Chwilowo
narzuciłam sobie całkiem niezłe tempo w udostępnianiu kolejnych starych
tekstów, wiem... To wszystko po to, aby jak najszybciej oddać je w Twoje ręce.
Kiedy się skończą, trochę zwolnimy... Chyba że znów dopadnie mnie wena i
słowotok.
Poniższe
opowiadanie jest pierwszym, które napisałam ot tak, dla przyjemności. Zanim je
tu umieściłam, zrobiłam niewielką korektę. Nadal jest sporo niedociągnięć, ale
uważam, że nie ma sensu go bardziej poprawiać - zwyczajnie, staram się rozwijać
z każdym kolejnym tekstem, zamiast ciągle zmieniać te same. Tak czy inaczej,
mam nadzieję, że da się to przeczytać. Udanej lektury.
Ocknął się. Pierwsze, co poczuł, to zimno – i przejmujący ból w skroniach. Co się stało? Dotknął dłonią twarzy i zobaczył, że palce są całe czerwone. Krew! Nagle wszystko wróciło.
Jechał z Jackiem samochodem. Była
okropna pogoda. Prowadził. Miał kłopoty z utrzymaniem pojazdu na jezdni. Nagle
wpadli w poślizg. Samochód przekoziołkował przez rów i wpadł z rozpędem między
drzewa. Staczał się po stromym zboczu, co i rusz obijając się o pnie – niektóre
z nich łamały się jak zapałki pod jego ciężarem.
W końcu się zatrzymali. Ale Nick już
tego nie pamiętał, musiał w trakcie szalonego zjazdu stracić przytomność.
Ostrożnie rozejrzał się wokół. Zobaczył, że Jack leży na tylnym siedzeniu.
Widocznie siła uderzeń przerzuciła tam bezwładne ciało. Niestety, obawy Nicka
się potwierdziły, przyjaciel nie przeżył wypadku.
Mężczyzna spróbował otworzyć drzwi.
Na szczęście, udało się. Chciał wysiąść i wtedy poczuł przejmujący ból w nodze.
Okazało się, że zmiażdżony samochód uwięził go wewnątrz – nie mógł nawet ruszyć
unieruchomioną i chyba złamaną kończyną. Zamknął więc drzwi, aby uchronić się
przed panującym na zewnątrz chłodem i nie pozwolić zdradzieckiej mgle wedrzeć
się do środka. Poszukał telefonu. W końcu znalazł go w schowku, który ledwie
udało mu się otworzyć. Zerknął na rozbity wyświetlacz i w poczuciu bezsilności
uderzył w deskę rozdzielczą – brak zasięgu. Czyli jest zgubiony, chyba że ktoś
zacznie ich szukać…
Nick ocknął się z odrętwienia. Która
może być godzina? Wiedział tylko, że od dłuższego czasu na dworze jest całkiem
ciemno. Słyszał jakieś niepokojące dźwięki, ale był tak otępiały, że nawet nie
zwrócił na nie uwagi. Ledwo odczuwał niską temperaturę. W końcu olbrzymim
wysiłkiem zmusił się do ściągnięcia Jackowi kurtki. Jemu i tak już nie jest
potrzebna, a jeśli chce przeżyć… Gdy się ubierał, wydało mu się, że ręka
przyjaciela się poruszyła. Przyjrzał mu się uważniej. Nie, to przecież
niemożliwe, on nie żyje od kilku godzin… To tylko zmęczenie…
Kolejna warstwa odzieży wcale nie
poprawiła sytuacji. Dalej było mu okropnie zimno. Na dodatek pojawił się głód.
Ciekawe, czy ktoś już się zorientował, że zniknęli?
W końcu Nick zasnął. Zazwyczaj miał
lekki sen, lecz teraz nie potrafił się obudzić, choć bardzo chciał. Dręczyły go
koszmary, z których nie mógł się wyrwać. Bał się. Bał się jak nigdy wcześniej,
choć jednocześnie wiedział, że nic mu nie grozi, że to tylko sen. Widział
jakieś przerażające sceny, mordercę, okaleczone ciała…
Po
kilku długich godzinach męczarni udało mu się otworzyć oczy. Poczuł ulgę. Nie
pamiętał nic z tego, co mu się śniło, ale cieszyło go to. Pozostało jednak
nieprzyjemne uczucie, że nie jest sam. I że nie może się czuć bezpiecznie, póki
się stąd nie wydostanie. Marne szanse, zważywszy, w jakim położeniu się znalazł
– z uwięzioną nogą, daleko od jakiejkolwiek cywilizacji, od zwykłej drogi
nawet, na dodatek z martwym przyjacielem na tylnym siedzeniu. Jego śmierć
pewnie do końca życia będzie obciążać sumienie Nicka.
Gdy
tak rozmyślał, usłyszał w oddali coś jakby wołanie. I… Ujadanie psa?
Śmigłowiec? Niemożliwe! Czyżby ich już szukali? Dopiero wtedy zorientował się,
że dookoła jest całkiem jasno. Widocznie spał naprawdę długo. Nie miał pojęcia,
ile czasu upłynęło. Spróbował się rozejrzeć i nagle dotarło do niego, że ma
całkowicie zesztywniały kark. Ile on już tu siedzi? Spróbował poruszyć ręką. Nie
było to łatwe, ale w końcu, centymetr po centymetrze, zdołał sięgnąć do drzwi
samochodu. Otworzył je i chciał krzyknąć. Z jego gardła nie wydobył się jednak
żaden dźwięk. Spróbował jeszcze raz. I jeszcze. Cichy jęk. Jeszcze raz. No,
coraz lepiej. Teraz się uda. Nabrał w płuca jak najwięcej powietrza i… Wszystko
zniknęło.
Ocknął
się po kilku godzinach. Cholera! Stracił okazję na wezwanie pomocy. Nie
znaleźli go. Znowu było ciemno, a głosy szukających umilkły. Został sam… Tak,
na pewno… Ech, chciałby w to wierzyć, ale coś… Dalej miał to dziwne uczucie, że
coś jest nie tak, jak być powinno. Ta szczególna atmosfera lasu… Nie chodziło o
trupa w samochodzie. Nie bał się go. Przecież nie może mu nic zrobić… Ale ta
mgła, chłód – jakby nie z tego świata. Na dodatek coś jak tajemnicze szepty w
nieprzeniknionej ciemności… Zdecydowanie, coś było nie tak.
Zapadł
w sen. I znów prześladowały go te same wizje. Wyglądały przerażająco. I tak
prawdziwie. A jednocześnie jakby trochę staro. Jak na filmie sprzed lat. Nick
chciał się obudzić, uciec z tego koszmaru. Sam nie wierzył w to, co widział.
Tym razem było to wszystko wyraźniejsze. Czuł ból ofiar, utożsamiał się z nimi,
odbierał ich odczucia – lęk, nienawiść – a mimo to patrzył na wszystko z
pozycji biernego obserwatora. Był blisko, bardzo blisko, lecz pozostawał
niezauważony. Jakby tak naprawdę go tam nie było… Bo nie ma! Powtarzał to co
jakiś czas w nadziei, że tym razem pomoże, ale nadal tkwił w samym środku
prywatnego piekła. Jak człowiek mógł zgotować coś takiego innemu człowiekowi?
Nagle
perspektywa się zmieniła. Teraz to on był ofiarą. To do niego podchodził
morderca. Jemu posyłał mroczne spojrzenia. Do niego skierowany był diaboliczny
śmiech. Psychopata się zbliżał. Coraz bardziej. Nick nie chciał, żeby podszedł.
Widział, co ten robił z innymi i bał się go. Odległość między nimi zmniejszyła
się do minimum – i wtedy napastnika coś zatrzymało. Nick nie widział, co, bo
sen zaczął blaknąć. Obraz stawał się coraz mniej wyraźny. Czuł tylko dziwny
niepokój – coś było nie tak. Jęki, które słyszał, nie pochodziły od psychopaty…
Obudził
się zlany zimnym potem. Było całkiem ciemno. Wokół samochodu snuły się gęste
opary mgły. Widok za oknem był taki nierzeczywisty, w powietrzu coś wisiało…
Zorientował się, że to dalej te same odczucia, które towarzyszyły mu we śnie.
Nie pamiętał go, ale pozostało wrażenie strachu, nienawiści, silny niepokój – i
cichy, nieludzki jęk w uszach. Co to, do diabła? Co się dzieje? Jęk przerodził
się w nieziemskie szepty. Dochodziły jakby z zaświatów. Nie rozumiał słów,
które nakładały się na siebie, ale wiedział, co mówią. Każdy głos opowiadał
inną historię. Historię przepełnioną cierpieniem. Nick słyszał skargi.
Zamarł.
Całkowicie przestał się poruszać, myśleć. Nie wiedział nawet, czy jeszcze
oddycha. Trwał w takim stanie, dopóki mgła nie zniknęła, póki wątłe promyki
słońca nie zaczęły mozolnie przedzierać się przez korony drzew. Rozejrzał się
wokół. Wszystko było w porządku, ale… Czy wczoraj nie było tu jaśniej? Jakby
konary drzew splotły się nad nim, niemal nie przepuszczając zimnego światła.
Gdy to sobie uświadomił, poczuł zmianę w powietrzu. Znów coś nie tak… Powrócił
strach. Paraliżujące przerażenie. Nick nie wiedział, co się dzieje, ale się
bał. Czy nie ma już nadziei?
Nagle
po plecach przebiegł mu dreszcz. Raczej domyślił się niż zobaczył lub usłyszał,
że na tylnym siedzeniu coś się poruszyło. To niemożliwe! Jack nie żyje od kilku
dni! Jego ciało już zaczęło ulegać powolnemu rozkładowi… Okropnie się bał, ale
obejrzał się za siebie. Nie potrafiłby opisać tego, co zobaczył, zanim poczuł
na szyi zimne szpony. Puste oczodoły w pociemniałej twarzy pozbawionej nosa
były zwrócone w jego stronę. Podarte i zakrwawione ubranie w niektórych
miejscach zostało przeżarte przez zgniliznę, która rozprzestrzeniła się też na
skórze, mającej teraz dziwny kolor. Wargi całkowicie się rozłożyły, odsłaniając
długie, pożółkłe zęby i poczerniałe dziąsła. Co, do diaska… Przecież to dopiero
kilka dni. Owszem, Nick stracił poczucie czasu, ale był pewny, że ciało
przyjaciela nie mogło się aż tak zmienić. Za krótko to trwało…
Poczuł,
że oczy uciekają mu w tył głowy. Stracił świadomość. Przywrócił mu ją straszliwy
ból w ramieniu. Kark mu zesztywniał od zadziwiająco silnego ucisku. Ledwie mógł
się ruszyć, jednak udało mu się odwrócić głowę na tyle, aby zobaczyć truposza
rozrywającego zębiskami jego ciało. Z zainfekowanej rany w rozdartym ramieniu
Nicka ciekła krew zmieszana z ropą. Chciał coś zrobić – zwalić z siebie tę
paskudę albo przynajmniej zawołać o pomoc – ale znów był unieruchomiony. Czy to
się nigdy nie skończy? Gdyby mógł wydobyć z siebie głos, wyłby z bólu. Czuł się
coraz słabszy, krew strumieniami spływała z zadrapań na szyi i z rozdartego
ramienia.
Nagle
w przebłysku świadomości spostrzegł, że robi się jaśniej. I usłyszał znów
odgłosy poszukiwań. Ale nie mógł zawołać o pomoc. Zanim pogrążył się w nicości,
poczuł, że ciało Jacka znów znieruchomiało.
***
Alex usłyszał donośne ujadanie
Rocky’ego. Jego najlepszy pies wpadł na jakiś trop. Uniósł krótkofalówkę do
ust, podając ludziom szeryfa swoje aktualne położenie i kierunek, w którym
idzie. Wydał polecenie, aby szli w jego stronę, po czym podążył za głosem
wilczura. Cieszył się na myśl, że może wreszcie ich poszukiwania, jak dotąd
bezowocne, zostaną zakończone sukcesem. Od kilku dni szukali mężczyzn. Miał
dość tego łażenia po nierównym terenie, przenikliwego zimna i wiatru.
Już z daleka zobaczył samochód. A
raczej to, co niego pozostało – stertę czarnej pogniecionej blachy. Jak to
wygląda! Z nikłą nadzieją, że pasażerowie przeżyli wypadek, zaczął biec. Nie
mógł wytrzymać niepewności. Jednak gdy znalazł się na tyle blisko, aby móc
zajrzeć do środka, stanął jak wryty. To, co zobaczył, wcale mu się nie
spodobało. Słyszał dziwne opowieści o tej okolicy, gdy był jeszcze dzieckiem.
Historie mrożące krew w żyłach zapadły mu głęboko w pamięć. A widok, który wrak
krył w sobie, dziwnie do nich pasował.
Wezwał innych przez radio, odszedł
kawałek i czekał. Pies przybiegł do niego. W jego oczach ujrzał coś, czego
nigdy w nich nie widział, czego nie powinno tam być – strach. Dzikie, pierwotne
uczucie. Sprawiło to, że sam poczuł się zagrożony. Wziął Rocky’ego na smycz i
odszedł jeszcze kawałek. Coś mu mówiło, że im dalej, tym bezpieczniej.
Po oczekiwaniu, które dłużyło się w
nieskończoność, usłyszał wesołe śmiechy. Jak to możliwe, że ktoś może czuć się
tak swobodnie w tym miejscu? A jednak nie – im bliżej celu znajdowali się
ludzie, tym spokojniej i ciszej się zachowywali. Widzieli już, co stało się z
samochodem, domyślali się reszty. Nie chodziło o strach, mieli doświadczenie w
takich sprawach, ale… Po prostu nie wypadało. Nie w miejscu, gdzie zginęli
ludzie.
Podeszli za Alexem do samochodu.
Zajrzeli do środka i się cofnęli. Nikt nie spodziewał się czegoś takiego.
- Co to, do cholery? Wygląda… No
nie. Niech ktoś wezwie Sama.
Odeszli znów od wraku i czekali na
przybycie koronera.
Wreszcie, po jakiejś godzinie,
odezwały się krótkofalówki. Podali swoje położenie i wkrótce Sam do nich
dołączył. Alex opowiedział pokrótce, co się według niego stało i przekazał
sprawę w jego ręce.
- Mówisz, że kiedy zaginęli? Sześć
dni temu? I przedtem obu ich widziano żywych? Niemożliwe. Te zwłoki wyglądają
na dużo starsze. Jakby leżały tu co najmniej dwa tygodnie. Raczej dłużej. A te
drugie… Zdaje się, Nicka… To wygląda, jakby… zostały pogryzione… Sam nie wierzę
w to, co mówię. Więcej będę wiedział po sekcji. Niestety, chłopcy, muszę się
zbierać, ale dostarczcie mi ich do prosektorium jak najszybciej. Jeśli mogę coś
zasugerować… Gdybyście naprawdę nie mogli sobie poradzić z oswobodzeniem nogi
Nicka, po prostu ją odetnijcie, a potem wydobądźcie. Jemu się i tak na nic nie
przyda. To na razie!
Mężczyźni niepewnie popatrzyli po
sobie. W końcu jeden z nich, zgrywający twardziela, zabrał się do roboty. Inni
dołączyli do niego. Najpierw wyciągnęli ciało, jak podejrzewali, Jacka.
Położyli je niedbale obok samochodu. Zaczęli mocować się ze stalowymi
kleszczami więżącymi drugie ciało. Nie mogli sobie dać rady, więc idąc za radą
anatomopatologa, najsilniejszy z nich wziął piłkę i zaczął odcinać nogę.
Wszystko potoczyło się
błyskawicznie. Zwłoki ożyły. Jack złapał mężczyznę za kostki, a Nick za gardło.
Wgryzł się w jego szyję i wyrwał kawał ciała razem z tchawicą. Momentalnie
trysnęła krew. Równie szybko wszystko jak się zaczęło, tak i skończyło. Teraz w
pobliżu samochodu zamiast dwóch znajdowały się trzy zmasakrowane ciała.
Reszta
mężczyzn gwałtownie odskoczyła. Rozbiegli się, ale szybko wrócili na miejsce,
zachowując jednak pewną odległość. Nie wrócił tylko Rocky, który zerwał się ze
smyczy. Mężczyźni zaczęli krzyczeć jeden przez drugiego, dopytywać się – co to
było?
Odezwał
się Alex. On chyba wiedział... Zaczął opowiadać historię o seryjnym mordercy,
który przed kilkoma dziesięcioleciami grasował w okolicy. Zamordował wielu
ludzi. Każdą ofiarę w bestialski sposób najpierw torturował i okrutnie okaleczał,
a potem pozbawiał życia. Ciała ukrywał. Ale ktoś go przeklął. To była jego
ostatnia ofiara. Gdy ją uśmiercił, podobno dopadły go inne. Po prostu rozdarły
go na strzępy. Od tej pory zapanował spokój.
-
Nie wiem, skąd ludzie się o tym dowiedzieli, ale tak mówiono. Krążą pogłoski,
że ciała zmarłych w tej okolicy wciąż ożywają, aby zemścić się na tych, którzy
wyrządzili im krzywdę.
-
Co Nick mógł zrobić Jackowi? Byli przyjaciółmi…
-
To on kierował. On zabił Jacka, choć nie zrobił tego celowo.
-
A Erick? Nie zamordował żadnego z nich.
-
Ale może sprofanował zwłoki, okaleczając je.
Mężczyźni
uznali, że muszą pozbyć się trupów. Alex ostro oponował. Twierdził, że zmarli
wezmą ich na cel, jeśli nie zostawi się ich w spokoju. Został jednak wyśmiany.
W końcu wymyślili, że jeśli podpalą samochód z ciałami, żywe trupy nie będą
miały żadnych szans. Spłoną. Alex był przeciwny. Oddalił się nieco. Obserwował
z daleka, jak inni podkładają ogień, który błyskawicznie się rozprzestrzenił.
Po krótkiej chwili płonął cały samochód. I wtedy… Alex nie wierzył własnym
oczom. Ciała Jacka, Nicka i Ericka znów ożyły – wydostały się z wraku i
zadziwiająco szybko zmierzały w kierunku przerażonych mężczyzn. Podarte,
przegnite i zakrwawione ubrania płonęły na ciałach. Wkrótce ogień zgasł, nie
wyrządzając im większej szkody. Z miejsca, w którym stał, widział niewyraźnie
spaloną skórę na twarzy Ericka, nadpalony kikut w miejscu, gdzie powinna
znajdować się noga Nicka…
Mężczyźni
zaczęli w panice uciekać na wszystkie strony. Wreszcie Alexowi udało się zmusić
do biegu odrętwiałe ciało. Nie wiedział, gdzie się znajduje, jak długo już
biegnie. Czuł, że zmysły odmawiają mu posłuszeństwa, powoli tracił świadomość.
Ocknął się, gdy było całkiem jasno. Nie do wiary! Wciąż żył! Może zostawiły go
w spokoju, bo nie chciał rozbić im krzywdy? Zorientował się, że od dłuższej
chwili wpatruje się w twarz jakiegoś policjanta. Obrócił się i zobaczył…
Martwego Rocky’ego, tuż przy swoim boku.
-
Jest pan zatrzymany pod zarzutem popełnienia wielokrotnego morderstwa i
podpalenia. Zginęło pięciu pańskich współpracowników. Zostali odnalezieni w
różnych częściach lasu, pogryzieni przez pańskiego psa i skatowani.
Ponieważ
Alex nie mógł wstać o własnych siłach, policjant brutalnie go podniósł i niemal
zaciągnął do radiowozu. Odwieźli go do tymczasowego aresztu. Ze zgrozą myślał o
tym, o co go oskarżono i o ciałach, które zabrano do prosektorium. Niedobrze!
***
- No, przegiąłeś. Ktoś zamordował
Sama, patologa, który zajmował się „twoimi” ciałami. W podobny sposób, jak
wcześniej robiłeś to ty. Powiedz, kto z tobą współpracował? I tak się nie
wymigasz od kary śmierci. Sam czeka na sekcję, a niedługo ty też tam trafisz.
- Już mówiłem wam, jak to było.
- Jesteś obłąkany. Na szczęście
jutro będziemy mieć cię z głowy.
Kraty
celi się zatrzasnęły. Świetnie, po prostu świetnie! Ale musiał przyznać, że
taka śmierć będzie i tak mniej bolesna. Gdyby miał skończyć jak tamci … Wolał o
tym nawet nie myśleć. W sumie nie bał się śmierci. Była lepsza od takiego
życia, jakie miałby teraz, po tym wszystkim.
Nagle poczuł coś niepokojącego. I wiedział
już, co się zbliża…
***
Rano strażnik, który miał
odprowadzić Alexa na miejsce kaźni, zastał w celi tylko jego zwłoki. Były
zmasakrowane. Pogryzione, z zainfekowanymi ranami, cuchnące zgnilizną… Leżały
na brzuchu. Mimo obrzydzenia odwrócił je, by lepiej im się przyjrzeć. Spojrzały
na niego puste oczodoły.
A przeczytałem sobie przed pracą, by zgnilizna doprawiła trochę moje śniadanie :) Uwag mam w sumie ze trzy, wszystkie dotyczące fabuły. Styl odpuszczę, zdarzały się potknięcia ale to wiadomo jak jest przy tekście. Zawsze coś się zdarzy, czy to w składni, czy jakiś chochlik poprzestawia litery. Do rzeczy: bardzo brakowało mi w tym tekście węchu, zapachu. Przecież te ciała musiały okropnie cuchnąć. Ciekawe jak bohater wytrzymał z rozkładającym się trupem przez tyle dni. Druga sprawa: Czas, kilka dni, co jadł, pił. Pojawiło się uczucie głodu, ale potraktowano w sumie to po macoszemu. "No, przekąsiłbym frytki, a może już mam ochotę na umarlaka z tylnego siedzenia" :) Trójeczka to banda wioskowych głupków, którzy prowadzą poszukiwania. Widzą, że ich kolega został wykończony przez powstające trupy, e tam, wszyscy wróćmy na miejsce wypadku, co może się stać. Ja rozumiem chęć ukazania ludzkiej głupoty, ale żeby chociaż jeden posiadał instynkt samozachowawczy i przytomnie spierdzielił. Na szczęście pies spierdzielił, choć nie za wiele mu to dało. Tak czy siak, tekst połknąłem, podoba mi się, w sam raz na śniadanie :) Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńSzczerze mówiąc nie patrzyłam na to od tej strony... Dzięki za te uwagi, na przyszłość się przydadzą :D Na swoją obronę mogę powtórzyć jedynie, jak wyżej - to pierwsze opowiadanie napisane "na serio", a ja wyznaję zasadę, że staroci nie poprawiam i nie zmieniam, żeby nie stać w miejscu. Za to wszelkie komentarze mile widziane, w przyszłości postaram się takie rzeczy brać pod uwagę, trzeba się rozwijać :)
UsuńDzięki jeszcze raz! Również pozdrawiam :)