał się martwić. Wiedział, że Noelle da sobie radę w każdej sytuacji. Co innego Ennie.
- Wydostanę ją stamtąd! – Noelle znów gwałtownie wyszarpnęła się z jego objęć. – Nie pozwolę, żeby zrobili z mojej siostrzyczki kolejny trybik w ich maszynie!
- Nie wiedzą chyba, z kim zadarli. – Uśmiechnął się, widząc, że załamanie minęło i elfka jest już sobą – twardą dziewczyną, którą lepiej mieć po swojej stronie.
- A ty – Dźgnęła go palcem wskazującym w pierś. – Ty mi w tym pomożesz, mój drogi.
Wzruszył tylko ramionami, słysząc ton nieznoszący sprzeciwu, który tak dobrze znał. Oczywiście, że chciał jej pomóc. Pomijając już, że byli przyjaciółmi i że uwielbiał małą Ennie – przebywał w przytułku wystarczająco długo, by wiedzieć, jak Zakon traktuje adeptów i nikomu nie życzył, by musiał przez to przechodzić. Tym bardziej, że adeptami były zwykle dzieciaki, które już nigdy nie miały poczuć smaku normalnego życia. Odbierano im nie tylko dzieciństwo, ale także szansę na poznanie tego, co dla innych ludzi było codziennością.
- Ale jak… - Nagle Noelle znów wyglądała jak zagubiona dziewczynka, którą trzeba wziąć za rączkę i pewnie poprowadzić we właściwym kierunku. Uśmiechnął się do niej uspokajająco, próbując dodać jej otuchy, choć sam czuł się równie bezradny.
- Zobaczysz, coś wymyślimy.

***

            Wysłuchawszy go uważnie, Noelle skinęła głową. Pomysł, na który Victor wpadł zupełnie przypadkiem, był trudny do realizacji i wymagał wielu przygotowań. Jednak dawał też duże szanse na powodzenie. Poza tym i tak przypuszczalnie nie wymyślą nic lepszego.
            - Poradzisz sobie z tym, Vic? – Chłopak spojrzał na nią pytająco, więc wzruszyła ramionami. – Wiesz, ja ich w ogóle nie znam, a ty tam byłeś. Obawiam się, że będziesz musiał sam zająć się organizacją.
            - Postaram się – obiecał niepewnie. – Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, jak moglibyśmy się tam dostać, ale… – Umilkł na moment, na jego twarzy pojawił się uśmiech. – Chyba już wiem, kto mógłby nam pomóc. Pamiętasz, opowiadałem ci o moim mistrzu…
            - O nie, nie ma mowy!
            - Poczekaj, daj mi dokończyć. Nie martw się, głupi nie jestem. Załatwię to tak, żeby się nie zorientował, o co chodzi. – Widząc jej powątpiewanie, spróbował wyjaśnić – Zrozum, zamek Zakonu to prawdziwa twierdza. Nie ma najmniejszych szans wkraść się tam niepostrzeżenie. Wobec tego co nam zostaje? Musimy wejść tam całkowicie jawnie. I to tak, żeby wszyscy uwierzyli, że wszystko jest w porządku. – Powiedział, co ma zamiar zrobić. W końcu z uznaniem skinęła głową.
            - Wiedziałam, że coś wymyślisz. – Uśmiechnęła się. – Ile czasu może zająć zdobycie informacji?
            - Cóż, oni są niezwykle ostrożni. Zanim zdobędę zaufanie mistrza na tyle, by cokolwiek mi zdradził, będę musiał się tam trochę pokręcić.
            Skinęła głową w zamyśleniu. Uznała, że nie może siedzieć bezczynnie w czasie, gdy Victor będzie działał. Sama też musi się odpowiednio przygotować.
            - Wobec tego rób, co do ciebie należy. Ja tymczasem wyjeżdżam.
            Widziała, jak bardzo jest zaskoczony, jednak wzruszyła ramionami i napomknęła tylko, że wraca do swojego klanu. Sama nie bardzo jeszcze wiedziała, czego właściwie oczekuje, czuła jednak, że zyska tam potrzebną pomoc. Uzgodnili więc, że Victor postara się dowiedzieć tego, o co im chodziło – cokolwiek miało to być – a potem będzie oczekiwał na jej powrót.
            Noelle szybko przygotowała się do podróży. Nie wiedziała, kiedy wróci, miała jednak nadzieję, że jak najszybciej i od razu będą mogli wziąć się do roboty. Nie mogła znieść myśli o tym, co Zakon może zrobić z Ennie, jeśli się nie pospieszą. Przed wyjściem – choć mogła dosięgnąć tylko z najwyższym trudem – ucałowała przyjaciela w policzek, po raz kolejny zaskakując go nietypowym zachowaniem. Zaraz potem ruszyła w drogę.
            Victor długo stał w progu, spoglądając w ślad za oddalającą się elfką, póki nie zniknęła mu z oczu. Westchnął, doszedłszy do wniosku, że wcale nie zna jej tak dobrze, jak mu się dotychczas wydawało. Uznał jednak, choć go to intrygowało, że nie ma sensu zastanawiać się, kim tak naprawdę jest ta dziewczyna. I tak dowie się tego dopiero wtedy, gdy ona uzna za stosowne dopuścić go do tajemnicy. Wzruszył ramionami, dokładnie zamknął drzwi chaty, w której zdążył się już zadomowić, rozsiadł się wygodnie i począł obmyślać plan działania.

***

            O świcie obudziło go ciche wołanie z dołu. Od razu oprzytomniał, rozpoznawszy głos Noelle. Zerwał się z posłania i popędził jej na spotkanie. Tak długo się nie widzieli, że zdążył się stęsknić, poza tym już dawno zdobył informacje, na których im zależało i wprost nie mógł się doczekać, kiedy dziewczyna wróci, by podzielić się z nią rewelacjami. Miał już gotowy scenariusz, wiedział dokładnie, co powinni zrobić. Obawiał się tylko, że mogą nie zdążyć odpowiednio się przygotować, jeśli jej nieobecność się przedłuży.
            Zamurowało go, gdy ją ujrzał. Stała przy oknie, tyłem do niego. Gdyby nie wiedział, że to jego przyjaciółka, z pewnością by jej nie rozpoznał, tak bardzo się zmieniła. Miała na sobie obcisły skórzany strój z metalowymi wzmocnieniami. Przy pasie tkwiły dwa sztylety, kolejne wystawały z cholew wysokich butów. Zauważył też, że ze wspaniałych, niegdyś długich włosów zaplotła tylko cienki warkocz, który zatknęła za pas, resztę zaś obcięła na wysokości podbródka i zaczesała na jedną stronę. Wyglądała teraz jak prawdziwa wojowniczka.
            - Długo jeszcze będziesz się gapił? – Gdy się do niego odwróciła, z zaciekawieniem przyjrzał się jej twarzy. Nigdy jeszcze nie widział jej z tak mocnym makijażem. Ponadto spostrzegł dopiero teraz, że całkowicie ogoliła prawy bok głowy, odsłaniając pokrywający skórę zawiły tatuaż, o którego istnieniu nie miał do tej pory pojęcia. – Może się w końcu przywitasz? – parsknęła Noelle ze zniecierpliwieniem.
            - Cieszę się, że cię widzę – wymamrotał, obejmując ją mocno.
            - Wróciłam w nocy, ale nie chciałam cię budzić – oznajmiła dziewczyna beztrosko, gdy już uwolniła się z uścisku. Usiedli. Elfka spojrzała na Victora z rozbawieniem. – Na to patrzysz? – Od niechcenia wskazała na tatuaż i kilka kolczyków tkwiących w prawym uchu, a potem machnęła ręką. Wzruszył ramionami, a ona natychmiast spoważniała. – W moim klanie każda rodzina odsyła na szkolenie przynajmniej jednego, przeważnie najstarszego syna. Nierzadko też robią to z córkami, zwłaszcza jeśli nie mają potomków płci męskiej – zaczęła opowiadać.
            Noelle miała starszego brata. Kiedy chłopiec osiągnął stosowny wiek, ojciec postanowił, że Etan zostanie wojownikiem, jak każe tradycja. Młodsza siostra, gdy tylko o tym usłyszała, zaczęła prosić rodziców, aby wysłali ją na szkolenie razem z bratem, którego uwielbiała i zawsze starała się we wszystkim naśladować. Była niesamowicie uparta i tak długo nalegała, aż w końcu ojciec przekonał matkę, by wyraziła zgodę. Szybko okazało się, że podjęli właściwą decyzję. Ich dzieci świetnie sobie radziły, szkolenie przynosiło nadzwyczajne efekty. Ojciec był bardzo dumny zarówno z syna, jak i z córki. Matka zresztą też była zachwycona postępami dzieci. Obawiała się jednak, że mąż wkrótce zechce, by znacznie młodsza od dwójki rodzeństwa Ennie poszła w ich ślady. Nie mogła znieść myśli, że najmłodsze dziecko również zostanie jej odebrane, więc wymogła na nim przyrzeczenie, że tak się nie stanie.
            - Obiecał jej to – Noelle w zamyśleniu kiwnęła głową. – Ale kiedy rodzice zginęli, wszystko się zmieniło. To było tuż po zakończeniu naszego szkolenia. – Umilkła, ze smutkiem wpatrując się przed siebie.
            - Co się stało? – delikatnie spytał Victor. Potrząsnęła głową.
            - Nikt nie wie. – Westchnęła i kontynuowała – Jako sieroty byliśmy poddani woli starszyzny. – Opowiedziała, jaką batalię stoczyli z bratem, aby zgodnie z wolą rodziców nie dopuścić do oddania siostrzyczki na szkolenie. – Nie rozumieli i nie chcieli się zgodzić. W końcu Etan kazał mi uciekać i zabrać Ennie ze sobą. To była trudna decyzja, ale wiedzieliśmy oboje, że to jedyne wyjście.
            - Nie szukali was?
            - Nie. Miałam prawo odejść. A na małej nie zależało im aż tak bardzo, jak można by przypuszczać. – Roześmiała się krótko i spojrzała na niego bystro. – Inaczej nigdy bym tam nie wróciła. Ale wiedziałam, że otrzymam pomoc. – Widząc pytające spojrzenie, zauważyła od niechcenia – Z tego, co mówiłeś, wynikało, że powinnam być prawdziwą wojowniczką, inaczej tam nie wejdę. – Przytaknął, lecz tego nie dostrzegła, znów pogrążona we własnych myślach. Nagle zerwała się z miejsca i po raz pierwszy szczerze uśmiechnęła. – Chciałabym ci kogoś przedstawić.
            W tym momencie do pomieszczenia wkroczył wysoki, dobrze zbudowany elf. Płomiennorude włosy miał zaplecione w długi dobierany warkocz, którego końcówka zatknięta była za pas. Ogolone boki głowy pokrywały tatuaże równie zawiłe jak ten u Noelle. Wyglądał groźnie, lecz wrażenie to minęło, gdy uśmiechnął się krzywo, wyciągając do niego rękę.
            - To Etan – wyjaśniła Noelle i uśmiechnęła się ciepło do starszego brata.
            Victor musiał przyznać, że pomimo różnic w wyglądzie tak naprawdę są do siebie niesamowicie podobni. Widać było również na pierwszy rzut oka, że pomimo wieloletniej rozłąki są do siebie bardzo przywiązani. I że rozumieją się bez słów.
            - Trzeba będzie nieco zmienić plany, Vic. – Elfka wyrwała go z zamyślenia. Uśmiechnął się tylko.
            - Jak rozumiem, chcesz pomóc? – Zadał pytanie przekonany, że już wie, jaka będzie odpowiedź. Nie pomylił się, Etan przytaknął. – Świetnie! Właśnie rozwiązałeś największy problem, który mógł przeszkodzić w realizacji mojego pomysłu. – Widząc zaciekawienie na twarzach towarzyszy, zaczął wyjaśniać – Nie było łatwo, ale w końcu zdołałem dowiedzieć się czegoś ciekawego, co może mieć dla nas znaczenie. Zakon mają niedługo odwiedzić bardzo ważni goście, choć tak naprawdę nikt za bardzo nie wie, w jakim właściwie celu. Tak się składa, że to dwójka wojowników. Do tej pory zachodziłem w głowę, skąd weźmiemy drugiego elfa. Ja nie bardzo się do tego nadaję – Roześmiał się. – Jest tylko jeden problem…
            - Tylko jeden? – parsknęło jednocześnie rodzeństwo. Tak, zdecydowanie byli do siebie podobni.
            - Cóż – Wzruszył ramionami. – Co prawda to oficjalna wizyta… Cały Zakon o niej wie i wszyscy są doskonale przygotowani… A jednak nie wiadomo, kiedy dokładnie goście mają przybyć.
            - Czyli musimy być gotowi w każdej chwili – mruknął Etan.
            - A ja widzę inny problem – Noelle spojrzała na Victora. – Przecież ciebie tam znają. A jeśli ma się udać, musisz być z nami, sami sobie nie poradzimy. Jak chcesz to rozwiązać?
            - O to się nie martw. – Uśmiechnął się tajemniczo.
            - No dobrze… A co, jeśli ktoś domyśli się, że to nie nas się spodziewają?
            - Spokojna głowa, postarałem się zorientować w sytuacji najlepiej, jak się dało. Z tego, co mi wiadomo, nikt nie zna wojowników, którzy mają przybyć. Najwyraźniej są członkami jakiegoś tajemnego bractwa, stąd te wszystkie niedomówienia. – Oboje równocześnie skinęli głowami, jakby wiedzieli na ten temat więcej od niego, jednak gdy posłał dziewczynie pytające spojrzenie, pokręciła tylko głową. Zrozumiał, że nie powinien drążyć tematu, więc zauważył tylko – Powinno się udać, o ile… – Nie wiedział, jak sformułować myśl, która chodziła mu po głowie.
            - O ile będziemy wystarczająco bezwzględni? – wyręczył go elf. Victor przytaknął niepewnie. – Tak zostaliśmy wyszkoleni – twardo oświadczył Etan. – Poza tym – Jego głos natychmiast złagodniał. – chodzi o naszą siostrę.

***

            - Zaraz tu będą – szepnął Victor. – Poradzicie sobie, tak?
            Noelle spojrzała na niego jak na idiotę. Wiedział, że dziewczyna ma rację, jednak nie mógł pozbyć się irracjonalnego lęku, że coś może pójść nie tak. Po raz pierwszy w życiu martwił się o przyjaciółkę.
            - Idź już, niedługo się spotkamy.
            Dziewczyna przestała na niego zwracać uwagę. Całkowicie skupiła się na połyskujących w mroku po przeciwnej stronie drogi żółtozielonych oczach starszego brata. Wiedziała, że z nim u boku nie może się nie udać. Mimo świadomości tego, co będzie musiała zrobić, nie czuła zdenerwowania, a jedynie ekscytację. Co prawda wciąż pilnie trenowała, by utrzymać ciało w idealnej kondycji, ale tak dawno już nie walczyła… Nie miała jednak czasu się nad tym zastanawiać, bo w tym momencie Etan dał jej znak. W zasięgu wzroku pojawiły się właśnie dwie postacie dosiadające pięknych smukłych bojowych rumaków, jakie hodowały jedynie elfy. Gdy jeźdźcy dotarli do miejsca, gdzie się ukryli, brat i siostra równocześnie wypadli z zarośli i nie dając im czasu na reakcję, przystąpili do ataku.
            Walka była zacięta. Noelle udało się zrzucić z siodła czarnowłosą elfkę. Jej karosz pognał przed siebie, lecz dziewczyna nie zwróciła na to większej uwagi, zajęta pojedynkiem. Musiała przyznać, że ma godną siebie przeciwniczkę. Obie tańczyły wokół siebie, raz po raz zadając i parując ciosy. W pewnej chwili rudowłosa straciła równowagę, o włos unikając potężnego kopnięcia w klatkę piersiową. Jej rywalka natychmiast to wykorzystała. Spodziewając się, że w takiej sytuacji Noelle nie zdoła uchylić się przed kolejnym uderzeniem, cisnęła w nią sztyletem. Z zaskoczeniem zobaczyła jednak, że dziewczyna wykręciła się w niemal niemożliwym do wykonania uniku, a ostrze jedynie drasnęło jej policzek. Po twarzy młodej elfki spłynęła krew, jednak nie zważając na to z nową energią przystąpiła do ataku. Wściekłość sprawiła, że jej ciosy stały się jeszcze szybsze. Przeciwniczka nie miała już szans na żaden ruch, jedynie zażarcie broniła się przed rudowłosą.
Wreszcie padł decydujący cios. Noelle udało się dostrzec słaby punkt w obronie rywalki i natychmiast go wykorzystała. Czarnowłosa z niedowierzaniem wpatrywała się w rękojeść sterczącą z jej piersi, póki wykop, którego nie zauważyła, nie posłał jej na ziemię. Młoda przeciwniczka uklękła nad nią i bez wahania dokończyła dzieła. Palcami opuściła powieki na wpatrujące się w pustkę granatowe oczy i obejrzała się.
Etan wciąż walczył z dosiadającym karego rumaka białowłosym elfem. Ich miecze – Noelle również biegle władała tą bronią, lecz nie podzielała zamiłowania brata do niej – ścierały się raz po raz, krzesząc srebrzyste iskry. Dziewczyna po raz pierwszy miała okazję widzieć brata walczącego z przeciwnikiem na koniu. Mimo niewątpliwej przewagi tamtego mężczyzna świetnie sobie radził.
- Etan! – krzyknęła mimo to. – Pomóc ci?
Brat nie poświęcił jej większej uwagi, prychnął tylko z niesmakiem.
- Poszukaj konia – rzucił.
Skinęła i uśmiechnęła się do siebie, rozpoczynając pościg za zwierzęciem. Tego się właśnie spodziewała. Zresztą ona w takiej sytuacji zachowałaby się podobnie – za nic nie chciałaby, by ktoś odebrał jej przyjemność z walki, póki wiedziała, że jest w stanie poradzić sobie sama.
Po jakimś czasie usłyszała ciche rżenie i nerwowe tupanie. Rozejrzała się i dostrzegła karego uciekiniera między drzewami. Przyglądał się jej ciekawie, wciąż nieco zdenerwowany zamieszaniem. Podchodząc ostrożnie, miała wreszcie okazję przyjrzeć się lepiej rumakowi. Piękne zwierzę najwyraźniej było młode, o czym dobitnie świadczyła jego reakcja. Było przecież odpowiednio tresowane, nie powinien więc spłoszyć go bitewny zgiełk. Wyciągnęła dłoń, delikatnie dotknęła aksamitnych chrap, cicho i łagodnie przemawiając do konia. Widząc, że jest przyjaźnie nastawiony, podeszła bliżej. Ponieważ rumak najwyraźniej nie zamierzał sprawiać kłopotów, dosiadła go zwinnie i skierowała z powrotem na miejsce walki. Czuła się niesamowicie, patrząc na wszystko z tej wysokości. Tak dawno nie jechała konno, że zapomniała już, jakie to cudowne przeżycie.
Gdy dotarła na miejsce, zobaczyła, jak jej brat usiłuje opanować boczącego się konia. Zeskoczyła ze swojego, rzuciła Etanowi wodze i zajęła się zdenerwowanym rumakiem. Zawsze zdecydowanie lepiej radziła sobie ze zwierzętami – była to jedyna rzecz, w której prześcignęła brata. W końcu jakoś zdołała uspokoić karosza, który tylko parskał gniewnie, łypiąc na Etana.
- Nigdy nie zrozumiem, jak ty to robisz – rzekł z podziwem.
Roześmiała się tylko i wzruszyła ramionami. W milczeniu wzięli się do pracy – musieli jeszcze pozbyć się ciał. Najpierw jednak należało sprawdzić, czy nie mają przy sobie czegoś ważnego. Najwyraźniej mężczyzna coś znalazł. Podszedł do siostry, ujął ją pod brodę.
- Pokaż to. – Delikatnie dotknął rany na jej policzku palcem wskazującym. Poczuła, że krew wreszcie przestaje spływać po jej twarzy. – Jak mogłaś dać się tak poharatać? – Etan uśmiechnął się łagodnie, pokazując jej trzymany w dłoni zielony kamień z wyrytą runą. – Chyba warto zatrzymać to cacko. Pamiętasz, do czego służy?
- Właśnie z jego pomocą zatamowałeś krwawienie. Nawet gdybym nie pamiętała, trudno byłoby się nie domyślić. – Roześmiała się, dotykając opuszkami wąskiej blizny w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą widniała otwarta rana. – No, tego mi właśnie brakowało. Teraz nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, że mogę jedynie podszywać się pod prawdziwą wojowniczkę.
- Przecież nią jesteś – stwierdził Etan poważnie.
Wrócili do przeszukania. Gdy w końcu się z tym uporali i pozbyli się zwłok, zatarli ślady mogące świadczyć, że w ogóle odbyła się tu jakaś walka. Noelle zwróciła się do brata, wskazując na cierpliwie czekające konie.
- To co, którego wybierasz? Ten jest młody – Wskazała na jednego z nich. – I może być dosyć płochliwy. Ale jest też zdecydowanie bardziej przyjazny. A drugi chyba zbytnio za tobą nie przepada, co?
- Też bym nie przepadał. – Mężczyzna wzruszył ramionami. – Zabiłem jeźdźca, który go dosiadał. A ten przyjemniaczek całkiem aktywnie starał się pomóc mu w walce – Roześmiał się, podchodząc do młodszego rumaka. – Zostawię go tobie, lepiej się dogadacie.

***

            Victor zagwizdał z podziwem, patrząc na piękne karosze, których dosiadali.
            - Zeszło wam dłużej, niż się spodziewałem.
            - Musieliśmy jeszcze coś załatwić. Taki mały środek ostrożności – Noelle uśmiechnęła się chytrze spod obszernego kaptura. – No dobrze, prowadź.
            - Na pewno jesteście gotowi?
            - Nie – parsknął Etan. – Ale bardziej już nie będziemy.
            Chłopak skinął głową i poprowadził ich w stronę siedziby Zakonu. Nienawidził tego miejsca… Ale cóż, czego się nie robi dla przyjaciół. Bez wahania ujął w dłoń wielką mosiężną kołatkę i zastukał do głównej bramy, której nigdy jeszcze nie dane mu było przekroczyć. Po dłuższej chwili furta uchyliła się i ich oczom ukazał się przysadzisty mężczyzna, wyglądający jakby żadna siła nie była w stanie ruszyć go z miejsca, póki nie będzie to jego własnym życzeniem.
            - Czego? – warknął, przyglądając się podejrzliwie jeźdźcom w czarnych płaszczach z kapturami, które skrywały ich twarze w mroku.
            - Zawiadom Radę, bracie Fillippusie – zażądał Victor stanowczo. – Podobno spodziewacie się naszej wizyty.
            - Victoriusie… – zaczął grubas tonem sugerującym, że jeśli to ma być jakiś durny kawał, to on jest gotów osobiście wybić chłopakowi z głowy takie pomysły. Victor jednak uniósł dłoń, uciszając go stanowczym gestem.
            - Pospiesz się lepiej, frater, oni nie lubią czekać. I zdecydowanie nie tolerują takiej niesubordynacji.
            Mężczyzna odburknął coś niezrozumiale i zatrzasnął furtę. Chłopak uśmiechnął się do siebie. Nie mógł nic poradzić, że cieszyło go, iż wreszcie nadarzyła się możliwość, by choć trochę odegrać się na tych gburach. Zresztą miał zamiar skrzętnie ją wykorzystać. Przecież cel ich misji nie musiał całkowicie wykluczać odrobiny dobrej zabawy.
            Brama zaczęła się otwierać i ujrzeli ponownie tego samego mnicha, jednak tym razem w towarzystwie.
            - Raczcie zsiąść, waszmościowie, zajmiemy się waszymi końmi. – Drobny, kościsty mężczyzna ukłonił się nisko. – Ach, cóż za piękne zwierzęta – westchnął, prowadząc rumaki w stronę stajni w głębi dziedzińca.
            - Jeśli pozwolicie – uniżenie zaczął drugi towarzysz furtiana, wysoki, lecz mocno zgarbiony starzec. – Zaprowadzę was przed oblicze Rady. – Dopiero teraz zauważył trzeciego z gości. – Victoriusie…?
Chłopak wzruszył tylko ramionami. Nie uznał jeszcze za stosowne tłumaczyć, co tu właściwie robi. Stary mnich przestał więc poświęcać mu uwagę. Stwierdziwszy, że jednak nie uda mu się dojrzeć twarzy tajemniczych przybyszy, odwrócił się i powoli poprowadził ich do głównego budynku, gdzie rezydowali członkowie Rady. Weszli do ogromnego pomieszczenia przypominającego salę audiencyjną na zamku królewskim. Na podwyższeniu stało pięć pięknie rzeźbionych foteli, na których zasiadali mężczyźni o surowym wyglądzie. Jeden z nich był tak bardzo zgrzybiały, że sprawiał wrażenie, jakby nie był w stanie podnieść się o własnych siłach. Gdy goście zbliżyli się wystarczająco, niedbałym gestem dłoni odprawił mnicha, który ich przyprowadził. Ten skłonił się najniżej jak pozwalał mu na to podeszły wiek i bez słowa się oddalił.
Mężczyźni milczeli w oczekiwaniu. Gdy jednak cisza przedłużała się ponad miarę, ten zajmujący środkowy fotel zdecydował się wreszcie ją przerwać. Odchrząknął i oznajmił tubalnym głosem:
- Cieszymy się, że możemy was powitać w naszych progach. Mamy nadzieję, że wasz pobyt przyniesie wiele dobrego zarówno Zakonowi, jak i waszemu bractwu. – Przybysze w kapturach równocześnie skinęli głowami. Do przodu wystąpił chłopak, który im towarzyszył. Mężczyzna zmrużył podejrzliwie oczy. – Victoriusie? – Młodzieniec skłonił się lekko. – Tylko mi się wydaje, czy widziałem niedawno, jak kręcisz się po twierdzy?
- Całkiem możliwe, pater – przyznał poważnie, w duchu trzęsąc się ze śmiechu. – Przebywałem tutaj w charakterze… emisariusza.
- A więc szpieg – Mężczyzna zabębnił palcami w poręcz fotela. Bardzo starał się nie okazywać zdenerwowania, jakie wywołała ta wiadomość. – Naszych braci, jak rozumiem. – Skłonił głowę w stronę zakapturzonych gości.
- Owszem.
- Można wiedzieć, w jakim celu…
- Niestety, nie można – uciął Victor, z trudem zachowując powagę. – Patribus, wybaczcie, ale sądzę, że Gloria i Fortis woleliby odpocząć po długiej podróży przed rozmową z Radą.
- Gloria Fortis Miles – mruknął mnich do siebie, unosząc brew i niezdarnie próbując ukryć niesmak wywołany oczywistą kpiną. Domyślił się jednak, że z jakichś powodów reguła bractwa zabrania wojownikom ujawniania prawdziwych imion. – Oczywiście – Skinął z udawaną aprobatą. – Victoriusie, ufam, że możesz odszukać fratra Albertosa – bardziej stwierdził niż zapytał, siląc się na uprzejmy ton. – On zaprowadzi naszych gości do cel, które dla nich przygotowaliśmy. Obawiam się, że brak w nich luksusów…
- O to się nie martwcie, pater, jesteśmy do tego przyzwyczajeni – odparł stanowczo Victor, kładąc szczególny nacisk na słowo „jesteśmy”, aby podkreślić, że nie jest już dzieciakiem z przytułku, zobowiązanym do posłuszeństwa Zakonowi. – Poradzimy sobie. – Świadom, jak niestosownie będzie to wyglądać w oczach członków Rady, odwrócił się i skierował ku wyjściu. Jego towarzysze niezwłocznie ruszyli za nim.

***

            Poczekali, aż kroki mnicha na korytarzu umilkną w oddali. Dopiero wtedy uznali, że mogą swobodnie rozmawiać. Mówili jednak cicho na wypadek, gdyby znalazł się w pobliżu ktoś niepowołany, kto nie powinien był słyszeć, o czym rozmawiają.
            - Gloria i Fortis? – parsknęła Noelle, zrzucając płaszcz.
            - Pomyślałem, że lepiej nie zdradzać waszych imion. Wybacz, ale w tamtej chwili nie miałem lepszego pomysłu. A ten napis nad głowami staruszków wyglądał niezwykle zachęcająco.
            - W porządku – Etan wzruszył ramionami. – Bierzmy się do roboty, nim znowu zechcą nas widzieć.
            Zaskoczony Victor z zainteresowaniem obserwował zabiegi, którym poddawało się rodzeństwo. Gdyby nie widział tego na własne oczy, nigdy by nie pomyślał, że można tak szybko zmienić wygląd. Nie rozumiał jednak sensu tej charakteryzacji.
            - Mówiłam, środek ostrożności. – Elfka wzruszyła ramionami. – Co prawda twierdziłeś, że nikt nie zna wojowników, którzy mieli się tu zjawić, ale nie zaszkodzi, jeśli będziemy ich przypominać choć z grubsza.
            Z uznaniem przyjrzał się odmienionej przyjaciółce. Nawet nie przyszło mu do głowy, że z czarnymi włosami może wyglądać równie fantastycznie co ze swoim naturalnym kolorem. Zauważył jednak kilka rudych pasm w warkoczu i spojrzał na nią pytająco.
            - Nie mogłabym tak całkiem z nich zrezygnować – roześmiała się. – Bardzo je lubię.
            - W tym płomiennym kolorze bardziej ci do twarzy niż mi – zaśmiał się Etan, zaplatając długie białe włosy.
            Dziewczyna wzruszyła tylko ramionami, uśmiechając się krzywo i zabrała się za nakładanie mocnego makijażu, który zmienił ją wręcz nie do poznania. Skończywszy, przyjrzała się krytycznie bratu i kilkoma szybkimi ruchami wykonała wokół jego oczu czarne cienie, nie zważając na protesty.
            - Oj daj spokój, niektórzy tak robią – prychnęła, a potem roześmiała się – Pasuje do tatuaży.
            Elf westchnął, uznał jednak, że siostra może mieć rację. Im mniej będą przypominać samych siebie, tym bardziej wiarygodni się staną. No i teraz nikt nie pomyśli, że są rodzeństwem, a co najwyżej – partnerami osiągającymi niezwykłą skuteczność dzięki temu, że tak świetnie ze sobą współgrają.
            - Nie podobają mi się te wisiorki – mruknął, przyglądając się dwóm identycznym amuletom, które znaleźli przy zwłokach. Spróbował włożyć jeden z nich. Szybko jednak odsunął go od siebie, klnąc szpetnie i spojrzał na Noelle – Admorsus – rzucił tylko.
Wydobył sztylet, naciął wnętrze dłoni i zamknął w niej czarny kamień. Gdy po chwili rozwarł palce, krzywiąc się z bólu, na gładkiej powierzchni przez moment widoczne były krwistoczerwone symbole runiczne. Dopiero wtedy mógł bez przeszkód zawiesić amulet na szyi. Podał drugi siostrze, która powtórzyła rytuał, sam zaś wydobył kamień leczący, by zatamować krwawienie.
- No proszę, chyba właśnie chcąc nie chcąc przystąpiliśmy do bractwa – zauważyła Noelle. W jej oczach zalśnił niebezpieczny czerwonawy błysk, który zniknął równie szybko, jak się pojawił. – Jak myślisz, jakie mogą być tego konsekwencje?
- Nieważne – starszy brat wzruszył ramionami. – Tu chodzi o Ennie.
Skinęła. Victor przyglądał się rodzeństwu. Wreszcie uznał, że czas najwyższy zabrać głos.
- Skończyliście te przebieranki? – Spojrzał na Noelle, która wzruszyła tylko ramionami. – Okej, nie wiem jak wy, ale ja myślę, że wypadałoby zastanowić się nad jakąś strategią. Musimy chyba uzgodnić kilka rzeczy, żeby nie wysypać się przy pierwszej okazji. – Oboje przytaknęli, jednak jak na razie żadne nie kwapiło się do wypowiedzi. – No dobrze… Jak już wspomniałem przed obliczem jaśnie przewielmożnej Rady, jestem kimś w rodzaju emisariusza waszego bractwa – Mrugnął znacząco, wywołując uśmiechy na twarzach towarzyszy. – Z tego powodu pewnie będą musieli uważać na to, co przy mnie robią i mówią.
- No to mają problem, bo my się nigdzie bez ciebie nie ruszamy – roześmiała się elfka.
- Pewnie będą ich mieli więcej. Choćby to, że jesteś dziewczyną – Noelle prychnęła gniewnie. – Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, jak zareagują…
- To co, mam się nie odzywać i udawać, że mnie tu nie ma?
- Rób, jak uważasz, byle ostrożnie – mruknął Etan, uśmiechając się do siostry.
- Dobra, coś wymyślimy. A on? – Wskazała na starszego brata. Victor wzruszył ramionami.
- Okej, po prostu zdamy się na ciebie – stwierdził mężczyzna. Po zastanowieniu dodał – W razie czego będziemy improwizować.

***

            - A więc bractwo chce z nami nawiązać współpracę…
            - Liczymy na to, że wymiana doświadczeń przyniesie obopólne korzyści. Głównie mamy tu na myśli szkolenie młodych elfów. Słyszeliśmy, że wysiłki Zakonu na tym polu przynoszą niepospolite efekty.
            - Cóż, niewykluczone. Nie jesteśmy jednak pewni, czy… – Przedstawiciel rady nie dokończył myśli, spojrzał jednak znacząco na Noelle, która wspaniałomyślnie postanowiła to zignorować.
            - Macie coś przeciwko Glorii, pater? – Spytał Victor z przyganą, zakładając ręce na piersi. – Wszak i wy szkolicie również kobiety i chyba sami przyznacie, że w niczym nie są one gorsze.
            Mnich poczerwieniał, łypiąc gniewnie na chłopaka, nie odezwał się jednak ani słowem.
            - Oczywiście – przyznał szybko inny, by uniknąć nieporozumienia, które, jak się spodziewał, mogłoby okazać się zgubne w skutkach. Nie miał jednak pojęcia, co jeszcze mógłby dodać, więc umilkł zakłopotany.
            - Właściwie – Trzeci z braci odezwał się szorstko głosem schrypniętym tak bardzo, że ledwie zrozumiałym. – Co my tu jeszcze robimy i o czym dyskutujemy? Czas chyba najwyższy, aby nasi przyjaciele udowodnili swoją przydatność – zarządził władczo i klasnął w dłonie. W sali natychmiast zjawił się mężczyzna o nieco dzikim wyglądzie i posłał im krótkie spojrzenie.
            - Patribus – Ukłonił się sztywno. – Wszystko przygotowane, czekamy jedynie na was.
            Mnisi równocześnie skinęli głowami i podnieśli się ze swoich miejsc. Jeden z nich dał znak gościom, by podążyli za nimi. Milczący orszak ruszył do części twierdzy szumnie nazywanej koszarami, w której, jak wiedział Victor, odbywało się szkolenie zabójców. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy, jednak – jak uznał po zastanowieniu – był on im bardzo na rękę. Gdy był czas na mówienie, cała trójka musiała stale zachowywać czujność, układając zawiłe historie, i rozumieć się w lot, by uniknąć wpadki. Teraz, gdy nadeszła pora na działanie, powinno być łatwiej. Owszem, zawsze istniało jakieś zagrożenie, że coś się nie powiedzie, jednak było ono stosunkowo niewielkie. Poza tym chłopak miał pełne zaufanie zarówno do umiejętności, jak i sprytu Noelle. A jeśli rzeczywiście stanowili z Etanem tak świetny zespół, jak się wydawało, to mógł być całkowicie spokojny.

***

            Noelle z zainteresowaniem rozejrzała się po olbrzymiej sali ćwiczeniowej, do której zostali wprowadzeni z Etanem. Większą jej część zajmował skomplikowany tor przeszkód, którego bezbłędne pokonanie musiało być zapewne nie lada wyczynem. Westchnęła i uniosła wzrok, spoglądając w stronę umieszczonego na pewnej wysokości tarasu widokowego, na którym usadowili się członkowie Rady wraz z Mistrzem Zabójców – gwoli ścisłości jedynie tytularnym – a także Victor. Chłopak uniósł dłoń i pozdrowił rodzeństwo, zupełnie jakby nie widzieli się od dłuższego czasu. Oboje ledwie zauważalnie skinęli głowami w odpowiedzi.
            Podszedł do nich wiekowy elf o krótko przystrzyżonych granatowych włosach i ukłonił się lekko. Przyjrzał im się z zaciekawieniem, poświęcając niemałą uwagę ich strojom, tatuażom, a także amuletom, które nosili. Wreszcie skinął głową z uznaniem i odezwał się cicho:
            - Witajcie. Zobaczymy, z czym do nas przychodzicie – oznajmił rzeczowo i uśmiechnął się z wyższością, wskazując dłonią na zgromadzony w sali tłum. – Aby nieco uatrakcyjnić… hmm, widowisko, wyznaczyliśmy kilku najlepszych adeptów, którzy również zaprezentują swoje umiejętności w wybranych… nazwijmy to, konkurencjach. Waszym pierwszym zadaniem będzie pokonanie toru przeszkód. Oczywiście w jak najkrótszym czasie.
            Bez dalszych wstępów poprowadził ich w głąb sali. Przywołał gestem młodego elfa. Ten skinął głową, przyjrzał się swoim uczniom i wskazał jednego z nich – chłopca niewiele starszego od Ennie, odzianego, jak zresztą wszyscy adepci, w skromny, już dość znoszony strój. Chłopiec odznaczał się drobną budową ciała. Rzucał się też w oczy, ponieważ jako jedyny spośród dzieciaków był łysy. Jego mentor wyjaśnił z kiepsko ukrywaną dumą, iż od samego początku wyróżnia się on niepospolitymi wynikami na torze przeszkód i wciąż je poprawia, więc jest zapewne najlepszym kandydatem, by zaprezentować gościom ogrom możliwości, jakie daje szkolenie. Następnie losowo wyłowił z tłumu jeszcze dziewczynkę – chudą, wysoką, z prostymi włosami nieokreślonego koloru – by udowodnić, jak sam stwierdził, że wysokiego poziomu umiejętności nie osiągają jedynie wyjątkowe jednostki, lecz wszyscy uczniowie.
            Chłopiec ustawił się na starcie jako pierwszy. Na dany znak ruszył. Pomknął przed siebie niczym strzała, błyskawicznie pokonując ścianki, wahadła, gilotyny, równoważnie i wszelkie inne przeszkody. Rodzeństwo przyglądało się temu z uznaniem, podziwiając niezwykłą sprawność dzieciaka – zarówno jego szybkość, jak i zwinność. Z nie mniejszym podziwem obserwowali dziewczynkę, która biegła następna. Nie poruszała się co prawda równie płynnie, jednak bez wątpienia również radziła sobie znakomicie. Uwagę zwracał jednak fakt, że pokonywała tor przeszkód w dokładnie tym samym stylu co jej poprzednik – a więc był to wyuczony schemat. Noelle spojrzała znacząco na brata, który skinął głową, potwierdzając, że również to zauważył. Uśmiechnęli się do siebie figlarnie niczym dzieci planujące jakąś fantastyczną psotę i spokojnie czekali.
            Gdy dziewczynka zakończyła bieg, nagrodzona sztywnym skinieniem młodego elfa, starszy popatrzył na gości wyczekująco. Ponieważ żadne z nich nie zareagowało, uśmiechnął się zachęcająco i zaprosił ich gestem na start. Noelle i Etan spojrzeli na siebie.
            - Życzysz sobie, mistrzu, żebyśmy dokładnie powtórzyli sztuczki twoich dzieciaków, czy możemy zrobić to po swojemu? – spytała nieco złośliwie elfka. Mężczyzna przyjrzał jej się ze zniecierpliwieniem, które jednak zaraz zmieniło się w ciekawość.
            - Pokażcie, co potraficie.
            Kiedy brat i siostra ustawili się na starcie razem, po sali poniósł się szmer. Uśmiechnęli się i nim dano im sygnał do rozpoczęcia biegu, równocześnie ruszyli przed siebie, wyraźnie dobrze się przy tym bawiąc. Co rusz zmieniali strategię, to pomagając sobie w pokonywaniu przeszkód w niezwykle wymyślny sposób, to przeszkadzając jedno drugiemu. Wprost przelatywali po torze, wywołując od czasu do czasu pojedyncze westchnienia czy nawet ciche okrzyki. Zakończyli bieg wspólnie, tak jak zaczęli, osiągając lepszy czas niż najznakomitszy z adeptów. Na dodatek uczynili z niego niepowtarzalne widowisko.
            - To się nazywa kreatywność w rozwiązywaniu problemów – rzuciła Noelle na tyle głośno, by wszyscy ją usłyszeli. W odpowiedzi usłyszała krótkie lecz entuzjastyczne oklaski Victora. Uśmiechnęła się do niego, nie zważając na nerwowe posapywanie starszego elfa, który najwyraźniej nie był zachwycony.
            - Dobrze – powiedział spokojnie, udając, że nie słyszał zaczepnej uwagi. – Muszę przyznać, że było to dość imponujące… Nie ma się jednak co rozczulać, idźmy dalej.
            Przeszli do odległej części sali ćwiczeniowej, gdzie wyznaczone było pole do walki. Początkowo ustawione w nim były kukły służące do trenowania, lecz widząc pogardę w spojrzeniach gości, mistrz nie kryjąc zdenerwowania zarządził szybko ich usunięcie, zupełnie jakby ktoś umieścił je tam bez jego wiedzy i zgody. Następnie sam stanął pośrodku namalowanego okręgu i zwrócił się do rodzeństwa kurtuazyjnym do przesady tonem:
            - W jaki sposób chcielibyście zaprezentować nam swoje umiejętności w walce? Życzycie sobie zmierzyć się z naszymi adeptami w pojedynku? Dwoje na dwoje? A może chcecie walczyć między sobą?
            Noelle i Etan popatrzyli na siebie w milczeniu. Brat nieznacznie wzruszył ramionami, uśmiechając się i lekko unosząc brwi. Dziewczyna spojrzała więc śmiało na starszego elfa.
            - A co proponujesz, mistrzu? – spytała uprzejmie, z jadowitym uśmiechem na ustach.
            Zapytany zastanowił się przez chwilę. Najwyraźniej wpadł na jakiś genialny pomysł, gdyż na jego obliczu powoli zakwitł pewny siebie uśmiech.
            - Jaką broń preferujecie, jeśli wolno spytać? – Brat i siostra obojętnie wzruszyli ramionami, co wywołało jeszcze większy uśmiech. – Świetnie. W takim razie proponuję, byście zaprezentowali swój kunszt w posługiwaniu się każdym jej rodzajem, jakiego tu używamy, mierząc się z naszymi najlepszymi uczniami. – Widząc ich zainteresowanie, zaczął wymieniać – Oczywiście sztylety. Miecze. Powiedzmy, łuki. Kastety. Co więcej, jeśli umiecie się nim posługiwać – Umilkł na moment, jakby się nad czymś zastanawiając. – I o ile w ogóle słyszeliście o czymś takim – dodał z przekąsem – Mamy również sansetsukon. – Etan zagwizdał z podziwem, nie mogąc się powstrzymać. – To nasza specjalność dla wyjątkowo uzdolnionych – oznajmił z dumą mistrz. – Natomiast nie będę wam proponował garoty. Daje raczej małe możliwości – Roześmiał się, zadowolony z kiepskiego żartu.
            - To tylko kwestia kreatywności – Noelle mrugnęła do mężczyzny, omal nie prowokując wybuchu niepowstrzymanej niczym wściekłości. Elf z trudem zdołał się opanować.
            - To jak będzie? – Teraz wyrzucał z siebie słowa na jednym oddechu, z wręcz niewyobrażalną prędkością. W milczeniu skinęli głowami. – A więc zgoda – Zatarł ręce. – Po jednym pojedynku z każdym rodzajem broni. Wy decydujecie, które z was walczy. My dobieramy wam przeciwników. – Ponownie skinęli.

***

            Etan zapukał cicho i wślizgnął się do celi. Noelle, obnażona do pasa, leżała na brzuchu na swoim posłaniu. Victor siedział nad nią i starał się rozmasować obolałe miejsca. Elf przysiadł w zasięgu wzroku siostry, który spojrzała na niego z uśmiechem pełnym zadowolenia.
            - Zaimponowałaś mi dzisiaj. Zwłaszcza kiedy zaproponował sansetsukon, a ty bez wahania przyjęłaś wyzwanie – roześmiał się, przypominając sobie swoje zaskoczenie.
            - Ten bufon sam się prosił o nauczkę – parsknęła.
            - No tak… Ale przecież nigdy nie miałaś do czynienia z taką bronią!
            - Nie miałam jej nigdy w rękach, to fakt – przyznała. – Ale do czynienia z kimś, kto nią wymachiwał, już owszem.
            - Więc nie ulegało wątpliwości, że sobie poradzisz – mruknął Etan. Nadal był pod wrażeniem, gdy przypomniał sobie, jak Noelle, unikając ciosów, wręcz tańczyła wokół mistrza, który, rozjuszony do granic wytrzymałości jej bezczelnością, osobiście stanął do walki, zapewne chcąc dać jej nauczkę.
            - Nie – znów parsknęła dziewczyna. – Jedyne, co nie ulegało wątpliwości, to to, że skurczybyk mnie nieźle poturbuje, jeśli nie będę wystarczająco szybka.
            - I zaskakująco giętka – dodał Victor z podziwem, wciąż pastwiąc się nad jej mięśniami. – Wiedziałem, że jesteś zwinna, moja droga, ale nie, że aż tak. Choć trochę cię to kosztowało, co? – Poklepał ją przyjacielsko po ramieniu.
            Dziewczyna burknęła coś tylko niezrozumiale, odwracając twarz do ściany. Rzeczywiście, dała dziś z siebie wszystko, a nawet jeszcze więcej. Fakt, adepci, z którymi się mierzyła – zarówno wyrostek ze sztyletami, jak i blondyneczka strzelająca z łuku – prezentowali wysoki poziom i musiała się postarać, by sobie z nimi poradzić. Podobnie zresztą Etan w pozostałych „konkurencjach”. Ale mimo wszystko to była dla nich zabawa. Natomiast zupełnie inaczej wyglądało to w przypadku mistrza z sansetsukonem. Naprawdę świetnie sobie z nim radził. A poza tym był wściekły, co stanowiło dodatkowe niebezpieczeństwo. Nie miał zamiaru się z nią patyczkować, co zresztą otwarcie oznajmił jeszcze przed rozpoczęciem walki. Dopiero z nim musiała się naprawdę nagimnastykować. Facet był silny, a przy tym niesamowicie szybki. Co prawda ani razu nie zdołał zadać jej prawdziwego ciosu – broń jedynie kilka razy ledwie ją musnęła, zostawiając parę siniaków – za to zmęczył ją do tego stopnia, że bolało ją dosłownie wszystko. Zresztą gdyby nie Victor, który teraz z własnej inicjatywy postanowił przyjść jej z pomocą, pewnie niedługo miałaby problem choćby z podniesieniem się z łóżka. A przecież musiała być w formie, jeśli miało im się powieść.
            Victor ledwo dostrzegalnym ruchem delikatnie pogładził ją po plecach, po czym wstał. Jego kręgosłup wydał serię nieprzyjemnych trzasków, gdy się przeciągał, nieco zesztywniały po tym, jak spędził dłuższy czasu pochylony nad przyjaciółką.
            - No, wystarczy tego dobrego. Wy już się dzisiaj napracowaliście. Siedźcie tu sobie spokojnie, a ja idę się trochę rozejrzeć.
            Dziewczyna przeciągnęła się niczym kot, mrucząc niezrozumiale coś, co brzmiało z grubsza jak: „Co ja bym bez ciebie zrobiła, jesteś boski” i szybko się ubrała, nie zważając na zakłopotanie towarzyszy. Usiadła na posłaniu i pomachała chłopakowi, gdy wychodził.
            - Zasłużony odpoczynek, tak? – parsknęła, przyglądając się bratu uważnie. Ten tylko wzruszył ramionami i poszedł do swojej celi.

***

            Noelle szarpnięciem otwarła drzwi i wypadła na korytarz jak burza. Podeszła do Victora, kompletnie ignorując mnicha, którego widok skąpego stroju – bardziej odsłaniającego niż zakrywającego jej wdzięki – wprawił w niemałe zakłopotanie, a najprawdopodobniej o mało nie przyprawił również o zawał. Złapała chłopaka za rękę, przyglądając mu się uważnie.
            - Jakiś problem?
            - No więc, właśnie, ja tego… – zaczął się jąkać mężczyzna, w oszołomieniu gapiąc się na dziewczynę.
            - Brat Albertos chciał mnie tylko odesłać na dół. Tam, gdzie dawniej mieszkałem – Victor machnął ręką.
            - Nic z tego – Elfka zwróciła się do mężczyzny tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Nasz człowiek musi być pod ręką. Śpisz ze mną – oznajmiła chłopakowi.
            - Ale... Ależ to nie uchodzi!
            - Szczerze mówiąc nie interesuje mnie, co u was uchodzi, a co nie. My mamy własne zasady i wam nic do tego, frater – odparła zimno, patrząc na mnicha z wyższością. – Po prostu się tu nie kręćcie. Czego nie ujrzycie, to was nie zaboli – dodała z kwaśnym uśmiechem i nie dając Albertosowi szansy na udzielenie jakiejkolwiek odpowiedzi, wróciła do celi, ciągnąc Victora za sobą.
            Zatrzasnęła drzwi i oparła się o nie, nieomal krztusząc się ze śmiechu. Założyła ręce na piersi, przyjrzała się krytycznie chłopakowi stojącemu przed nią i z udawaną powagą oznajmiła:
            - Zaczynam rozumieć, co takiego widzisz w ciągłym dopiekaniu ojczulkom.
            Victor wzruszył ramionami, uśmiechając się krzywo. Starał się nie patrzeć na przyjaciółkę, w której towarzystwie nagle poczuł się wyjątkowo nieswojo. Noelle w lot pojęła, o co chodzi i roześmiała się gardłowo. Chłopak zarumienił się lekko. Znał przyjaciółkę, a jednak wciąż potrafiła go zaskoczyć. Nagle zaczął się zastanawiać, do czego właściwie może to doprowadzić. Uważnie obserwował każdy jej ruch, gdy minęła go i rzuciła się na posłanie. Po chwili przesunęła się i zachęcająco wskazała mu miejsce obok siebie, uśmiechając się przy tym zaczepnie. Zawahał się, ale postanowił podjąć wyzwanie. Raz się żyje, pomyślał, ruszając w jej kierunku.

***

            - Wiesz, gdzie ją trzymają, tak? – szepnęła Noelle, razem z Victorem skradając się mrocznym korytarzem.
            Spędzili tu już wystarczająco dużo czasu. Zdążyli opracować kilka alternatywnych planów wydostania stąd Ennie. Ten najbardziej obiecujący niestety nie wchodził w grę. Po ostrożnym rekonesansie uznali, że jednak nie mają szans, by oficjalnie zabrać stąd jakieś dziecko „na szkolenie”. Członkowie Rady nawet nie chcieli słyszeć, że mogliby dobrowolnie oddać któregoś z adeptów. Pozostała im więc droga nieoficjalna, która sprowadzała się w gruncie rzeczy do potajemnej ucieczki.
            - Powinnaś być przygotowana, że to nie będzie łatwe zadanie – oznajmił jej wcześniej, gdy we trójkę zastanawiali się, jak się do tego zabrać. – Pewnie już zdążyli namieszać jej w głowie.
            Wzdrygnęła się, myśląc o swojej siostrzyczce w roli bezwolnej maszyny do zabijania i bezszelestnie wślizgnęła się do sali, którą wskazał jej przyjaciel. Rozejrzała się uważnie, upewniając się, że wszystkie dziewczęta śpią. Ruszyła powoli przed siebie, przyglądając się rzędom posłań i usiłując z morza głów wyłowić płomiennorudą czuprynę. Dostrzegła ją niemal na samym końcu i odrobinę przyspieszyła, starając się zachować ostrożność.
            Przyklękła za plecami leżącej na boku dziewczynki. Przyjrzała się jej z czułością, po czym zagryzła wargi i stanowczym ruchem zakryła małej usta, jednocześnie unieruchamiając ją na posłaniu. Ennie szarpnęła się dziko, nie wydając jednak żadnego dźwięku. Noelle pochyliła się tuż nad nią i ledwo słyszalnie szepnęła jej do ucha:
            - To tylko ja. Zabieram cię stąd, maleńka.
            Nie czekając na jakąkolwiek reakcję, uniosła siostrę i ruszyła z nią do wyjścia. Ennie wciąż usiłowała jej się wyrwać, zupełnie jakby jej nie poznała. Kopnęła ją nawet w kolano, wkładając w to wszystkie swoje siły. Elfka skrzywiła się nieznacznie, nie puściła jednak upartej dziewczynki. Gdy udało jej się opuścić salę, odetchnęła z ulgą. Rzuciła Victorowi krótkie, rozpaczliwe spojrzenie. W odpowiedzi skinął lekko głową. Starał się jak mógł, by pomóc jej w dostarczeniu małej furii na dziedziniec, gdzie miał czekać na nich Etan.
            Gdy wreszcie tam dotarli, szybko zakneblowali i skrępowali Ennie, starając się przy tym nie sprawić jej bólu. Żadnemu z nich się to nie podobało, lecz zdali sobie sprawę, że to jedyne wyjście, jeśli chcą niepostrzeżenie opuścić twierdzę. Gdyby tego nie zrobili, mała mogła im tylko przysporzyć kłopotów.
            - Trzymaj się, maleńka – szepnęła Noelle, gdy wspólnymi siłami starali się usadowić wciąż szarpiącą się siostrzyczkę na koniu, którego dosiadał Etan.
            Wszyscy zdawali sobie sprawę, że nie mogą czuć się bezpiecznie, póki nie znajdą się daleko od tego miejsca, poza zasięgiem Zakonu. Im dłużej zwlekali z ucieczką, tym większe było niebezpieczeństwo, że zostaną nakryci. Musieli się spieszyć.
            Noelle nie zwróciła większej uwagi na dwóch furtianów z poderżniętymi gardłami, których minęli. Wiedziała, że na pewno nie zdążyli nawet pisnąć, gdy Etan się nimi zajął. Wreszcie udało im się opuścić twierdzę i tylko to się liczyło. Odwróciła się i pomachała w stronę murów, a potem posłała słaby uśmiech siedzącemu za nią Victorowi i popędziła konia. Byli wolni.

***

            Dziewczynka siedziała naburmuszona, przysłuchując się rozmowie. Nie zwracała uwagi na obejmującego ją ramieniem chłopaka, który najwyraźniej starał się ją rozśmieszyć na wszelkie sposoby. Spod opadającej na oczy grzywki obserwowała troje elfów, którzy o niej mówili.
            Długo zeszło, nim wreszcie zrozumiała, co brat i siostra dla niej zrobili. Wciąż jednak była na nich obrażona, gdyż uznali, że dla jej własnego dobra muszą ją krępować, póki to nie nastąpi. Za nic nie chciała przyznać, że mieli rację, choć dobrze wiedziała, że jeszcze kilka dni temu wykorzystałaby każdą szansę, byle tylko im uciec i wrócić tam, gdzie, jak jeszcze niedawno sądziła – ponieważ to właśnie wpajano jej, odkąd się tam znalazła – było jej miejsce.
            Westchnęła z irytacją, przypominając dorosłym o swojej obecności.
            - Nasza mała wojowniczka się niecierpliwi, co? – Wiekowy elf uśmiechnął się ciepło, spoglądając na nią z niemal ojcowską troskliwością. Wzruszyła ramionami, usiłując nie odpowiedzieć uśmiechem. – U nas będziesz bezpieczna. Wprawdzie Etan i Noelle nie mieli zamiaru oddać cię na szkolenie, ponieważ tego właśnie życzyli sobie wasi rodzice, ale ty jesteś wyjątkowo uparta, mała. Ale czy jesteś pewna, że tego właśnie chcesz?
            - Chcę – Ennie odezwała się po raz pierwszy, unosząc podbródek i śmiało spoglądając mu w oczy. – Chcę być taka jak oni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz