31 lipca 2017

Legenda zamkowa



Przed Tobą jeden z tych szczególnych tekstów pisanych w całkowitym oderwaniu od rzeczywistości. Kiedy nad nim siedziałam, w pewnym momencie kompletnie przestałam rejestrować, co się wokół mnie dzieje. Zresztą dzisiaj, podczas dokonywania korekty, historia się powtórzyła. Pewnie dlatego w moim odczuciu jest tak dobry - ocenę jednak pozostawiam Tobie. Nie wiem, skąd wziął się pomysł na tak okrutną historię, ale to w zasadzie nieważne - w istocie w przypadku większości moich pomysłów tak właśnie jest. "Nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem". W każdym razie, miłej lektury.
 


            Wkroczył w mury zamczyska z trwogą na obliczu. Wiadomo było nie od dziś, że noc rozświetlona blaskiem księżyca w pełni nie jest najlepszą porą na zwiedzanie tego miejsca. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wybierałby się raczej z wizytą kurtuazyjną do tutejszego diabła. Przystanął pośrodku dziedzińca, by zorientować się w swoim położeniu. Po zmroku wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Można było się zgubić wśród opuszczonych ruin. Rozejrzał się niepewnie i powoli ruszył w stronę odsłoniętego wejścia do krypty. Miejscowi mówili, że to właśnie tam działy się najdziwniejsze rzeczy.
            Zszedł ostrożnie po wytartych kamiennych stopniach, co krok zanurzając się w coraz gęstszą ciemność, przesyconą przedziwną mieszaniną zapachów. Jedynym, który potrafił zidentyfikować z całą pewnością, była drażniąca, choć ledwo wyczuwalna woń siarki. Poruszając się po omacku, w końcu stracił oparcie, poślizgnął się i runął w dół, obijając się boleśnie o schody. Wpadł z hukiem do krypty oświetlonej migotliwym blaskiem pochodni, która niemal natychmiast zgasła. Nim ponownie zapłonęła, zdążył już podnieść się na nogi. Rozejrzał się powoli i znów padł na kolana w wyniku otrzymania potężnego ciosu w plecy.
            - Co, skarbu się zachciało, tak? Na szabry przyszedł, hę? Wy, ludzie – chrapliwy głos wymówił to z niemal namacalną pogardą – jesteście wszyscy tacy sami: parszywe chciwce! Sam nie ma, to drugiemu odbierze! A niedoczekanie wasze, znalazłem ja na was sposób! – Kosmata ręka zakończona pokaźnymi szponami uniosła się nad jego ramieniem, wskazując na coś skrytego w półmroku. – Widzisz? Skończysz tak samo jak tamci. – Od zimnych ścian odbił się gniewny rechot.
            Chciał się podnieść, lecz stworzenie mu na to nie pozwoliło. Otrzymał solidnego kopniaka, upadł na twardą posadzkę. Coś mi się zdaje, że wyjdę stąd nieźle posiniaczony… O ile w ogóle wyjdę. Ot, ludzka głupota… Powoli uniósł się na łokciach i natychmiast poczuł kopyto na swoich plecach.
            - Ani mi się waż ruszyć – syknął diabeł wprost do jego ucha. – Skarbu tu nie ma. Wszystko rozkradli, psie syny. Ich już nie dorwę, ale co mi szkodzi się zabawić.
            - Nie, proszę… – jęknął słabo.
            - Co tam mruczysz? Mów głośniej!
            - Nie… Nie przyszedłem tu po żaden skarb. – Gromki śmiech zbił go z tropu, ale dzielnie kontynuował. – Może to głupie, wiem, ale… Chciałem tylko poznać historię tego zamku. Któż mógłby znać ją lepiej od ciebie?
            Rozległ się groźnie brzmiący pomruk. Kolejne odgłosy świadczyły o tym, że diabeł oddalił się nieco. Postanowił więc zaryzykować i ostrożnie spróbował wstać. Nie napotkawszy żadnej przeszkody, uniósł się na nogi i obrócił. Stworzenie przysiadło na spękanej płycie grobowca i zamyślone wpatrywało się w jakiś bliżej nieokreślony punkt. Przedstawiało sobą dość nietypowy widok. Groteskowo wykrzywiona morda o przebiegłych żółtoczerwonych oczach była dziwnie fascynująca. Spomiędzy potarganych, sięgających ramion czarnych włosów wystawała para spiczastych uszu. A także lśniące o rogi o niespotykanym kształcie. Diabeł w zamyśleniu targał kozią brodę szponiastą łapą, jednocześnie wystukując jakiś skomplikowany rytm kopytem wspartym na dużym głazie. Nie wyglądał zbyt przyjaźnie, a jednak nie wzbudzał już takiego strachu, jak początkowo. Kto wie, może jeszcze uda się nawiązać z nim jakieś porozumienie, jakoś dogadać… I ujść stąd z życiem.
            Spojrzenie błyszczących oczu skierowało się na niego. Nie mógł w nie patrzeć bez lęku. A jednak starał się go nie okazywać. Może był skończonym głupcem, ale zależało mu na tej rozmowie. Musiał tylko jakoś sprytnie to pociągnąć, żeby zyskać informacje, po które tu przyszedł. Nie bardzo wiedział, jak zacząć. Westchnął z irytacją, w myślach ganiąc się za to, że nie przemyślał tego wcześniej, zanim wpakował się w tę kabałę. Diabeł zastrzygł uszami, przyglądając mu się ze złośliwym uśmieszkiem.
            - Chyba całkiem zgłupiałeś, żeby tu przychodzić. Musi ci naprawdę zależeć, hę? – Roześmiał się ponuro. – Powiedz, cóż mi z tego przyjdzie, jeśli zrobię to, czego chcesz? Co ja z tego będę miał?
            Wzruszył ramionami zrezygnowany. O tym nawet nie pomyślał. Bo przecież co mógłby zaproponować? Sam nie miał prawie nic – poza misją, która powodowała, że nieustannie pakował się w kłopoty. A teraz przyprowadziła go aż tutaj. Kto wie, może to ostatni etap jego tułaczki? Wiele by dał, by wreszcie móc ją zakończyć. To była wspaniała przygoda, ale był już zmęczony. Tyle lat spędził w drodze, zmierzając ku nieznanemu, niepewny, co go czeka za kolejnym zakrętem ani kiedy wreszcie dotrze do celu. O ile w ogóle uda mu się to osiągnąć.
            Ostrożnie podszedł i przysiadł obok diabła. Postanowił zaryzykować. Zresztą co miał do stracenia? Nic, o to właśnie chodziło. Mógł jedynie odzyskać dawno utracony spokój. Więc może warto… Ponownie westchnął. Diabeł zwrócił się w jego stronę i przyjrzał mu się uważnie.
            - Ostatni właściciel tej ruiny był tchórzem. Bał się o swoje nędzne życie, więc zawarł ze mną układ. Nie przewidział tylko, jakie mogą być tego konsekwencje – Zaśmiał się złośliwie. Kopyto głośno zastukało w nagrobek. – Właśnie na nim siedzimy.
            Wzdrygnął się, zerkając na zanoszącego się śmiechem diabła. Wyglądało na to, że nie potrzebował specjalnej zachęty do mówienia. Może jedynie trochę cierpliwości. Czemu nie? Czasu mam aż nadto.
            - Cóż, nikt mu chyba nie powiedział, że nie powinno się spacerować nocą po murach, jak się ma diabła w zamku, a sam był za głupi, żeby na to wpaść. No to się doczekał. Spadał krótko, ale za to bardzo głośno. Jeszcze czasem go tu słychać. Jego żona nie wytrzymała zbyt długo. W końcu zeszła tu do mnie i zażądała, żebym przestał prześladować jej córki. Niczego sobie kobita – Wyszczerzył lubieżnie kły. – Jakoś się dogadaliśmy. Nie moja wina, że szybko się jej znudziłem. A to, jak ludzie mówili, wyjątkowo paskudne samobójstwo… No, możliwe, że jej trochę pomogłem, sama miała problem ze zmieszczeniem się w piecu chlebowym. – Jego oczy pociemniały, blask pochodni odbił się w nich tańczącymi diabelskimi ognikami. Wyglądał strasznie, kiedy tak wspominał dawne dzieje. – Błąka się tu teraz i…
            Monolog został przerwany przez głośne jęki przepełnione bólem. Z ciemności wyłoniła się nagle przerażająca zjawa. Napuchnięte ciało powleczone odpadającą płatami zwęgloną skórą ledwie trzymało się kości, z pustych oczodołów płynęła krew. Poranione palce o zdartych do kości opuszkach  rwały z głowy resztki włosów, które nie zdążyły się wypalić. Diabeł prychnął pogardliwie.
            - Sam widzisz. – Machnął kosmatą łapą w stronę zjawy. – Wynocha mi stąd, nikt cię tu nie prosił! – W jednej chwili zerwał się wicher i porwał jęczącego coraz donośniej ducha. – Ech, te baby… O czym ja to… A, racja. No więc, jak już skończyła się zabawa z tą – Machnął lekceważąco ręką – to zająłem się jej córkami. A miała trzy. Ooo, te to były nad podziw… – Długi rozwidlony język prześlizgnął się po ostrych kłach. – Ale były równie słabe, co ich matka. Nie wytrzymały ze mną długo – Znów roześmiał się drapieżnie. Gdy mówił, zaczęły pojawiać się kolejne zjawy. – Najstarsza, tak mówili, popadła w obłęd. – Wskazał na nagą, potwornie okaleczoną dziewczynę kulącą się w kącie. – Pewnej nocy zakradła się do zbrojowni i zaczęła bawić się szablą po tatuśku. Obcięła sobie niemal wszystko, co się dało. W końcu rozpruła sobie brzuch i wykrwawiła się tam. Taak, byłem przy niej do końca, póki nie wydała ostatniego tchnienia. A potem poszedłem zabawić się z kolejną. – Ciszę podziemia rozdarł krzyk przerażenia. – Właściwie wykończyłem ją tej samej nocy. Nudziła mnie, była zbyt uległa. Kiedy znaleźli ją rano, myśleli, że zrobiła to jej starsza siostra. Cóż, nie chcesz wiedzieć, jak wyglądała – Zaśmiał się upiornie. Wstał i zaczął przechadzać się między zwaliskami obłupanych kamieni. – Została mi ostatnia. Z tą to dopiero była uciecha, oj tak! – Tuż przed nim na czarnym jak noc koniu przegalopowała widmowa dziewczyna w rozchełstanej szacie. – Zwodziła mnie, myślała, że mi umknie. Może by jej się udało… Ale mnie nie doceniła. – Diabeł zamyślił się.
            - Czy to… Mówią, że w tym zamku straszy. Czy to ona?
            - Czy ona? – Stworzenie spojrzało na niego przenikliwie. – Głupiś! Zamczysko pełne jest upiorów. Oczywiście dzięki mnie. – Wzruszył ramionami i znów zaczął się przechadzać. – Ale trudno zaprzeczyć, to ona robi tu najwięcej zamieszania. Ona i ten jej – prychnął. Zaraz potem znów się roześmiał. – Znalazłem ja na nich sposób, oj tak… – mruknął i zaczął snuć swoją opowieść.

***

            Siedziała skulona na gzymsie zimnego mimo wyjątkowo wietrznej nocy kominka. Wsłuchiwała się w mrok, próżno próbując wyłowić jakiekolwiek znajome odgłosy z zawodzeń wichru. Wiedziała, że teraz przyszła kolej na nią, że ten potwór nie spocznie, póki nie dostanie jej w swe łapy… Chyba że to ona go przechytrzy. Musi przecież być jakiś sposób, żeby się go pozbyć. Wiedziała, że sama nie ma z nim szans. Co prawda ludzie ze wsi dawno przestali choćby zbliżać się do zamku, w swym zacofaniu wierząc, że na jego mieszkańców spadła jakaś – niewątpliwie zasłużona – straszliwa klątwa, był jednak ktoś, na kogo mogła liczyć. Większość służby uciekła, bojąc się o swoje życie – podejrzewała zresztą, że całkiem słusznie i bynajmniej nie miała im tego za złe. Oprócz niej została tu tylko jedna osoba. Może pokładała w nim zbyt wielkie nadzieje, ale właściwie i tak nie miała wyboru.
            Wzdrygnęła się, gdy ciche pukanie wyrwało ją z ponurych rozmyślań. Do komnaty bezszelestnie niczym cień wślizgnął się chłopiec stajenny. Był niewiele starszy od niej i trzeba było przyznać, że do tego całkiem niebrzydki. W innych okolicznościach nawet by na niego nie spojrzała, mimo wpatrujących się w nią z nieskrywanym zachwytem ciemnych oczu. Teraz jednak nie pozostało jej nic innego jak zignorować jego niskie pochodzenie i wykorzystać swoją jedyną szansę.
            - Prosiłaś, żebym przyszedł, pani – Machnęła lekceważąco ręką, choć najprawdopodobniej i tak tego nie widział. – Nie wiem, czy to rozsądne spotykać się w nocy, kiedy on…
            - Jest nas teraz tylko dwoje. – Wzruszyła ramionami. – Powinniśmy trzymać się razem dla własnego bezpieczeństwa.
            - Nie wiem, czy to właściwe… – zaczął nieśmiało, jednak nie dała mu dokończyć.
            - Posłuchaj, nie mamy czasu. Albo my się go pozbędziemy, albo on pozbędzie się nas. Tu chodzi o nasze życie, nie rozumiesz?
            Powoli skinął głową. Westchnęła z irytacją i kontynuowała:
            - Widzę tylko jedno rozwiązanie. Powinniśmy jakoś wydostać się z zamku… Ale zapewne nie będzie chciał nas wypuścić. Musimy coś wymyślić.
            - To może… – Głos mu zadrżał, więc odchrząknął i dalej mówił już nieco pewniej – Jedno z nas powinno odwrócić jakoś jego uwagę. Tak, żeby drugie mogło uciec i kogoś tu sprowadzić.
            Spojrzała z podziwem na majaczący przed nią cień. To było tak oczywiste… Że też sama na to nie wpadła! To prawdopodobnie jedyny sposób, żeby się udało. A w każdym razie przynajmniej istniała jakaś nadzieja.
            Wspólnie zaczęli zastanawiać się, co konkretnie powinni zrobić. Wiedzieli, że nie mają zbyt wiele czasu. Zdawali sobie też sprawę, że będą mieli tylko jedną szansę i to tylko jeżeli diabeł nie przejrzy zawczasu ich zamiarów. Musieli jednak spróbować, od tego wszystko zależało. Zresztą, tak czy siak, niewiele mieli do stracenia. A jeśli będą siedzieć bezczynnie i czekać na rozwój wydarzeń, i tak nie ujdą stad z życiem.
            Ich plan był dość ryzykowny, nie było jednak czasu na wymyślanie niczego lepszego. Opuścili komnatę i w milczeniu podążyli na dziedziniec. Tam się zatrzymali. Dziewczyna spojrzała na chłopaka z wahaniem. Miała wrażenie, że uśmiechnął się do niej zachęcająco. Szybko go uściskała.
            - Jesteś wspaniały – szepnęła mu do ucha i zniknęła w ciemności.
            Wiedziała, że tylko jeśli uda jej się dotrzeć do stajni niepostrzeżenie, ma szansę uciec. Mimo to miała ochotę biec. Musiała jednak uważać, by nie robić hałasu. Na szczęście ciężkie drzwi otwarły się bezszelestnie. Powitało ją ciche rżenie jej karej klaczy. Westchnęła z ulgą i podeszła do konia. Nawet nie zawracała sobie głowy jego siodłaniem. Cicho wyprowadziła zwierzę ze stajni, wprawnie dosiadła i popędziła przed siebie.
            Miała nadzieję, że poczuje się lepiej, gdy tylko opuści mury zamku. Kiedy jednak wjechała do lasu, który przecież tak dobrze znała, ogarnął ją silny niepokój. Nic nie było tu takie, jak pamiętała. Nie rozpoznawała charakterystycznych miejsc, które powinna mijać, zmierzając do wioski. Groteskowo powykrzywiane drzewa zdawały się być większe. I nieprzyjazne. Przez splątane nagie gałęzie nie przebijało się zbyt wiele księżycowego światła, musiała więc zaufać klaczy, która była równie zdenerwowana. Wszystko byłe dziwnie nieruchome i ciche mimo szalejącej wokół wichury.
            Wciąż krążyła po lesie, choć już dawno powinna z niego wyjechać. W końcu dotarło do niej, że zabłądziła. Bezsilny krzyk wyrwał się z jej piersi, gdy zdała sobie sprawę, że to jego sprawka. Prawdopodobnie od samego początku wiedział, że chcą go oszukać. Nie mieli z nim szans. A to oznaczało, że musi wracać do zamku, nim będzie za późno. W panice zawróciła konia. Na nic się to jednak nie zdało. Nie rozpoznawała miejsca, w którym się znajdowała, nie miała pojęcia, jak się stąd wydostać.

***

            Krążył po dziedzińcu, nie kryjąc się specjalnie. Świadomość, że w którymś momencie się na niego natknie, wzbudzała w nim lęk, jednak przecież właśnie o to mu chodziło. Nie mógł teraz stchórzyć, tylko od niego zależało to, czy chociaż jej się uda… Miał nadzieję, że okaże się na tyle mądra, by już tu nie wracać. Całkiem świadomie skazał siebie, żeby móc uratować jej życie. Nigdy jeszcze nie był zakochany i nie wiedział, jak to jest, podejrzewał jednak, że to właśnie to uczucie. Czy w innym wypadku byłby na tyle głupi, by pozostać w zamku sam na sam z diabłem?
            Wzdrygnął się, słysząc za sobą głośny ryk. Nim zdążył się obrócić, pochwyciły go silne łapy. Nawet nie pisnął, rozmyślając gorączkowo, co robić, gdy monstrum ciągnęło go w stronę krypty. Zaczął krzyczeć dopiero, gdy zorientował się, że ma zamiar zepchnąć go ze schodów. Na nic się to jednak nie zdało.
            Gdy już był na samym dole, próbując niezdarnie podnieść się na nogi, usłyszał za sobą tętent. Coś zwinnie nad nim przeskoczyło, pochwyciło go za gardło i pociągnęło do góry. Nagle znalazł się twarzą w twarz z potworem. Z przerażeniem patrzył w ziejące nienawiścią oczy, nie mogąc oderwać od nich wzroku.
            - Myśleliście, że mnie przechytrzycie, co? – Diabeł zaśmiał się złowieszczo. – Nic z tego! Twoja ukochana – powiedział z niesmakiem – zgubiła się w lesie. I jeszcze długo się nie znajdzie – Zachichotał. – A ja mam cię teraz dla siebie, śliczny chłopcze – Ostry szpon pozostawił głęboką szramę na jego policzku. Pochylił się, zbliżając swoją straszliwą mordę do jego twarzy. – Nawet nie wyobrażasz sobie, co mógłbym z wami zrobić… Ale dlaczego by nie zabawić się trochę się waszym kosztem? – Na jego wargi wpełzł obleśny uśmiech. – Co ty na to, żebyśmy zawarli układ?
            Wiedząc, że nie ma innego wyjścia, powoli skinął głową. Poczuł, że uścisk na gardle nieco zelżał. Miał nadzieję, że jeżeli zgodzi się zrobić to, czego zażąda od niego stwór, przynajmniej jedno z nich przeżyje.
            - Doskonale. Powiedzmy, że dam wam spokój… Ale nie ma nic za darmo. – Uśmiechnął się złośliwie, widząc ulgę na twarzy chłopaka. – Tak się składa – zaczął z udanym zastanowieniem – że dawno nie miałem okazji być świadkiem polowania na czarownice. – Grymas przerażenia wywołał wybuch śmiechu. – Wiesz, na czym to polega, prawda? – Niepewnie skinął głową, na co diabeł również odpowiedział skinieniem. – Pyszna zabawa – zarechotał.
            - Jak… – zaczął chłopak, lecz ponowne wzmocnienie uścisku zamknęło mu usta. Musiał w milczeniu wysłuchać do końca, co potwór ma do powiedzenia. Nie podobało mu się to, ale wiedział już, że to jedyna szansa. Chciał czy nie, musiał zrobić wszystko, czego tamten zażądał.

***

            Rozległo się głośne pukanie. Niezadowolony z faktu, że budzi się go o takiej porze, ksiądz niechętnie ruszył otworzyć.
            - Dobrodzieju – W progu stał mocno zdyszany i najwyraźniej wystraszony wieśniak. – Musicie nam pomóc!
            - O co chodzi? – Kapłan nawet nie starał się ukryć niechęci.
            - Czarownica – ledwo słyszalnie wydukał tamten.
            Nie czekając na dalsze wyjaśnienia, ksiądz szybko się zebrał i ruszył za chłopem do domu wójta, gdzie już trwała narada.
            - Cieszymy się, że wielebny nas zaszczycił – powitał go otyły mężczyzna o poważnym wyglądzie i wskazał palcem na młodego chłopaka stojącego pośrodku izby. – Ten tu uciekł z zamku. Jako jedyny uszedł z życiem.
            - Co masz nam do powiedzenia, synu? – zwrócił się duchowny do chłopca stajennego, ignorując resztę zebranych.
            - Najmłodsza córka właściciela… Świętej pamięci… – zaczął tamten cicho. – Jedyna żyjąca dziedziczka…
            - Szybciej, młodzieńcze!
            - No, ona… Ona jest wiedźmą! – Po jego twarzy zaczęły płynąć łzy. W izbie wybuchła wrzawa. Wójt uniósł dłoń, by uciszyć zebranych.
            - Gdzie ją znajdziemy?
            - Myślę, że w lesie.
            Zaczęła się narada. Od lat nikt ze zgromadzonych nie słyszał o takim przypadku, niewątpliwie jednak należało natychmiast przedsięwziąć odpowiednie kroki.
            W całym zamieszaniu nikt nie zwrócił uwagi na chłopaka, który wymknął się po cichu i pobiegł w stronę zamku. Nie chciał tam wracać, jednak nie miał wyjścia. Wiedział, że jeśli nie dotrze tam przed dziewczyną, która przecież kiedyś w końcu musi wydostać się z tego przeklętego lasu, diabeł ją dopadnie i na nic zda się jego poświęcenie. A miał jeszcze szansę ją uratować. Jeśli potwór będzie z niego zadowolony, pozwoli wieśniakom ją pochwycić. Odbędzie się uczciwy proces, nie zdołają jej udowodnić uprawiania czarów – przecież to nonsens! – i znów będzie wolna. A stwór obiecał przecież, że da im spokój, jeśli zapewnią mu rozrywkę. Może się udać.
            Zdyszany wpadł na dziedziniec. Rozejrzał się szybko. Z zadowoleniem stwierdził, że jest sam. Ostrożnie zszedł do krypty.
            - Wypełniłem swoje zadanie – krzyknął w ciemność.
            - Doskonale – usłyszał za swoimi plecami. – Idę się zabawić. A ty tu na razie zostajesz. – Silny cios w głowę sprawił, że stracił przytomność.

***

            Wciąż krążyła po lesie. Nie miała pojęcia, jak długo już tu jest. Klacz była zmęczona, stąpała niepewnie, boczyła się, już nie chciała jej słuchać. Zaczynała tracić nadzieję, że kiedykolwiek się stąd wydostanie.
            Nagle coś usłyszała. Koń zadrżał, wietrząc ledwo wyczuwalny zapach siarki. Poczuła, że dreszcz przebiega jej po plecach. Czyli jednak mu nie umknęła… Nagle spłoszona klacz stanęła dęba, zrzucając ją ze swego grzbietu, i popędziła przed siebie. Krzyknęła przerażona. Teraz rozpoznała miejsce, w którym się znalazła. Wiedziała, że zwierzę kieruje się wprost w przepaść. Zaszlochała bezradnie, słysząc kwik konia. A potem zaległa cisza. Z trudem wstała i zaczęła przedzierać się przez zarośla. Miała wrażenie, że on wokół niej krąży, pozostając nieuchwytnym, lecz wciąż ją obserwując.
            - Wygrałeś! – krzyknęła bezsilnie, po czym mruknęła do siebie – Ale i tak łatwo ci się nie dam.
            W oddali przed nią zamajaczyło jakieś światło. Ogień! Czyżby natknęła się na ludzi? A więc może jeszcze jest nadzieja. Przyspieszyła kroku, przedzierając się do miejsca, gdzie między drzewami migotały pochodnie. Nie mogła uwierzyć w swoje szczęście, gdy, brudna i obdarta, trafiła wreszcie na niewielką polankę.
            - Tu jest!
            - Brać ją!
            Przerażona rozejrzała się wokół. Otaczały ja groźne, nienawistne twarze ludzi, których przecież znała. Co się dzieje? Po lesie echem poniósł się złowróżbny śmiech. Ach, więc to twoja sprawka, pomyślała, rzucając się do ucieczki.
            - Nie pozwólcie uciec tej wiedźmie!
            Wiedźmie? Jej szanse wciąż malały. Jak miała umknąć przed pościgiem i uwolnić się od tego potwora? Czy to w ogóle możliwe? Sprytnie to rozegrał. Nie widziała żadnego wyjścia z tej sytuacji. Chyba że… A gdyby tak dać się złapać? Przecież nie jest winna tego, o co ją oskarżono! Nie mogą jej nic zrobić…
            Mężczyzna, który ją pochwycił, nie był zbyt delikatny. Zresztą nie było się czemu dziwić, przecież wierzył, że ma do czynienia z czarownicą. Choć nie stawiała oporu, brutalnie zaciągnął ją na polankę, z której przedtem im uciekła. Gdy już ją związano, postanowiono, że proces odbędzie się rankiem, gdy tylko wzejdzie słońce. Do tego czasu miała pozostać pod strażą w zamkowym lochu. Na strażników wyznaczono dwóch rosłych mężczyzn.
            Zaczęła drżeć z przerażenia, gdy tylko usłyszała, gdzie ją zabierają. Nie powiedziała ani słowa, była jednak przekonana, że nic nie potoczy się tak, jak to sobie zaplanowali. O nie. Czuła, że potwór jeszcze z nią nie skończył.

***

            - Jak mogłeś…
            - Cicho, nie przerywaj – warknął diabeł. – Przecież chciałeś usłyszeć tę historię, czyż nie? – Uśmiechnął się paskudnie, błyskając ostrymi kłami. – Chyba zniesiesz jeszcze trochę?
            Niechętnie skinął głową, w duchu przeklinając swoją głupotę, która kazała mu się tu pchać. Teraz był już niemal pewien, że nie wyjdzie stąd żywy.

***

            Usłyszała jakiś hałas, krzyki strażników… A potem nastała cisza. Po chwili drzwi jej celi stanęły otworem. Blask płomieni oświetlił chłopca stajennego. Stojący za nim stwór pchnął go mocno, przekroczył próg i zamknął za sobą podwoje. Osadził pochodnię w tkwiącym w ścianie uchwycie, trącił kopytem leżącego na ziemi chłopaka i stanął przed dziewczyną.
            - Myślałaś, że mi umkniesz, słodziutka, hę? – Ostre szpony musnęły jej policzek. – Chciałaś mnie przechytrzyć. Ale twój chłoptaś nie był tak bystry, jak ci się wydawało. – Wykrzywił mordę pogardliwie.
            - Co mu zrobiłeś?!
            - Naprawdę chcesz wiedzieć? – Spojrzał na nią filuternie. – Trochę się z nim zabawiłem… – Zimne wargi kilka razy musnęły jej małżowinę, gdy diabeł szeptał jej do ucha. Wzdrygnęła się, gdy skończył i rozwidlonym językiem przesunął po jej szyi.
            - Jak mogłeś?!
            - Cóż, nie jestem zbyt wybredny, jeśli o to chodzi. – Wykonał obsceniczny gest i parsknął śmiechem, widząc obrzydzenie na jej twarzy.
            - On obiecał… – z trudem wyjęczał zwijający się z bólu chłopak. – Obiecał, że da nam spokój, jeśli… Jeśli…
            - Tak, tak, da wam spokój, jeśli zapewnicie mu trochę rozrywki – parsknął potwór i machnął szponiastą łapą. – Całkiem nieźle się sprawiłeś, chłoptasiu, dlatego cię tu zostawię. Ale ty, moja droga… – zwrócił się do dziewczyny – Z tobą jeszcze nie skończyłem.
            Z niedowierzaniem spojrzała w te przerażające oczy. Wrzasnęła, gdy stwór zaczął z niej zdzierać ubranie, zdawała sobie jednak sprawę z faktu, że jest całkowicie bezbronna. Przezorni wieśniacy przykuli ją do ściany solidnymi łańcuchami, a teraz, gdy obaj strażnicy byli martwi, nikt nie usłyszy jej krzyku. Popatrzyła błagalnie na leżącego u jej stóp chłopaka. Wezbrał w niej bezsilny gniew, gdy zobaczyła, jak bezowocnie próbuje się podnieść, a w jego oczach lśnią łzy rozpaczy. Krzyknęła jeszcze raz i całkowicie pogrążyła się w rozdzierającym bólu.

***

            Gdy tylko nastał świt, wieśniacy tłumnie przybyli do zamku. Wójt w asyście księdza zszedł do lochu, by rozkazać strażnikom wyprowadzić czarownicę. Nagle ciszę przerwał krzyk. Kilku odważniejszych chłopów pobiegło za nimi. Gdy dotarli na sam dół, kapłan modlił się nad ciałami dwóch mężczyzn, którym poderżnięto gardła, wójt natomiast stał oniemiały w otwartych drzwiach celi.
            Po zdającym się trwać nieskończoność, pełnym wyczekiwania milczeniu mężczyźni wrócili na dziedziniec. Dwóch prowadziło nagą dziewczynę o potarganych włosach i dzikim spojrzeniu. Wewnętrzną stronę jej ud pokrywała częściowo zakrzepła krew. Tuż za nimi dwóch następnych ciągnęło ledwo żywego, jęczącego z bólu chłopaka. Ostatni nieśli zamordowanych strażników.
            Dziewczynę przywiązano do przygotowanego wcześniej słupa, chłopaka rzucono na ziemię u jej stóp.
            - Wszyscy wiemy, o co oskarżona jest ta tu – rzucił ksiądz w stronę tłumu. – Ażeby oszczędzić nam wszystkim zachodu, pytam cię wprost: czy przyznajesz się do uprawiania czarów?
            Dziewczyna tylko spojrzała na niego niechętnie. Lekko potrząsnęła głową. Sprawiała wrażenie, jakby nie do końca rozumiała, co się wokół niej dzieje. Jakby była obłąkana.
            - A więc dobrze! – zagrzmiał duchowny. Odwrócił się do zebranym wieśniaków. – Właściciel tego zamczyska, świeć, Panie, nad jego nieszczęsną duszą, miał trzy córki. Nie podejrzewał, biedak, że najmłodsza z nich para się magią. Jak wszyscy wiemy, stało się to jego zgubą. Seria nieszczęśliwych wypadków nie miała miejsca na skutek klątwy, jak do tej pory podejrzewano, lecz była sprawką tej żądnej krwi… – Splunął z odrazą. – Ostatni żywy mieszkaniec zamku – Wskazał ręką na pojękującego wciąż chłopaka – postanowił to przerwać. Doniósł nam o jej poczynaniach, ryzykując swe życie. Jak widzicie, poniósł za to najwyższą cenę. Nieszczęśnik, dostał się pod jej władzę. Chciał ją uwolnić z lochu. Zamordował pilnujących ją strażników i dostał się do celi… Wygląda jednak na to, że wiedźma sama sobie zaszkodziła swoimi sztuczkami. Biedak, zapewne nie wiedząc, co robi, zgwałcił ją – Ksiądz wzdrygnął się teatralnie z wyrazem obrzydzenia na twarzy. – A ta z zemsty rzuciła na niego urok.
            Zapadła cisza. Wszyscy z napięciem wpatrywali się w kapłana, który podszedł do chłopca stajennego. Choć głos miał smutny, jego twarz przybrała surowy wyraz, gdy znów przemówił.
            - Synu… Jestem pewien, że nie byłeś świadom tego, co czynisz – Zerknął na wójta, który poważnie skinął głową. – Lecz prawo jest prawem. Za gwałt na niewieście i ciebie czeka kara śmierci.
            - Myślę, że istnieją okoliczności łagodzące, które pozwolą oszczędzić mu cierpienia – zauważył wójt, na co wieśniacy gorliwie zaczęli kiwać głowami.
            Kapłan przytaknął i odmówił krótką modlitwę. Gdy tylko skończył, nowo mianowany kat poderżnął chłopakowi gardło. Duchowny z niesmakiem spojrzał na wójta, który jedynie wzruszył ramionami i mruknął:
            - Nie byliśmy przygotowani.
            Przywiązana do słupa dziewczyna otrząsnęła się z odrętwienia. Zaczęła szlochać, patrząc na martwego chłopaka.
            - Nie! – wrzasnęła. – To wszystko tylko i wyłącznie jego wina!
            Ksiądz spojrzał na nią z pogardą.
            - Nie próbuj się wypierać swojej winy, nie umkniesz sprawiedliwości!
            - Nie jestem czarownicą – szepnęła. – Nie jestem czarownicą, nie jestem… – zaczęła powtarzać, coraz głośniej i głośniej.
            Zerwał się wiatr, który zagłuszał jej krzyk i szarpał jej włosy. Słup, do którego ją przywiązano, zaczął płonąć. Od murów zamku odbił się złowieszczy śmiech. Wieśniacy rozglądali się z przerażeniem, próbując zlokalizować jego źródło. Zdawało się, że dobiega z zamkowej krypty.
            - Podpalcie stos! – Krzyknął ktoś z tyłu, gdy nastała cisza. – Podpalcie, nim będzie za późno!
            - Nie! – W oczach dziewczyny błysnęła panika. – To on! Nie rozumiecie?!
            Ignorując jej wrzaski, ksiądz odepchnął niezdecydowanego wójta i własnoręcznie podłożył ogień.
            - Giń, szatański pomiocie!
            Ogień szybko się rozprzestrzeniał. Zachłanne płomienie wędrowały coraz wyżej, trawiąc wszystko na swojej drodze. Gdy dotknęły jej nagiej skóry, zaczęła wyć.
            - Jest obłąkana – stwierdził ktoś z przekonaniem.
            Gdy już umilkły wrzaski dziewczyny, znudzeni wieśniacy zaczęli powoli odchodzić. Milczący pochód podążał w stronę wioski. Już nikt nie wzdrygał się, słysząc dobiegający z krypty śmiech.

***

            - To dopiero było widowisko! – radośnie wykrzyknął diabeł, przytupując kopytem. – Robiłem, co mogłem, żeby żyła jak najdłużej. A stos palił się cztery dni, wyobrażasz sobie?
            Mężczyzna zadrżał, słuchając triumfalnego śmiechu. Jak to możliwe, że ten świat nosi istotę tak okrutną, pozbawioną wszelkich uczuć? Nie mieściło mu się to w głowie. Nagle cel, który sobie wyznaczył, który przygnał go aż tutaj, wydał mu się równie bezsensowny, jak całe jego życie. Pogrążony w ponurych rozmyślaniach, wpatrywał się przed siebie pustym wzrokiem, nie zważając na drwiny.
            - No i co, jak ci się podobała moja historia? Przecież właśnie po to tu przyszedłeś, żeby ją poznać, prawda?
            Nie chcąc dłużej słuchać tego chrapliwego głosu, wstał i ruszył ku schodom. Bardziej czuł niż słyszał, że potwór idzie za nim, jednak nie zwracał na to uwagi. Towarzyszył mu jeszcze, gdy dotarł na dziedziniec, rozglądając się, jakby szukał… Sam nie wiedział czego. Niepewnie szedł przed siebie. Zatrzymał się tuż przy studni. Ostrożnie do niej zajrzał…
            Poczuł, że spada. Nie wiedział już, czy sam skoczył, czy to on go pchnął. Ostatnia myśl, która zaświtała mu w głowie, była zadziwiająco obojętna. Jest pusta.
            - Witam w mojej bajce! – krzyknął za nim diabeł, zanosząc się upiornym rechotem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz