22 czerwca 2017

Prometejada



Tak na powitanie - jedno z moich (i podobno nie tylko moich) ulubionych opowiadań, sprzed mniej więcej półtora roku. Inspiracją do jego napisania był komentarz pewnego Szaleńca, który do tej pory wspominam z uśmiechem. Nawet nie bardzo wiem, do jakiego worka by je wrzucić... Więc może już nie będę zanudzać. Pozostaje mi zaprosić Cię do czytania. Miłej lektury życzę.

 
            Głośne ARAMZAMZAM przerwało błogą ciszę nocy. Spojrzał na zegarek. Trzecia. Szlag by to… Ostatnio kiedy cholerstwo wyrwało go ze snu o takiej porze, ta wariatka była kompletnie zalana i pomimo łączącej ich przyjaźni głęboko żałował, że dał jej swój numer. Że też nie pamiętał, że przy ostatniej okazji zmieniła mu dzwonek. Choć w zasadzie nie dziwne, tak długo nie dawała znaku życia. Miał podstawy przypuszczać, że lepiej by jednak zrobił, ignorując nieznośny jazgot ustrojstwa, które znów zapomniał wyciszyć przed zaśnięciem, co ostatnio zdarzało mu się nader często. Walnął pięścią w ścianę w geście bezsilnej wściekłości, czego zresztą natychmiast pożałował, odetchnął i sięgnął po wywrzaskujący jakieś czarnomagiczne inkantacje aparat.
            - Wiem, że siedzisz na jakimś zadupiu w Karkonoszach, jest grudzień i nawet nie ma ci kto podjazdu odśnieżyć, ale w to, że zegarków też tam nie macie, w życiu nie uwierzę. Znów jesteś pijana?
            - Nie – chwila przerwy. – Też miło cię słyszeć. Chciałam pogadać. Mam problem.
            - I na pewno jesteś trzeźwa?
            W słuchawce rozległ się dźwięk przywodzący mu na myśl kota z kreskówki krztuszącego się „kłaczkiem”.
            - Na pewno bardziej niż ty!
            Wytrzeźwiał w jednej chwili. O cholera, wygląda na to, że to coś poważnego. Nie zastanawiając się ani chwili, zerwał się z łóżka.
            - Będę u ciebie najszybciej, jak się…
            - Daj spokój! Przecież to cholernie daleko, jest środek nocy, a ty wciąż jesteś pod wpływem…
            - To co – nawet nie słuchał coraz gwałtowniejszych protestów i wymówek, wyczyniając najdziwniejsze akrobacje, by się ubrać, a jednocześnie nie upuścić przytrzymywanej ramieniem komórki – wódka czy herbata?
            Usłyszał teatralne westchnienie. Wyjątkowo długie westchnienie. A potem coś jakby tłumiony chichot. Świetnie, jego wątpliwy urok osobisty już zaczął działać, czyli jest jakaś nadzieja. Wątła iskierka, ale jednak. Na początek dobre i to. Z braku laku dobry kit. A dobry kit nie jest zły.
            - No dalej, ja czekam… Chcesz, żebym się tu zestarzał? Nie wiem, czy będzie mi do twarzy z długą siwą brodą. Co ja, jakiś pieprzony dziadek mróz?
            Kolejne westchnienie przepełnione rezygnacją.
            - A coś oprócz wódki masz, czy już wypiłeś resztę?
            W myślach szybko zrobił przegląd barku. Na chwilę obecną jego zawartość przedstawiała się dość skromnie, ale coś się powinno znaleźć. Chyba zawsze jest tam jakaś nietknięta butelczyna na czarną godzinę. Wypadł z pokoju i popędził na dół, o mało nie wywijając orła na schodach. Po drodze zahaczył jeszcze o stolik do kawy, niemal skręcił kostkę, potknął się o psa wyglądającego, jakby nagle zapragnął zdechnąć na środku salonu i wreszcie dotarł do celu. Przez chwilę mocował się z drzwiczkami, które jak na złość akurat teraz musiały się zaciąć. Okazało się oczywiście, że miał rację.
            - Mam. Może być… Whiskey in the jar-o – zaśpiewał okropnie zachrypniętym głosem.
            - O kurde. Naprawdę musiałeś nieźle popić. – Prychnął tylko w odpowiedzi, zastanawiając się, od kiedy to właściwie w środku nocy wyśpiewuje… Wróć, fałszuje do telefonu. – No dobra, mnie to pasuje. Więc…
            Nie dał dokończyć przyjaciółce. Musiał się sprężać, bo z tego co pamiętał, ostatni pociąg zmierzający w interesującym go kierunku odjeżdżał za jakieś dziesięć minut. Nie miał szans zdążyć. Ale musiał, to nie ulegało wątpliwości.
            - Odezwę się z drogi – rzucił tylko i się rozłączył.
Chwycił płaszcz, wciskając jednocześnie telefon do kieszeni, z trudem wypchnął zaspanego labradora do ogrodu i już biegł w kierunku dworca. Wbiegając na peron, zorientował się, że prawdopodobnie nie zabrał portfela. Olać to, pomyślał i wskoczył do ostatniego wagonu dosłownie na moment przed odjazdem. Zasapany rozsiadł się w jedynym całkowicie pustym przedziale, jaki udało mu się znaleźć, i zaczął przeszukiwać kieszenie. Znalazł jakiś wyblakły paragon, trochę drobniaków i jeden banknot o większym nominale. Nie miało to zresztą znaczenia, po namyśle doszedł do wniosku, że nie ma zamiaru marnować pieniędzy na bilet. Mogą się jeszcze przydać.
Odwrócił się do okna, usiadł wygodniej i zamyślił się głęboko. Po raz kolejny nie mógł wyjść z podziwu, jak potrafią na niego wpłynąć inni ludzie. Zawsze uważał siebie za wybitnie aspołeczną jednostkę, a tu proszę – właśnie siedział w pociągu z zamiarem przejechania pół Polski na gapę. Tylko przez to, że przyjaciółka, z którą się od wieków nie widział, zadzwoniła do niego w środku nocy na trzeźwo. Znaczy, coś się stało i potrzebuje pomocy. Teoretycznie to powinien być wyłącznie jej problem. A jednak nie potrafił się nie przejmować. Nagle przypomniał sobie o pozostawionym samopas psie. Wyjął komórkę z kieszeni, wybrał numer i napisał krótkiego SMS-a:
Wpadniesz rano nakarmić Brutala? Coś mi wypadło
Wiedział, że kumpel odczyta wiadomość najwcześniej w południe, ale nie przeszkadzało mu to. Ważne, że jego podopiecznym będzie się miał kto zająć. Choćby nie wrócił do przyszłego roku, labrador nie zdechnie z głodu, choć to najwyraźniej jego wielkie marzenie. Dziwny zwierzak. Ale w zasadzie… Psy podobno upodabniają się do właścicieli. Czyli wszystko jasne.
Nagle z rozmyślań wyrwało go znaczące chrząknięcie. Odwrócił się. Przed nim stał konduktor, z powątpiewaniem przyglądając się krzywo zapiętemu płaszczowi i butelce Jacka Danielsa w ręku wyglądającego na mocno wczorajszego pasażera. Wzruszył ramionami, śmiejąc się pod nosem z niepewnej miny ciut zaspanego pracownika PKP. Nie był w najlepszym nastroju na zawieranie, a raczej niezawieranie transakcji, kłótnie i mandaty. Z pełną premedytacją uniósł wolną rękę i zaprezentował gościowi środkowy palec w całej jego okazałości.
- Rozumiem, że szanowny pan nie raczył nabyć biletu – wysyczał konduktor przez zaciśnięte zęby, czerwieniejąc gwałtownie. Jego błyszczące z niewyspania oczy miotały gromy.
- Nie raczył – odpowiedział jeszcze ciszej niż tamten, sprawiając, że mężczyzna odruchowo się nad nim pochylił.
- Tak więc mandacik…
Jego oczy błysnęły groźnie. Wszystkie żarówki w przedziale zamigotały agonicznie i eksplodowały jedna po drugiej. Powietrze wypełnił odór spalenizny i bury dym.
- Mandaciku przyjąć też nie raczy, rozumiemy się?
Konduktor gwałtownie od niego odskoczył i rozejrzał się w panice. Widząc, że nie ma skąd oczekiwać pomocy, chyłkiem się wycofał. Jeszcze długo pobrzmiewał mu w uszach złowrogi śmiech dziwnego pasażera.

***

            Nie miał pojęcia, ile razy pociąg zatrzymywał się na kolejnych opustoszałych stacjach ani jak często zmieniał się ośnieżony krajobraz za oknem. Szczerze miał to gdzieś, jego myśli zaprzątało zupełnie co innego. Nawet nie zauważył, kiedy niekoniecznie egipskie ciemności ustąpiły miejsca szarości wczesnego zimowego poranka. Zapowiadał się mroźny dzień. Na dodatek zanosiło się na opady śniegu. W górach, cholera jasna! Dlaczego akurat góry! Nie mogła na święta wynieść się gdzieś na Karaiby? A czemu nie od razu Biegun Północny! Co się będziem rozdrabniać! Jak szaleć to szaleć! Renifery by się ucieszyły, jego przyjaciółka uwielbiała rozpieszczać wszelkie siedliska zarazków, kłaków, pcheł i kleszczy.
            - No dobra – mruknął do siebie. – Jakoś przeżyję. Ale jak się tam dostanę…
            Pociąg niedługo miał wreszcie stanąć na jego stacji. Ostatniej stacji na swojej trasie. Na jakimś zapiździejewie. Uznał, że najwyższy czas skontaktować się z jedyną słuszną przyczyną tej szaleńczej wyprawy.
            - Przygotowałaś dla mnie psi zaprzęg? – przywitał się, gdy tylko odebrała.
            - Twoja karoca niestety nie dotarła, książę. Wysyłam po ciebie eskortę, jakoś cię do mnie dostarczą.
            Nie zdążył nawet wyrazić licznych wątpliwości, jakie zaczęły nim targać na wieść o rzekomej „eskorcie”. Połączenie zostało przerwane. No pięknie, pewnie przedtem obraził sobie jedyną słuszną przyczynę, rozłączając się tak nagle. Choć pełen był najlepszych chęci, jego zachowanie mogło mimo wszystko zostać źle odebrane. A to nie wróżyło najlepiej. Przyjaciółka była mocno podminowana, a i tak nigdy nie grzeszyła cierpliwością, jeśli ktoś na to należycie nie zasłużył. No trudno, jakoś trzeba to będzie znieść. W końcu czego się nie robi…
            Rozklekotany gruchot powoli dotelepał się do niewielkiej stacyjki. Z trudem zebrał się z miejsca, jego kości zatrzeszczały przeraźliwie po kilku godzinach siedzenia w bezruchu na niewygodnej ławce. Otulając się ciaśniej płaszczem wyskoczył na peron, mimochodem dostrzegając, że oprócz niego i wciąż przerażonego jego widokiem konduktora nikt więcej nie wysiada. Ledwie wylądował, tonąc w śniegu niemal po kolana, został zaczepiony przez jakiegoś dziadka w idiotycznym kapeluszu. Mocno pobrużdżona twarz zdradzała upodobanie do wszelakich trunków, niekoniecznie najwyższej jakości. Staruszek zerknął z aprobatą na butelkę whiskey i uśmiechnął się szeroko.
            - No, no, no, proszę, proszę bardzo. Przez pół Polski nie z byle czym. Nie zimno ci, chłopcze? – Stary pryk puścił do niego oko i rzucił mu grube rękawice. – Co cię tu przywiało?
            - Żebym to ja wiedział – odmruknął niechętnie, wzruszając ramionami. Dziadek pokiwał głową ze zrozumieniem.
            - Mam cię dostarczyć… Zresztą pewnie wiesz – mruknął bardziej do siebie niż do niego. – Stary już jestem. A facetowi od pługa ktoś łopatę na łbie złamał i drogi nieprzejezdne. – Zagwizdał przeciągle. – Ale on cię zaprowadzi.
            Spojrzał na staruszka z powątpiewaniem. Czyżby niewybredny gust w kwestii spożywanych w sporych zapewne ilościach i jak najczęściej napojów wyskokowych spowodował postępującą w zastraszającym tempie degradację szarych komórek? Zaczynał mieć poważne wątpliwości, czy w ogóle kiedykolwiek dotrze do celu, gdy nagle dopadł do nich olbrzymi bernardyn, wyglądający na równi starego jak jego właściciel, a mimo to zachowujący się niepoważnie jak szczeniak. Machał ogonem jak wariat, obskakując starca, który usiłował nad nim zapanować.
            - Wabi się Szczękościsk – wysapał po jakimś czasie dziadek, tarmosząc wielki kudłaty łeb – i zna drogę lepiej niż ja sam. Z nim nie zabłądzisz. A potem się nim nie przejmuj. Rzuć mu tylko jakąś kosteczkę za fatygę, on sam do mnie wróci.
            Skinął głową. Nie był pewien, czy w Karkonoszach zachowały się jeszcze jakieś mamuty, a nie miał pojęcia, z jakiego innego źródła mógłby pozyskać „kosteczkę” adekwatnych rozmiarów, ale postanowił zatrzymać to dla siebie. Nie zwlekając dłużej uścisnął zgrabiałymi palcami wyciągniętą w swoją stronę zasuszoną dłoń i pobrnął przez śnieg za szaloną bestią. Zauważył mimowolnie, że psa lekko zarzuca na zakrętach. Cóż, pewnie dziadek tankuje od samego rana. Tak więc nie ma się co dziwić, sam też nigdy nie lubił pić do lustra.
            Wędrówka przez senną wiochę nie należała do najłatwiejszych. A jednak, zupełnie jak się tego spodziewał, prawdziwy surwiwal zaczął się dopiero, gdy śladem yeti na czterech łapach zaczął powoli piąć się pod górę. Przypuszczał, że gdzieś pod tymi kilometrami śniegu kiedyś pewnie była jakaś droga, ale musiał w tym względzie zaufać szurniętej górze mięsa i czystej radości życia pokrytej stertą futra. Nagle rzeczona góra podbiegła do niego i odwróciła się w stronę porastającego wszystko poza wąską przesieką, przez którą się przedzierali, lasu. Z głębi wielkiego cielska dobyło się złowrogie basowe warczenie. Przekrwione ślepia czujnie wypatrywały czegoś w mroku, po obnażonych imponujących kłach pociekła spieniona ślina. Niepewny, jak zachować się w takiej sytuacji, gdy jego przewodnik gotów był w każdej chwili rzucić się na intruza niezależnie od tego, czy byłby to górski troll, King-Kong, czy jedynie jakaś zagubiona wróżka z Nibylandii, położył dłoń na karku psa w uspokajającym geście. Nic lepszego nie przyszło mu do głowy, a jednak podziałało to jak dotknięcie czarodziejskiej różdżki. Jego obrońca momentalnie się uspokoił.
            Nagle spomiędzy drzew wypadło stado jeleni. Nie wyglądały na specjalnie zainteresowane niespodziewaną obecnością kogokolwiek obcego na swoim terenie. Tylko jeden Rudolf przystanął na chwilę pośrodku i przyjrzał się podejrzliwie człowiekowi z psem. Reszta Bambich w tym czasie spokojnie przekicała sobie przez drogę, nie przejmując się niczym poza swoimi bambimi sprawami. Na końcu i Rudolf zabrał swój płowy zad i pomknął między drzewa. Można było sobie wyobrazić, jak wzrusza przy tym ramionami.
            Zapadając się niemal po pas, podjął mozolną wędrówkę. Szczękościsk popędził przodem zupełnie jakby hasał sobie po plaży w przyjemny letni dzień. Cóż, tony śniegu to dla niego nic nowego. Obawiał się, czy wreszcie na dobre nie straci z oczu swojego przewodnika, jednak ten co jakiś czas przystawał i spoglądał na niego wyczekująco. W pewnym momencie skręcił w jakąś niewidoczną dróżkę i pognał przed siebie, jakby goniło go sto diabłów, które postanowiły urządzić sobie Dziki Gon. Zresztą w takich warunkach i na takim odludziu to nawet całkiem prawdopodobne.
            Z trudem trzymając się na nogach, dotarł wreszcie do niewielkiej drewnianej chaty. Bernardyn czekał na niego na ganku, znów szaleńczo wywijając ogonem. Podszedł chwiejnie. Uniósł rękę. Nie zdążył nawet zapukać. Zwierz skoczył na klamkę i nie oglądając się już na niego, wpadł do środka niczym tornado. Westchnął i powlókł się za mokrymi śladami pozostawionymi przez łapy potwora. Wkroczył do kuchni w samą porę, by przyjrzeć się psisku odstawiającemu właśnie wariacki taniec wokół jego przyjaciółki. Wreszcie skoczył na nią, przewracając na podłogę. Z uśmiechem potargała gęste kudły.
            - Dobry Szczękuś. A teraz złaź.
            Stał jak idiota, przyglądając się siłującej się z gigantem dziewczynie. W końcu jakoś udało jej się pozbierać z podłogi. Wręczyła psu wielki gnat.
            - Dobra robota.
            Kiedy wreszcie udało się pozbyć zwierzęcia, zaprowadziła go do ciepłego, przytulnego saloniku. Opadł ciężko na wielki fotel i postawił Jacka Danielsa na stoliku z rozłożoną szachownicą. Przyjaciółka podała mu szklanki, usiadła naprzeciwko i przyglądała się z rozbawieniem, jak rozlewa trunek. Pokręciła głową z udawaną dezaprobatą, gdy jak zwykle nalał za dużo.
            - No dobrze, co to za problem?
            - No wiesz… Siedzę na zadupiu w Karkonoszach, jest grudzień i nawet nie ma mi kto podjazdu odśnieżyć. Poza tym facetowi od pługa ktoś łopatę na łbie złamał i drogi nieprzejezdne. Zegarki co prawda mamy… - Pociągnęła łyk whiskey i uśmiechnęła się do niego szeroko. – Ale nie ma z kim w szachy zagrać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz