Przed
Tobą jeden z tych szczególnych tekstów pisanych w całkowitym oderwaniu od
rzeczywistości. Kiedy nad nim siedziałam, w pewnym momencie kompletnie
przestałam rejestrować, co się wokół mnie dzieje. Zresztą dzisiaj, podczas
dokonywania korekty, historia się powtórzyła. Pewnie dlatego w moim odczuciu
jest tak dobry - ocenę jednak pozostawiam Tobie. Nie wiem, skąd wziął się
pomysł na tak okrutną historię, ale to w zasadzie nieważne - w istocie w
przypadku większości moich pomysłów tak właśnie jest. "Nie wiem, nie znam
się, zarobiona jestem". W każdym razie, miłej lektury.
Wkroczył
w mury zamczyska z trwogą na obliczu. Wiadomo było nie od dziś, że noc
rozświetlona blaskiem księżyca w pełni nie jest najlepszą porą na zwiedzanie
tego miejsca. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wybierałby się raczej z wizytą
kurtuazyjną do tutejszego diabła. Przystanął pośrodku dziedzińca, by
zorientować się w swoim położeniu. Po zmroku wszystko wyglądało zupełnie
inaczej. Można było się zgubić wśród opuszczonych ruin. Rozejrzał się niepewnie
i powoli ruszył w stronę odsłoniętego wejścia do krypty. Miejscowi mówili, że
to właśnie tam działy się najdziwniejsze rzeczy.
Zszedł
ostrożnie po wytartych kamiennych stopniach, co krok zanurzając się w coraz
gęstszą ciemność, przesyconą przedziwną mieszaniną zapachów. Jedynym, który
potrafił zidentyfikować z całą pewnością, była drażniąca, choć ledwo wyczuwalna
woń siarki. Poruszając się po omacku, w końcu stracił oparcie, poślizgnął się i
runął w dół, obijając się boleśnie o schody. Wpadł z hukiem do krypty
oświetlonej migotliwym blaskiem pochodni, która niemal natychmiast zgasła. Nim
ponownie zapłonęła, zdążył już podnieść się na nogi. Rozejrzał się powoli i znów
padł na kolana w wyniku otrzymania potężnego ciosu w plecy.
-
Co, skarbu się zachciało, tak? Na szabry przyszedł, hę? Wy, ludzie – chrapliwy
głos wymówił to z niemal namacalną pogardą – jesteście wszyscy tacy sami:
parszywe chciwce! Sam nie ma, to drugiemu odbierze! A niedoczekanie wasze,
znalazłem ja na was sposób! – Kosmata ręka zakończona pokaźnymi szponami
uniosła się nad jego ramieniem, wskazując na coś skrytego w półmroku. –
Widzisz? Skończysz tak samo jak tamci. – Od zimnych ścian odbił się gniewny
rechot.
Chciał
się podnieść, lecz stworzenie mu na to nie pozwoliło. Otrzymał solidnego
kopniaka, upadł na twardą posadzkę. Coś
mi się zdaje, że wyjdę stąd nieźle posiniaczony… O ile w ogóle wyjdę. Ot,
ludzka głupota… Powoli uniósł się na łokciach i natychmiast poczuł kopyto
na swoich plecach.
-
Ani mi się waż ruszyć – syknął diabeł wprost do jego ucha. – Skarbu tu nie ma.
Wszystko rozkradli, psie syny. Ich już nie dorwę, ale co mi szkodzi się
zabawić.
-
Nie, proszę… – jęknął słabo.
-
Co tam mruczysz? Mów głośniej!
-
Nie… Nie przyszedłem tu po żaden skarb. – Gromki śmiech zbił go z tropu, ale
dzielnie kontynuował. – Może to głupie, wiem, ale… Chciałem tylko poznać
historię tego zamku. Któż mógłby znać ją lepiej od ciebie?
Rozległ
się groźnie brzmiący pomruk. Kolejne odgłosy świadczyły o tym, że diabeł
oddalił się nieco. Postanowił więc zaryzykować i ostrożnie spróbował wstać. Nie
napotkawszy żadnej przeszkody, uniósł się na nogi i obrócił. Stworzenie
przysiadło na spękanej płycie grobowca i zamyślone wpatrywało się w jakiś bliżej
nieokreślony punkt. Przedstawiało sobą dość nietypowy widok. Groteskowo
wykrzywiona morda o przebiegłych żółtoczerwonych oczach była dziwnie
fascynująca. Spomiędzy potarganych, sięgających ramion czarnych włosów
wystawała para spiczastych uszu. A także lśniące o rogi o niespotykanym
kształcie. Diabeł w zamyśleniu targał kozią brodę szponiastą łapą, jednocześnie
wystukując jakiś skomplikowany rytm kopytem wspartym na dużym głazie. Nie
wyglądał zbyt przyjaźnie, a jednak nie wzbudzał już takiego strachu, jak
początkowo. Kto wie, może jeszcze uda się nawiązać z nim jakieś porozumienie,
jakoś dogadać… I ujść stąd z życiem.
Spojrzenie
błyszczących oczu skierowało się na niego. Nie mógł w nie patrzeć bez lęku. A
jednak starał się go nie okazywać. Może był skończonym głupcem, ale zależało mu
na tej rozmowie. Musiał tylko jakoś sprytnie to pociągnąć, żeby zyskać
informacje, po które tu przyszedł. Nie bardzo wiedział, jak zacząć. Westchnął z
irytacją, w myślach ganiąc się za to, że nie przemyślał tego wcześniej, zanim
wpakował się w tę kabałę. Diabeł zastrzygł uszami, przyglądając mu się ze
złośliwym uśmieszkiem.
-
Chyba całkiem zgłupiałeś, żeby tu przychodzić. Musi ci naprawdę zależeć, hę? –
Roześmiał się ponuro. – Powiedz, cóż mi z tego przyjdzie, jeśli zrobię to,
czego chcesz? Co ja z tego będę miał?
Wzruszył
ramionami zrezygnowany. O tym nawet nie pomyślał. Bo przecież co mógłby
zaproponować? Sam nie miał prawie nic – poza misją, która powodowała, że
nieustannie pakował się w kłopoty. A teraz przyprowadziła go aż tutaj. Kto wie,
może to ostatni etap jego tułaczki? Wiele by dał, by wreszcie móc ją zakończyć.
To była wspaniała przygoda, ale był już zmęczony. Tyle lat spędził w drodze,
zmierzając ku nieznanemu, niepewny, co go czeka za kolejnym zakrętem ani kiedy
wreszcie dotrze do celu. O ile w ogóle uda mu się to osiągnąć.
Ostrożnie
podszedł i przysiadł obok diabła. Postanowił zaryzykować. Zresztą co miał do
stracenia? Nic, o to właśnie chodziło. Mógł jedynie odzyskać dawno utracony
spokój. Więc może warto… Ponownie westchnął. Diabeł zwrócił się w jego stronę i
przyjrzał mu się uważnie.
-
Ostatni właściciel tej ruiny był tchórzem. Bał się o swoje nędzne życie, więc
zawarł ze mną układ. Nie przewidział tylko, jakie mogą być tego konsekwencje –
Zaśmiał się złośliwie. Kopyto głośno zastukało w nagrobek. – Właśnie na nim
siedzimy.
Wzdrygnął
się, zerkając na zanoszącego się śmiechem diabła. Wyglądało na to, że nie
potrzebował specjalnej zachęty do mówienia. Może jedynie trochę cierpliwości. Czemu nie? Czasu mam aż nadto.
-
Cóż, nikt mu chyba nie powiedział, że nie powinno się spacerować nocą po murach,
jak się ma diabła w zamku, a sam był za głupi, żeby na to wpaść. No to się
doczekał. Spadał krótko, ale za to bardzo głośno. Jeszcze czasem go tu słychać.
Jego żona nie wytrzymała zbyt długo. W końcu zeszła tu do mnie i zażądała,
żebym przestał prześladować jej córki. Niczego sobie kobita – Wyszczerzył
lubieżnie kły. – Jakoś się dogadaliśmy. Nie moja wina, że szybko się jej znudziłem.
A to, jak ludzie mówili, wyjątkowo paskudne samobójstwo… No, możliwe, że jej
trochę pomogłem, sama miała problem ze zmieszczeniem się w piecu chlebowym. –
Jego oczy pociemniały, blask pochodni odbił się w nich tańczącymi diabelskimi
ognikami. Wyglądał strasznie, kiedy tak wspominał dawne dzieje. – Błąka się tu
teraz i…
Monolog
został przerwany przez głośne jęki przepełnione bólem. Z ciemności wyłoniła się
nagle przerażająca zjawa. Napuchnięte ciało powleczone odpadającą płatami
zwęgloną skórą ledwie trzymało się kości, z pustych oczodołów płynęła krew.
Poranione palce o zdartych do kości opuszkach
rwały z głowy resztki włosów, które nie zdążyły się wypalić. Diabeł
prychnął pogardliwie.
-
Sam widzisz. – Machnął kosmatą łapą w stronę zjawy. – Wynocha mi stąd, nikt cię
tu nie prosił! – W jednej chwili zerwał się wicher i porwał jęczącego coraz donośniej
ducha. – Ech, te baby… O czym ja to… A, racja. No więc, jak już skończyła się
zabawa z tą – Machnął lekceważąco ręką – to zająłem się jej córkami. A miała
trzy. Ooo, te to były nad podziw… – Długi rozwidlony język prześlizgnął się po
ostrych kłach. – Ale były równie słabe, co ich matka. Nie wytrzymały ze mną
długo – Znów roześmiał się drapieżnie. Gdy mówił, zaczęły pojawiać się kolejne
zjawy. – Najstarsza, tak mówili, popadła w obłęd. – Wskazał na nagą, potwornie
okaleczoną dziewczynę kulącą się w kącie. – Pewnej nocy zakradła się do
zbrojowni i zaczęła bawić się szablą po tatuśku. Obcięła sobie niemal wszystko,
co się dało. W końcu rozpruła sobie brzuch i wykrwawiła się tam. Taak, byłem
przy niej do końca, póki nie wydała ostatniego tchnienia. A potem poszedłem
zabawić się z kolejną. – Ciszę podziemia rozdarł krzyk przerażenia. – Właściwie
wykończyłem ją tej samej nocy. Nudziła mnie, była zbyt uległa. Kiedy znaleźli
ją rano, myśleli, że zrobiła to jej starsza siostra. Cóż, nie chcesz wiedzieć, jak
wyglądała – Zaśmiał się upiornie. Wstał i zaczął przechadzać się między zwaliskami
obłupanych kamieni. – Została mi ostatnia. Z tą to dopiero była uciecha, oj
tak! – Tuż przed nim na czarnym jak noc koniu przegalopowała widmowa dziewczyna
w rozchełstanej szacie. – Zwodziła mnie, myślała, że mi umknie. Może by jej się
udało… Ale mnie nie doceniła. – Diabeł zamyślił się.
-
Czy to… Mówią, że w tym zamku straszy. Czy to ona?
-
Czy ona? – Stworzenie spojrzało na niego przenikliwie. – Głupiś! Zamczysko
pełne jest upiorów. Oczywiście dzięki mnie. – Wzruszył ramionami i znów zaczął
się przechadzać. – Ale trudno zaprzeczyć, to ona robi tu najwięcej zamieszania.
Ona i ten jej – prychnął. Zaraz potem znów się roześmiał. – Znalazłem ja na
nich sposób, oj tak… – mruknął i zaczął snuć swoją opowieść.
***
Siedziała
skulona na gzymsie zimnego mimo wyjątkowo wietrznej nocy kominka. Wsłuchiwała
się w mrok, próżno próbując wyłowić jakiekolwiek znajome odgłosy z zawodzeń
wichru. Wiedziała, że teraz przyszła kolej na nią, że ten potwór nie spocznie,
póki nie dostanie jej w swe łapy… Chyba że to ona go przechytrzy. Musi przecież
być jakiś sposób, żeby się go pozbyć. Wiedziała, że sama nie ma z nim szans. Co
prawda ludzie ze wsi dawno przestali choćby zbliżać się do zamku, w swym
zacofaniu wierząc, że na jego mieszkańców spadła jakaś – niewątpliwie zasłużona
– straszliwa klątwa, był jednak ktoś, na kogo mogła liczyć. Większość służby
uciekła, bojąc się o swoje życie – podejrzewała zresztą, że całkiem słusznie i
bynajmniej nie miała im tego za złe. Oprócz niej została tu tylko jedna osoba.
Może pokładała w nim zbyt wielkie nadzieje, ale właściwie i tak nie miała
wyboru.
Wzdrygnęła
się, gdy ciche pukanie wyrwało ją z ponurych rozmyślań. Do komnaty
bezszelestnie niczym cień wślizgnął się chłopiec stajenny. Był niewiele starszy
od niej i trzeba było przyznać, że do tego całkiem niebrzydki. W innych
okolicznościach nawet by na niego nie spojrzała, mimo wpatrujących się w nią z
nieskrywanym zachwytem ciemnych oczu. Teraz jednak nie pozostało jej nic innego
jak zignorować jego niskie pochodzenie i wykorzystać swoją jedyną szansę.
-
Prosiłaś, żebym przyszedł, pani – Machnęła lekceważąco ręką, choć
najprawdopodobniej i tak tego nie widział. – Nie wiem, czy to rozsądne spotykać
się w nocy, kiedy on…
-
Jest nas teraz tylko dwoje. – Wzruszyła ramionami. – Powinniśmy trzymać się
razem dla własnego bezpieczeństwa.
-
Nie wiem, czy to właściwe… – zaczął nieśmiało, jednak nie dała mu dokończyć.
-
Posłuchaj, nie mamy czasu. Albo my się go pozbędziemy, albo on pozbędzie się
nas. Tu chodzi o nasze życie, nie rozumiesz?
Powoli
skinął głową. Westchnęła z irytacją i kontynuowała:
-
Widzę tylko jedno rozwiązanie. Powinniśmy jakoś wydostać się z zamku… Ale
zapewne nie będzie chciał nas wypuścić. Musimy coś wymyślić.
-
To może… – Głos mu zadrżał, więc odchrząknął i dalej mówił już nieco pewniej –
Jedno z nas powinno odwrócić jakoś jego uwagę. Tak, żeby drugie mogło uciec i
kogoś tu sprowadzić.
Spojrzała
z podziwem na majaczący przed nią cień. To było tak oczywiste… Że też sama na
to nie wpadła! To prawdopodobnie jedyny sposób, żeby się udało. A w każdym
razie przynajmniej istniała jakaś nadzieja.
Wspólnie
zaczęli zastanawiać się, co konkretnie powinni zrobić. Wiedzieli, że nie mają
zbyt wiele czasu. Zdawali sobie też sprawę, że będą mieli tylko jedną szansę i
to tylko jeżeli diabeł nie przejrzy zawczasu ich zamiarów. Musieli jednak
spróbować, od tego wszystko zależało. Zresztą, tak czy siak, niewiele mieli do
stracenia. A jeśli będą siedzieć bezczynnie i czekać na rozwój wydarzeń, i tak
nie ujdą stad z życiem.
Ich
plan był dość ryzykowny, nie było jednak czasu na wymyślanie niczego lepszego.
Opuścili komnatę i w milczeniu podążyli na dziedziniec. Tam się zatrzymali.
Dziewczyna spojrzała na chłopaka z wahaniem. Miała wrażenie, że uśmiechnął się
do niej zachęcająco. Szybko go uściskała.
-
Jesteś wspaniały – szepnęła mu do ucha i zniknęła w ciemności.
Wiedziała,
że tylko jeśli uda jej się dotrzeć do stajni niepostrzeżenie, ma szansę uciec.
Mimo to miała ochotę biec. Musiała jednak uważać, by nie robić hałasu. Na
szczęście ciężkie drzwi otwarły się bezszelestnie. Powitało ją ciche rżenie jej
karej klaczy. Westchnęła z ulgą i podeszła do konia. Nawet nie zawracała sobie
głowy jego siodłaniem. Cicho wyprowadziła zwierzę ze stajni, wprawnie dosiadła
i popędziła przed siebie.
Miała
nadzieję, że poczuje się lepiej, gdy tylko opuści mury zamku. Kiedy jednak
wjechała do lasu, który przecież tak dobrze znała, ogarnął ją silny niepokój.
Nic nie było tu takie, jak pamiętała. Nie rozpoznawała charakterystycznych
miejsc, które powinna mijać, zmierzając do wioski. Groteskowo powykrzywiane
drzewa zdawały się być większe. I nieprzyjazne. Przez splątane nagie gałęzie
nie przebijało się zbyt wiele księżycowego światła, musiała więc zaufać klaczy,
która była równie zdenerwowana. Wszystko byłe dziwnie nieruchome i ciche mimo
szalejącej wokół wichury.
Wciąż
krążyła po lesie, choć już dawno powinna z niego wyjechać. W końcu dotarło do
niej, że zabłądziła. Bezsilny krzyk wyrwał się z jej piersi, gdy zdała sobie
sprawę, że to jego sprawka. Prawdopodobnie od samego początku wiedział, że chcą
go oszukać. Nie mieli z nim szans. A to oznaczało, że musi wracać do zamku, nim
będzie za późno. W panice zawróciła konia. Na nic się to jednak nie zdało. Nie
rozpoznawała miejsca, w którym się znajdowała, nie miała pojęcia, jak się stąd
wydostać.
***
Krążył
po dziedzińcu, nie kryjąc się specjalnie. Świadomość, że w którymś momencie się
na niego natknie, wzbudzała w nim lęk, jednak przecież właśnie o to mu chodziło.
Nie mógł teraz stchórzyć, tylko od niego zależało to, czy chociaż jej się uda…
Miał nadzieję, że okaże się na tyle mądra, by już tu nie wracać. Całkiem
świadomie skazał siebie, żeby móc uratować jej życie. Nigdy jeszcze nie był
zakochany i nie wiedział, jak to jest, podejrzewał jednak, że to właśnie to
uczucie. Czy w innym wypadku byłby na tyle głupi, by pozostać w zamku sam na
sam z diabłem?
Wzdrygnął
się, słysząc za sobą głośny ryk. Nim zdążył się obrócić, pochwyciły go silne
łapy. Nawet nie pisnął, rozmyślając gorączkowo, co robić, gdy monstrum ciągnęło
go w stronę krypty. Zaczął krzyczeć dopiero, gdy zorientował się, że ma zamiar
zepchnąć go ze schodów. Na nic się to jednak nie zdało.
Gdy
już był na samym dole, próbując niezdarnie podnieść się na nogi, usłyszał za
sobą tętent. Coś zwinnie nad nim przeskoczyło, pochwyciło go za gardło i
pociągnęło do góry. Nagle znalazł się twarzą w twarz z potworem. Z przerażeniem
patrzył w ziejące nienawiścią oczy, nie mogąc oderwać od nich wzroku.
-
Myśleliście, że mnie przechytrzycie, co? – Diabeł zaśmiał się złowieszczo. –
Nic z tego! Twoja ukochana – powiedział z niesmakiem – zgubiła się w lesie. I
jeszcze długo się nie znajdzie – Zachichotał. – A ja mam cię teraz dla siebie,
śliczny chłopcze – Ostry szpon pozostawił głęboką szramę na jego policzku.
Pochylił się, zbliżając swoją straszliwą mordę do jego twarzy. – Nawet nie
wyobrażasz sobie, co mógłbym z wami zrobić… Ale dlaczego by nie zabawić się
trochę się waszym kosztem? – Na jego wargi wpełzł obleśny uśmiech. – Co ty na
to, żebyśmy zawarli układ?
Wiedząc,
że nie ma innego wyjścia, powoli skinął głową. Poczuł, że uścisk na gardle
nieco zelżał. Miał nadzieję, że jeżeli zgodzi się zrobić to, czego zażąda od
niego stwór, przynajmniej jedno z nich przeżyje.
-
Doskonale. Powiedzmy, że dam wam spokój… Ale nie ma nic za darmo. – Uśmiechnął
się złośliwie, widząc ulgę na twarzy chłopaka. – Tak się składa – zaczął z
udanym zastanowieniem – że dawno nie miałem okazji być świadkiem polowania na
czarownice. – Grymas przerażenia wywołał wybuch śmiechu. – Wiesz, na czym to
polega, prawda? – Niepewnie skinął głową, na co diabeł również odpowiedział
skinieniem. – Pyszna zabawa – zarechotał.
-
Jak… – zaczął chłopak, lecz ponowne wzmocnienie uścisku zamknęło mu usta. Musiał
w milczeniu wysłuchać do końca, co potwór ma do powiedzenia. Nie podobało mu
się to, ale wiedział już, że to jedyna szansa. Chciał czy nie, musiał zrobić
wszystko, czego tamten zażądał.
***
Rozległo
się głośne pukanie. Niezadowolony z faktu, że budzi się go o takiej porze,
ksiądz niechętnie ruszył otworzyć.
-
Dobrodzieju – W progu stał mocno zdyszany i najwyraźniej wystraszony wieśniak.
– Musicie nam pomóc!
-
O co chodzi? – Kapłan nawet nie starał się ukryć niechęci.
-
Czarownica – ledwo słyszalnie wydukał tamten.
Nie
czekając na dalsze wyjaśnienia, ksiądz szybko się zebrał i ruszył za chłopem do
domu wójta, gdzie już trwała narada.
-
Cieszymy się, że wielebny nas zaszczycił – powitał go otyły mężczyzna o
poważnym wyglądzie i wskazał palcem na młodego chłopaka stojącego pośrodku
izby. – Ten tu uciekł z zamku. Jako jedyny uszedł z życiem.
-
Co masz nam do powiedzenia, synu? – zwrócił się duchowny do chłopca stajennego,
ignorując resztę zebranych.
-
Najmłodsza córka właściciela… Świętej pamięci… – zaczął tamten cicho. – Jedyna
żyjąca dziedziczka…
- Szybciej, młodzieńcze!
- No, ona… Ona jest wiedźmą! – Po
jego twarzy zaczęły płynąć łzy. W izbie wybuchła wrzawa. Wójt uniósł dłoń, by
uciszyć zebranych.
- Gdzie ją znajdziemy?
- Myślę, że w lesie.
Zaczęła się narada. Od lat nikt ze
zgromadzonych nie słyszał o takim przypadku, niewątpliwie jednak należało
natychmiast przedsięwziąć odpowiednie kroki.
W całym zamieszaniu nikt nie zwrócił
uwagi na chłopaka, który wymknął się po cichu i pobiegł w stronę zamku. Nie
chciał tam wracać, jednak nie miał wyjścia. Wiedział, że jeśli nie dotrze tam
przed dziewczyną, która przecież kiedyś w końcu musi wydostać się z tego
przeklętego lasu, diabeł ją dopadnie i na nic zda się jego poświęcenie. A miał
jeszcze szansę ją uratować. Jeśli potwór będzie z niego zadowolony, pozwoli
wieśniakom ją pochwycić. Odbędzie się uczciwy proces, nie zdołają jej udowodnić
uprawiania czarów – przecież to nonsens! – i znów będzie wolna. A stwór obiecał
przecież, że da im spokój, jeśli zapewnią mu rozrywkę. Może się udać.
Zdyszany wpadł na dziedziniec.
Rozejrzał się szybko. Z zadowoleniem stwierdził, że jest sam. Ostrożnie zszedł
do krypty.
- Wypełniłem swoje zadanie –
krzyknął w ciemność.
- Doskonale – usłyszał za swoimi
plecami. – Idę się zabawić. A ty tu na razie zostajesz. – Silny cios w głowę
sprawił, że stracił przytomność.
***
Wciąż krążyła po lesie. Nie miała
pojęcia, jak długo już tu jest. Klacz była zmęczona, stąpała niepewnie, boczyła
się, już nie chciała jej słuchać. Zaczynała tracić nadzieję, że kiedykolwiek
się stąd wydostanie.
Nagle coś usłyszała. Koń zadrżał,
wietrząc ledwo wyczuwalny zapach siarki. Poczuła, że dreszcz przebiega jej po
plecach. Czyli jednak mu nie umknęła… Nagle spłoszona klacz stanęła dęba,
zrzucając ją ze swego grzbietu, i popędziła przed siebie. Krzyknęła przerażona.
Teraz rozpoznała miejsce, w którym się znalazła. Wiedziała, że zwierzę kieruje
się wprost w przepaść. Zaszlochała bezradnie, słysząc kwik konia. A potem
zaległa cisza. Z trudem wstała i zaczęła przedzierać się przez zarośla. Miała
wrażenie, że on wokół niej krąży, pozostając nieuchwytnym, lecz wciąż ją
obserwując.
- Wygrałeś! – krzyknęła bezsilnie,
po czym mruknęła do siebie – Ale i tak łatwo ci się nie dam.
W oddali przed nią zamajaczyło
jakieś światło. Ogień! Czyżby natknęła się na ludzi? A więc może jeszcze jest
nadzieja. Przyspieszyła kroku, przedzierając się do miejsca, gdzie między
drzewami migotały pochodnie. Nie mogła uwierzyć w swoje szczęście, gdy, brudna
i obdarta, trafiła wreszcie na niewielką polankę.
- Tu jest!
- Brać ją!
Przerażona rozejrzała się wokół.
Otaczały ja groźne, nienawistne twarze ludzi, których przecież znała. Co się dzieje? Po lesie echem poniósł
się złowróżbny śmiech. Ach, więc to twoja
sprawka, pomyślała, rzucając się do ucieczki.
- Nie pozwólcie uciec tej wiedźmie!
Wiedźmie?
Jej szanse wciąż malały. Jak miała umknąć przed pościgiem i uwolnić się od tego
potwora? Czy to w ogóle możliwe? Sprytnie to rozegrał. Nie widziała żadnego
wyjścia z tej sytuacji. Chyba że… A gdyby
tak dać się złapać? Przecież nie jest winna tego, o co ją oskarżono! Nie
mogą jej nic zrobić…
Mężczyzna, który ją pochwycił, nie
był zbyt delikatny. Zresztą nie było się czemu dziwić, przecież wierzył, że ma
do czynienia z czarownicą. Choć nie stawiała oporu, brutalnie zaciągnął ją na
polankę, z której przedtem im uciekła. Gdy już ją związano, postanowiono, że
proces odbędzie się rankiem, gdy tylko wzejdzie słońce. Do tego czasu miała
pozostać pod strażą w zamkowym lochu. Na strażników wyznaczono dwóch rosłych
mężczyzn.
Zaczęła drżeć z przerażenia, gdy
tylko usłyszała, gdzie ją zabierają. Nie powiedziała ani słowa, była jednak
przekonana, że nic nie potoczy się tak, jak to sobie zaplanowali. O nie. Czuła,
że potwór jeszcze z nią nie skończył.
***
- Jak mogłeś…
- Cicho, nie przerywaj – warknął
diabeł. – Przecież chciałeś usłyszeć tę historię, czyż nie? – Uśmiechnął się
paskudnie, błyskając ostrymi kłami. – Chyba zniesiesz jeszcze trochę?
Niechętnie skinął głową, w duchu
przeklinając swoją głupotę, która kazała mu się tu pchać. Teraz był już niemal
pewien, że nie wyjdzie stąd żywy.
***
Usłyszała jakiś hałas, krzyki
strażników… A potem nastała cisza. Po chwili drzwi jej celi stanęły otworem.
Blask płomieni oświetlił chłopca stajennego. Stojący za nim stwór pchnął go
mocno, przekroczył próg i zamknął za sobą podwoje. Osadził pochodnię w tkwiącym
w ścianie uchwycie, trącił kopytem leżącego na ziemi chłopaka i stanął przed
dziewczyną.
- Myślałaś, że mi umkniesz,
słodziutka, hę? – Ostre szpony musnęły jej policzek. – Chciałaś mnie
przechytrzyć. Ale twój chłoptaś nie był tak bystry, jak ci się wydawało. – Wykrzywił
mordę pogardliwie.
- Co mu zrobiłeś?!
- Naprawdę chcesz wiedzieć? –
Spojrzał na nią filuternie. – Trochę się z nim zabawiłem… – Zimne wargi kilka
razy musnęły jej małżowinę, gdy diabeł szeptał jej do ucha. Wzdrygnęła się, gdy
skończył i rozwidlonym językiem przesunął po jej szyi.
- Jak mogłeś?!
- Cóż, nie jestem zbyt wybredny,
jeśli o to chodzi. – Wykonał obsceniczny gest i parsknął śmiechem, widząc
obrzydzenie na jej twarzy.
- On obiecał… – z trudem wyjęczał
zwijający się z bólu chłopak. – Obiecał, że da nam spokój, jeśli… Jeśli…
- Tak, tak, da wam spokój, jeśli
zapewnicie mu trochę rozrywki – parsknął potwór i machnął szponiastą łapą. –
Całkiem nieźle się sprawiłeś, chłoptasiu, dlatego cię tu zostawię. Ale ty, moja
droga… – zwrócił się do dziewczyny – Z tobą jeszcze nie skończyłem.
Z niedowierzaniem spojrzała w te
przerażające oczy. Wrzasnęła, gdy stwór zaczął z niej zdzierać ubranie, zdawała
sobie jednak sprawę z faktu, że jest całkowicie bezbronna. Przezorni wieśniacy
przykuli ją do ściany solidnymi łańcuchami, a teraz, gdy obaj strażnicy byli
martwi, nikt nie usłyszy jej krzyku. Popatrzyła błagalnie na leżącego u jej
stóp chłopaka. Wezbrał w niej bezsilny gniew, gdy zobaczyła, jak bezowocnie
próbuje się podnieść, a w jego oczach lśnią łzy rozpaczy. Krzyknęła jeszcze raz
i całkowicie pogrążyła się w rozdzierającym bólu.
***
Gdy tylko nastał świt, wieśniacy
tłumnie przybyli do zamku. Wójt w asyście księdza zszedł do lochu, by rozkazać
strażnikom wyprowadzić czarownicę. Nagle ciszę przerwał krzyk. Kilku
odważniejszych chłopów pobiegło za nimi. Gdy dotarli na sam dół, kapłan modlił
się nad ciałami dwóch mężczyzn, którym poderżnięto gardła, wójt natomiast stał
oniemiały w otwartych drzwiach celi.
Po zdającym się trwać nieskończoność,
pełnym wyczekiwania milczeniu mężczyźni wrócili na dziedziniec. Dwóch
prowadziło nagą dziewczynę o potarganych włosach i dzikim spojrzeniu.
Wewnętrzną stronę jej ud pokrywała częściowo zakrzepła krew. Tuż za nimi dwóch
następnych ciągnęło ledwo żywego, jęczącego z bólu chłopaka. Ostatni nieśli
zamordowanych strażników.
Dziewczynę przywiązano do
przygotowanego wcześniej słupa, chłopaka rzucono na ziemię u jej stóp.
- Wszyscy wiemy, o co oskarżona jest
ta tu – rzucił ksiądz w stronę tłumu. – Ażeby oszczędzić nam wszystkim zachodu,
pytam cię wprost: czy przyznajesz się do uprawiania czarów?
Dziewczyna tylko spojrzała na niego
niechętnie. Lekko potrząsnęła głową. Sprawiała wrażenie, jakby nie do końca
rozumiała, co się wokół niej dzieje. Jakby była obłąkana.
- A więc dobrze! – zagrzmiał
duchowny. Odwrócił się do zebranym wieśniaków. – Właściciel tego zamczyska,
świeć, Panie, nad jego nieszczęsną duszą, miał trzy córki. Nie podejrzewał,
biedak, że najmłodsza z nich para się magią. Jak wszyscy wiemy, stało się to
jego zgubą. Seria nieszczęśliwych wypadków nie miała miejsca na skutek klątwy,
jak do tej pory podejrzewano, lecz była sprawką tej żądnej krwi… – Splunął z
odrazą. – Ostatni żywy mieszkaniec zamku – Wskazał ręką na pojękującego wciąż
chłopaka – postanowił to przerwać. Doniósł nam o jej poczynaniach, ryzykując
swe życie. Jak widzicie, poniósł za to najwyższą cenę. Nieszczęśnik, dostał się
pod jej władzę. Chciał ją uwolnić z lochu. Zamordował pilnujących ją strażników
i dostał się do celi… Wygląda jednak na to, że wiedźma sama sobie zaszkodziła
swoimi sztuczkami. Biedak, zapewne nie wiedząc, co robi, zgwałcił ją – Ksiądz
wzdrygnął się teatralnie z wyrazem obrzydzenia na twarzy. – A ta z zemsty
rzuciła na niego urok.
Zapadła cisza. Wszyscy z napięciem
wpatrywali się w kapłana, który podszedł do chłopca stajennego. Choć głos miał
smutny, jego twarz przybrała surowy wyraz, gdy znów przemówił.
- Synu… Jestem pewien, że nie byłeś
świadom tego, co czynisz – Zerknął na wójta, który poważnie skinął głową. –
Lecz prawo jest prawem. Za gwałt na niewieście i ciebie czeka kara śmierci.
- Myślę, że istnieją okoliczności
łagodzące, które pozwolą oszczędzić mu cierpienia – zauważył wójt, na co
wieśniacy gorliwie zaczęli kiwać głowami.
Kapłan przytaknął i odmówił krótką
modlitwę. Gdy tylko skończył, nowo mianowany kat poderżnął chłopakowi gardło.
Duchowny z niesmakiem spojrzał na wójta, który jedynie wzruszył ramionami i
mruknął:
- Nie byliśmy przygotowani.
Przywiązana do słupa dziewczyna
otrząsnęła się z odrętwienia. Zaczęła szlochać, patrząc na martwego chłopaka.
- Nie! – wrzasnęła. – To wszystko
tylko i wyłącznie jego wina!
Ksiądz spojrzał na nią z pogardą.
- Nie próbuj się wypierać swojej winy,
nie umkniesz sprawiedliwości!
- Nie jestem czarownicą – szepnęła.
– Nie jestem czarownicą, nie jestem… – zaczęła powtarzać, coraz głośniej i
głośniej.
Zerwał się wiatr, który zagłuszał
jej krzyk i szarpał jej włosy. Słup, do którego ją przywiązano, zaczął płonąć.
Od murów zamku odbił się złowieszczy śmiech. Wieśniacy rozglądali się z
przerażeniem, próbując zlokalizować jego źródło. Zdawało się, że dobiega z
zamkowej krypty.
- Podpalcie stos! – Krzyknął ktoś z
tyłu, gdy nastała cisza. – Podpalcie, nim będzie za późno!
- Nie! – W oczach dziewczyny
błysnęła panika. – To on! Nie rozumiecie?!
Ignorując jej wrzaski, ksiądz
odepchnął niezdecydowanego wójta i własnoręcznie podłożył ogień.
- Giń, szatański pomiocie!
Ogień szybko się rozprzestrzeniał.
Zachłanne płomienie wędrowały coraz wyżej, trawiąc wszystko na swojej drodze.
Gdy dotknęły jej nagiej skóry, zaczęła wyć.
- Jest obłąkana – stwierdził ktoś z
przekonaniem.
Gdy już umilkły wrzaski dziewczyny,
znudzeni wieśniacy zaczęli powoli odchodzić. Milczący pochód podążał w stronę
wioski. Już nikt nie wzdrygał się, słysząc dobiegający z krypty śmiech.
***
- To dopiero było widowisko! –
radośnie wykrzyknął diabeł, przytupując kopytem. – Robiłem, co mogłem, żeby
żyła jak najdłużej. A stos palił się cztery dni, wyobrażasz sobie?
Mężczyzna zadrżał, słuchając
triumfalnego śmiechu. Jak to możliwe, że ten świat nosi istotę tak okrutną,
pozbawioną wszelkich uczuć? Nie mieściło mu się to w głowie. Nagle cel, który
sobie wyznaczył, który przygnał go aż tutaj, wydał mu się równie bezsensowny,
jak całe jego życie. Pogrążony w ponurych rozmyślaniach, wpatrywał się przed
siebie pustym wzrokiem, nie zważając na drwiny.
- No i co, jak ci się podobała moja
historia? Przecież właśnie po to tu przyszedłeś, żeby ją poznać, prawda?
Nie chcąc dłużej słuchać tego
chrapliwego głosu, wstał i ruszył ku schodom. Bardziej czuł niż słyszał, że
potwór idzie za nim, jednak nie zwracał na to uwagi. Towarzyszył mu jeszcze,
gdy dotarł na dziedziniec, rozglądając się, jakby szukał… Sam nie wiedział czego.
Niepewnie szedł przed siebie. Zatrzymał się tuż przy studni. Ostrożnie do niej
zajrzał…
Poczuł, że spada. Nie wiedział już,
czy sam skoczył, czy to on go pchnął. Ostatnia myśl, która zaświtała mu w
głowie, była zadziwiająco obojętna. Jest
pusta.
- Witam w mojej bajce! – krzyknął za
nim diabeł, zanosząc się upiornym rechotem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz