Tak na powitanie - jedno z moich (i
podobno nie tylko moich) ulubionych opowiadań, sprzed mniej więcej półtora
roku. Inspiracją do jego napisania był komentarz pewnego Szaleńca, który do tej
pory wspominam z uśmiechem. Nawet nie bardzo wiem, do jakiego worka by je
wrzucić... Więc może już nie będę zanudzać. Pozostaje mi zaprosić Cię do
czytania. Miłej lektury życzę.
Głośne
ARAMZAMZAM przerwało błogą ciszę nocy. Spojrzał na zegarek. Trzecia. Szlag by
to… Ostatnio kiedy cholerstwo wyrwało go ze snu o takiej porze, ta wariatka
była kompletnie zalana i pomimo łączącej ich przyjaźni głęboko żałował, że dał
jej swój numer. Że też nie pamiętał, że przy ostatniej okazji zmieniła mu
dzwonek. Choć w zasadzie nie dziwne, tak długo nie dawała znaku życia. Miał
podstawy przypuszczać, że lepiej by jednak zrobił, ignorując nieznośny jazgot
ustrojstwa, które znów zapomniał wyciszyć przed zaśnięciem, co ostatnio
zdarzało mu się nader często. Walnął pięścią w ścianę w geście bezsilnej
wściekłości, czego zresztą natychmiast pożałował, odetchnął i sięgnął po
wywrzaskujący jakieś czarnomagiczne inkantacje aparat.
-
Wiem, że siedzisz na jakimś zadupiu w Karkonoszach, jest grudzień i nawet nie
ma ci kto podjazdu odśnieżyć, ale w to, że zegarków też tam nie macie, w życiu
nie uwierzę. Znów jesteś pijana?
-
Nie – chwila przerwy. – Też miło cię słyszeć. Chciałam pogadać. Mam problem.
-
I na pewno jesteś trzeźwa?
W
słuchawce rozległ się dźwięk przywodzący mu na myśl kota z kreskówki
krztuszącego się „kłaczkiem”.
-
Na pewno bardziej niż ty!
Wytrzeźwiał
w jednej chwili. O cholera, wygląda na to, że to coś poważnego. Nie
zastanawiając się ani chwili, zerwał się z łóżka.
-
Będę u ciebie najszybciej, jak się…
-
Daj spokój! Przecież to cholernie daleko, jest środek nocy, a ty wciąż jesteś
pod wpływem…
-
To co – nawet nie słuchał coraz gwałtowniejszych protestów i wymówek,
wyczyniając najdziwniejsze akrobacje, by się ubrać, a jednocześnie nie upuścić
przytrzymywanej ramieniem komórki – wódka czy herbata?
Usłyszał
teatralne westchnienie. Wyjątkowo długie westchnienie. A potem coś jakby
tłumiony chichot. Świetnie, jego wątpliwy urok osobisty już zaczął działać,
czyli jest jakaś nadzieja. Wątła iskierka, ale jednak. Na początek dobre i to.
Z braku laku dobry kit. A dobry kit nie jest zły.
-
No dalej, ja czekam… Chcesz, żebym się tu zestarzał? Nie wiem, czy będzie mi do
twarzy z długą siwą brodą. Co ja, jakiś pieprzony dziadek mróz?
Kolejne
westchnienie przepełnione rezygnacją.
-
A coś oprócz wódki masz, czy już wypiłeś resztę?
W
myślach szybko zrobił przegląd barku. Na chwilę obecną jego zawartość
przedstawiała się dość skromnie, ale coś się powinno znaleźć. Chyba zawsze jest
tam jakaś nietknięta butelczyna na czarną godzinę. Wypadł z pokoju i popędził
na dół, o mało nie wywijając orła na schodach. Po drodze zahaczył jeszcze o
stolik do kawy, niemal skręcił kostkę, potknął się o psa wyglądającego, jakby
nagle zapragnął zdechnąć na środku salonu i wreszcie dotarł do celu. Przez
chwilę mocował się z drzwiczkami, które jak na złość akurat teraz musiały się
zaciąć. Okazało się oczywiście, że miał rację.
-
Mam. Może być… Whiskey in the jar-o – zaśpiewał okropnie zachrypniętym głosem.
-
O kurde. Naprawdę musiałeś nieźle popić. – Prychnął tylko w odpowiedzi,
zastanawiając się, od kiedy to właściwie w środku nocy wyśpiewuje… Wróć,
fałszuje do telefonu. – No dobra, mnie to pasuje. Więc…
Nie
dał dokończyć przyjaciółce. Musiał się sprężać, bo z tego co pamiętał, ostatni
pociąg zmierzający w interesującym go kierunku odjeżdżał za jakieś dziesięć
minut. Nie miał szans zdążyć. Ale musiał, to nie ulegało wątpliwości.
-
Odezwę się z drogi – rzucił tylko i się rozłączył.
Chwycił płaszcz,
wciskając jednocześnie telefon do kieszeni, z trudem wypchnął zaspanego
labradora do ogrodu i już biegł w kierunku dworca. Wbiegając na peron,
zorientował się, że prawdopodobnie nie zabrał portfela. Olać to, pomyślał i wskoczył
do ostatniego wagonu dosłownie na moment przed odjazdem. Zasapany rozsiadł się
w jedynym całkowicie pustym przedziale, jaki udało mu się znaleźć, i zaczął
przeszukiwać kieszenie. Znalazł jakiś wyblakły paragon, trochę drobniaków i
jeden banknot o większym nominale. Nie miało to zresztą znaczenia, po namyśle
doszedł do wniosku, że nie ma zamiaru marnować pieniędzy na bilet. Mogą się
jeszcze przydać.
Odwrócił się do okna,
usiadł wygodniej i zamyślił się głęboko. Po raz kolejny nie mógł wyjść z podziwu,
jak potrafią na niego wpłynąć inni ludzie. Zawsze uważał siebie za wybitnie
aspołeczną jednostkę, a tu proszę – właśnie siedział w pociągu z zamiarem
przejechania pół Polski na gapę. Tylko przez to, że przyjaciółka, z którą się
od wieków nie widział, zadzwoniła do niego w środku nocy na trzeźwo. Znaczy, coś
się stało i potrzebuje pomocy. Teoretycznie to powinien być wyłącznie jej
problem. A jednak nie potrafił się nie przejmować. Nagle przypomniał sobie o
pozostawionym samopas psie. Wyjął komórkę z kieszeni, wybrał numer i napisał
krótkiego SMS-a:
Wpadniesz
rano nakarmić Brutala? Coś mi wypadło
Wiedział, że kumpel
odczyta wiadomość najwcześniej w południe, ale nie przeszkadzało mu to. Ważne,
że jego podopiecznym będzie się miał kto zająć. Choćby nie wrócił do przyszłego
roku, labrador nie zdechnie z głodu, choć to najwyraźniej jego wielkie
marzenie. Dziwny zwierzak. Ale w zasadzie… Psy podobno upodabniają się do
właścicieli. Czyli wszystko jasne.
Nagle z rozmyślań
wyrwało go znaczące chrząknięcie. Odwrócił się. Przed nim stał konduktor, z
powątpiewaniem przyglądając się krzywo zapiętemu płaszczowi i butelce Jacka
Danielsa w ręku wyglądającego na mocno wczorajszego pasażera. Wzruszył
ramionami, śmiejąc się pod nosem z niepewnej miny ciut zaspanego pracownika
PKP. Nie był w najlepszym nastroju na zawieranie, a raczej niezawieranie
transakcji, kłótnie i mandaty. Z pełną premedytacją uniósł wolną rękę i
zaprezentował gościowi środkowy palec w całej jego okazałości.
- Rozumiem, że szanowny
pan nie raczył nabyć biletu – wysyczał konduktor przez zaciśnięte zęby, czerwieniejąc
gwałtownie. Jego błyszczące z niewyspania oczy miotały gromy.
- Nie raczył –
odpowiedział jeszcze ciszej niż tamten, sprawiając, że mężczyzna odruchowo się
nad nim pochylił.
- Tak więc mandacik…
Jego oczy błysnęły
groźnie. Wszystkie żarówki w przedziale zamigotały agonicznie i eksplodowały
jedna po drugiej. Powietrze wypełnił odór spalenizny i bury dym.
- Mandaciku przyjąć też
nie raczy, rozumiemy się?
Konduktor gwałtownie od
niego odskoczył i rozejrzał się w panice. Widząc, że nie ma skąd oczekiwać
pomocy, chyłkiem się wycofał. Jeszcze długo pobrzmiewał mu w uszach złowrogi
śmiech dziwnego pasażera.
***
Nie
miał pojęcia, ile razy pociąg zatrzymywał się na kolejnych opustoszałych stacjach
ani jak często zmieniał się ośnieżony krajobraz za oknem. Szczerze miał to
gdzieś, jego myśli zaprzątało zupełnie co innego. Nawet nie zauważył, kiedy
niekoniecznie egipskie ciemności ustąpiły miejsca szarości wczesnego zimowego
poranka. Zapowiadał się mroźny dzień. Na dodatek zanosiło się na opady śniegu.
W górach, cholera jasna! Dlaczego akurat góry! Nie mogła na święta wynieść się
gdzieś na Karaiby? A czemu nie od razu Biegun Północny! Co się będziem
rozdrabniać! Jak szaleć to szaleć! Renifery by się ucieszyły, jego przyjaciółka
uwielbiała rozpieszczać wszelkie siedliska zarazków, kłaków, pcheł i kleszczy.
-
No dobra – mruknął do siebie. – Jakoś przeżyję. Ale jak się tam dostanę…
Pociąg
niedługo miał wreszcie stanąć na jego stacji. Ostatniej stacji na swojej
trasie. Na jakimś zapiździejewie. Uznał, że najwyższy czas skontaktować się z
jedyną słuszną przyczyną tej szaleńczej wyprawy.
-
Przygotowałaś dla mnie psi zaprzęg? – przywitał się, gdy tylko odebrała.
-
Twoja karoca niestety nie dotarła, książę. Wysyłam po ciebie eskortę, jakoś cię
do mnie dostarczą.
Nie
zdążył nawet wyrazić licznych wątpliwości, jakie zaczęły nim targać na wieść o
rzekomej „eskorcie”. Połączenie zostało przerwane. No pięknie, pewnie przedtem
obraził sobie jedyną słuszną przyczynę, rozłączając się tak nagle. Choć pełen
był najlepszych chęci, jego zachowanie mogło mimo wszystko zostać źle odebrane.
A to nie wróżyło najlepiej. Przyjaciółka była mocno podminowana, a i tak nigdy
nie grzeszyła cierpliwością, jeśli ktoś na to należycie nie zasłużył. No
trudno, jakoś trzeba to będzie znieść. W końcu czego się nie robi…
Rozklekotany
gruchot powoli dotelepał się do niewielkiej stacyjki. Z trudem zebrał się z
miejsca, jego kości zatrzeszczały przeraźliwie po kilku godzinach siedzenia w bezruchu
na niewygodnej ławce. Otulając się ciaśniej płaszczem wyskoczył na peron,
mimochodem dostrzegając, że oprócz niego i wciąż przerażonego jego widokiem
konduktora nikt więcej nie wysiada. Ledwie wylądował, tonąc w śniegu niemal po
kolana, został zaczepiony przez jakiegoś dziadka w idiotycznym kapeluszu. Mocno
pobrużdżona twarz zdradzała upodobanie do wszelakich trunków, niekoniecznie
najwyższej jakości. Staruszek zerknął z aprobatą na butelkę whiskey i
uśmiechnął się szeroko.
-
No, no, no, proszę, proszę bardzo. Przez pół Polski nie z byle czym. Nie zimno
ci, chłopcze? – Stary pryk puścił do niego oko i rzucił mu grube rękawice. – Co
cię tu przywiało?
-
Żebym to ja wiedział – odmruknął niechętnie, wzruszając ramionami. Dziadek
pokiwał głową ze zrozumieniem.
-
Mam cię dostarczyć… Zresztą pewnie wiesz – mruknął bardziej do siebie niż do
niego. – Stary już jestem. A facetowi od pługa ktoś łopatę na łbie złamał i
drogi nieprzejezdne. – Zagwizdał przeciągle. – Ale on cię zaprowadzi.
Spojrzał
na staruszka z powątpiewaniem. Czyżby niewybredny gust w kwestii spożywanych w
sporych zapewne ilościach i jak najczęściej napojów wyskokowych spowodował
postępującą w zastraszającym tempie degradację szarych komórek? Zaczynał mieć
poważne wątpliwości, czy w ogóle kiedykolwiek dotrze do celu, gdy nagle dopadł
do nich olbrzymi bernardyn, wyglądający na równi starego jak jego właściciel, a
mimo to zachowujący się niepoważnie jak szczeniak. Machał ogonem jak wariat,
obskakując starca, który usiłował nad nim zapanować.
-
Wabi się Szczękościsk – wysapał po jakimś czasie dziadek, tarmosząc wielki
kudłaty łeb – i zna drogę lepiej niż ja sam. Z nim nie zabłądzisz. A potem się
nim nie przejmuj. Rzuć mu tylko jakąś kosteczkę za fatygę, on sam do mnie
wróci.
Skinął
głową. Nie był pewien, czy w Karkonoszach zachowały się jeszcze jakieś mamuty,
a nie miał pojęcia, z jakiego innego źródła mógłby pozyskać „kosteczkę”
adekwatnych rozmiarów, ale postanowił zatrzymać to dla siebie. Nie zwlekając
dłużej uścisnął zgrabiałymi palcami wyciągniętą w swoją stronę zasuszoną dłoń i
pobrnął przez śnieg za szaloną bestią. Zauważył mimowolnie, że psa lekko
zarzuca na zakrętach. Cóż, pewnie dziadek tankuje od samego rana. Tak więc nie
ma się co dziwić, sam też nigdy nie lubił pić do lustra.
Wędrówka
przez senną wiochę nie należała do najłatwiejszych. A jednak, zupełnie jak się
tego spodziewał, prawdziwy surwiwal zaczął się dopiero, gdy śladem yeti na
czterech łapach zaczął powoli piąć się pod górę. Przypuszczał, że gdzieś pod
tymi kilometrami śniegu kiedyś pewnie była jakaś droga, ale musiał w tym
względzie zaufać szurniętej górze mięsa i czystej radości życia pokrytej stertą
futra. Nagle rzeczona góra podbiegła do niego i odwróciła się w stronę
porastającego wszystko poza wąską przesieką, przez którą się przedzierali,
lasu. Z głębi wielkiego cielska dobyło się złowrogie basowe warczenie.
Przekrwione ślepia czujnie wypatrywały czegoś w mroku, po obnażonych
imponujących kłach pociekła spieniona ślina. Niepewny, jak zachować się w
takiej sytuacji, gdy jego przewodnik gotów był w każdej chwili rzucić się na
intruza niezależnie od tego, czy byłby to górski troll, King-Kong, czy jedynie
jakaś zagubiona wróżka z Nibylandii, położył dłoń na karku psa w uspokajającym
geście. Nic lepszego nie przyszło mu do głowy, a jednak podziałało to jak
dotknięcie czarodziejskiej różdżki. Jego obrońca momentalnie się uspokoił.
Nagle
spomiędzy drzew wypadło stado jeleni. Nie wyglądały na specjalnie
zainteresowane niespodziewaną obecnością kogokolwiek obcego na swoim terenie.
Tylko jeden Rudolf przystanął na chwilę pośrodku i przyjrzał się podejrzliwie
człowiekowi z psem. Reszta Bambich w tym czasie spokojnie przekicała sobie
przez drogę, nie przejmując się niczym poza swoimi bambimi sprawami. Na końcu i
Rudolf zabrał swój płowy zad i pomknął między drzewa. Można było sobie
wyobrazić, jak wzrusza przy tym ramionami.
Zapadając
się niemal po pas, podjął mozolną wędrówkę. Szczękościsk popędził przodem
zupełnie jakby hasał sobie po plaży w przyjemny letni dzień. Cóż, tony śniegu
to dla niego nic nowego. Obawiał się, czy wreszcie na dobre nie straci z oczu
swojego przewodnika, jednak ten co jakiś czas przystawał i spoglądał na niego
wyczekująco. W pewnym momencie skręcił w jakąś niewidoczną dróżkę i pognał
przed siebie, jakby goniło go sto diabłów, które postanowiły urządzić sobie
Dziki Gon. Zresztą w takich warunkach i na takim odludziu to nawet całkiem
prawdopodobne.
Z
trudem trzymając się na nogach, dotarł wreszcie do niewielkiej drewnianej
chaty. Bernardyn czekał na niego na ganku, znów szaleńczo wywijając ogonem.
Podszedł chwiejnie. Uniósł rękę. Nie zdążył nawet zapukać. Zwierz skoczył na
klamkę i nie oglądając się już na niego, wpadł do środka niczym tornado.
Westchnął i powlókł się za mokrymi śladami pozostawionymi przez łapy potwora.
Wkroczył do kuchni w samą porę, by przyjrzeć się psisku odstawiającemu właśnie
wariacki taniec wokół jego przyjaciółki. Wreszcie skoczył na nią, przewracając
na podłogę. Z uśmiechem potargała gęste kudły.
-
Dobry Szczękuś. A teraz złaź.
Stał
jak idiota, przyglądając się siłującej się z gigantem dziewczynie. W końcu
jakoś udało jej się pozbierać z podłogi. Wręczyła psu wielki gnat.
-
Dobra robota.
Kiedy
wreszcie udało się pozbyć zwierzęcia, zaprowadziła go do ciepłego, przytulnego
saloniku. Opadł ciężko na wielki fotel i postawił Jacka Danielsa na stoliku z
rozłożoną szachownicą. Przyjaciółka podała mu szklanki, usiadła naprzeciwko i
przyglądała się z rozbawieniem, jak rozlewa trunek. Pokręciła głową z udawaną
dezaprobatą, gdy jak zwykle nalał za dużo.
-
No dobrze, co to za problem?
-
No wiesz… Siedzę na zadupiu w Karkonoszach, jest grudzień i nawet nie ma mi kto
podjazdu odśnieżyć. Poza tym facetowi od pługa ktoś łopatę na łbie złamał i
drogi nieprzejezdne. Zegarki co prawda mamy… - Pociągnęła łyk whiskey i
uśmiechnęła się do niego szeroko. – Ale nie ma z kim w szachy zagrać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz