27 lipca 2017

Kilka słów od Alicji



Opowiadanie, które masz przed sobą, jest wyjątkowo krótkie - podobnie jak, niestety, wiele napisanych w tym roku. Chyba można je nazwać tekstem ćwiczeniowym. Poza tym jest... Dziwne, wydaje mi się, że to odpowiednie słowo. Prawdę mówiąc to jedyny fanfic, który napisałam bez konkretnego celu (zazwyczaj się w to nie bawię, chyba że w grę wchodzi konkurs). Najzwyczajniej w świecie, zachciało mi się sięgnąć po Alicję..., bo ją lubię. W tekście możesz natknąć się na kilka cytatów z Alicji w Krainie Czarów w reżyserii Tima Burtona. W zasadzie to by było na tyle. Have fun.
 


            Nie orientujecie się, co może łączyć gawrona i sekretarzyk?
            Jestem Alicja. Tak, TA Alicja. Wiem, co powiecie. To było do przewidzenia. Oklepany motyw. Tyle już było odwołań, nawiązań, tyle wersji. A sama opowieść, tyle już przecież razy wykorzystywana… Owszem, ma potencjał. Jak widać, całkiem spory. Ale raczej nie da się już do niej wnieść niczego nowego, prawda?
            Nieprawda. Trudno byłoby dziś znaleźć kogoś, kto nie słyszałby o tej historii. Chyba każdy, choćby jej nie poznał, przynajmniej się z nią zetknął. Albo z którymś dziełem nią inspirowanym. Każdy kojarzy, każdy wie przynajmniej z grubsza, o co chodzi. A jednak nikt – naturalnie poza uczestnikami dramatu – nie zaglądał za kulisy. Nikt z was, jak przypuszczam, nie wie, jakie były okoliczności wydarzeń, które wszyscy znają z książek. Niezależnie od tego, co sobie myślicie – możecie w to wierzyć lub nie – ta historia jest prawdziwa. Ale wszystko wyglądało nieco inaczej… I właśnie o tym chcę opowiedzieć. Czas najwyższy, by świat poznał całą prawdę.
            Zacznijmy więc od podstaw. Kim był Lewis Carroll? Och, przecież wszyscy to wiedzą. To Charles Lutwidge Dodgson, matematyk i fotograf. A także, naturalnie, poeta i świetny pisarz. Obdarzony, o czym sami możecie się przekonać, niezwykłym talentem i niemałą wyobraźnią. Przecież nie kto inny, ale on sam wymyślił Krainę Czarów… Nic niezwykłego, prawda?
            Nieprawda. Lewis Carroll to coś więcej niż pseudonim artystyczny. To nazwisko człowieka, który istniał naprawdę. Był moim ojcem. Powiem więcej, moi mili: był potężnym czarnoksiężnikiem o wybitnym umyśle. Jego moc była niezwykła. Ciągle też starał się ją rozwijać, dokształcać się na wszelkie możliwe sposoby. Wciąż próbował czegoś nowego. Aż w końcu zapragnął zabawić się w Pana Boga…
            Carroll odkrył istnienie równoległego świata. Wy pewnie nazwalibyście to innym wymiarem. Niech będzie. Podejrzewam, że takich światów jest więcej, ale skupmy się na tym odkrytym przez mojego ojca. Nie wiem, jak do tego doszło, nie było mnie wtedy jeszcze, ale mniejsza z tym, nie odbiegajmy od tematu…
            Ten świat miał potencjał. Ale był pusty. Carroll uznał go więc za idealne miejsce dla swoich celów. Zaczął wprowadzać w nim zmiany i kreować go według własnego widzimisię… Magia to nie taka prosta sprawa. Nie da się stworzyć czegoś z niczego, można jedynie przekształcać. Tak więc tatuś brał przedmioty z naszego świata, kształtował je po swojemu i umieszczał w tym… Innym wymiarze, tak? Ale trochę w tym wszystkim pobłądził. Bo wkrótce zaczęło mu być tego mało. Stworzył niesamowitą krainę, to fakt – ale czymże jest taka kraina, jeśli nikt jej nie zamieszkuje? Mógł umieścić tam zwierzęta… Ale to nie to. Według jego planu każda istota miała być obdarzona ludzkimi cechami. Zaczął więc porywać ludzi. Przy czym pracował nie tylko nad ich wyglądem. Wprowadzał tak poważne zmiany w ich osobowości czy sposobie myślenia, że zapominali kim są, skąd pochodzą. Każda umieszczona w jego świecie postać miała swoją historię, podobnie jak cała kraina. Co więcej, wszyscy byli przekonani, że historie te są prawdziwe. W końcu przechodzili pranie mózgu… I tak właśnie powstała Kraina Czarów. W międzyczasie pojawiłam się jeszcze ja. Ojciec od samego początku wychowywał mnie sam, nigdy nie poznałam matki. Nie wiem nawet, kim była. A kto wie, może to nawet jedna z jego postaci…
            Kiedy już zakończył się proces twórczy, Carroll zabawiał się obserwowaniem wszystkiego, co działo się w jego świecie. No wiecie, to było coś jak program w waszej telewizji. Tyle że na żywo. I, ogólnie rzecz biorąc, bez żadnego scenariusza. Nie mógł się doczekać, kiedy dorosnę na tyle, by mógł pokazać mi swoje dzieło. Chciał się nim z kimś podzielić, pochwalić się… Ale wciąż byłam za mała, by zrozumieć. A jego aż rozsadzało. Obsesyjnie myślał o tym, że musi coś zrobić, by świat dowiedział się o jego Krainie Czarów, a ludzie poznali jego nazwisko. I na zawsze je zapamiętali. W końcu znalazł się i na to sposób.
            W tym miejscu właśnie wkracza na scenę Charles Lutwidge Dodgson. Carroll długo bowiem szukał osoby, która odpowiadałaby jego zamysłowi. A Charles nadawał się idealnie. Nie tylko był wykształcony, ale też utalentowany. Co istotne, potrafił dobrze pisać. Ojciec zabrał się więc do dzieła, by wprowadzić do Krainy Czarów ostatnią postać. Tym razem wyglądało to nieco inaczej. Procesy, którym obiekt był poddawany, nie unicestwiły całkowicie jego własnego „ja”, jak we wszystkich poprzednich przypadkach. Zostało ono jedynie zniewolone i zdominowane przez nową osobowość – czas jednak pokazał, że nie tak do końca. Chodziło o to, by móc kontrolować prawdziwego Dodgsona, który wciąż siedział gdzieś tam w środku. Zamysł był taki, by zmusić go do opisania Krainy Czarów, a później wydać to pod nazwiskiem Lewisa Carrolla.
            Jak sami możecie się przekonać, o ile już tego nie zrobiliście, eksperyment ojca się powiódł… Częściowo. Bo jednak nie wszystko poszło tak całkiem zgodnie z planem… W założeniu miało istnieć tylko jedno przejście do Krainy Czarów – to, dzięki któremu odkrył istnienie tamtego świata kontrolowane przez niego. Ale przez liczne eksperymenty utworzyło się kolejne rozdarcie, o którym nie miał pojęcia – do czasu. Rozdarcie było niewielkie i dobrze ukryte, w zasadzie i tak nie powinno stanowić żadnego problemu. Ale, jak pewnie już się domyśliliście, ktoś przedostał się przez nie do naszego świata. Tak, zgadza się, był to wszystkim doskonale znany Biały Królik.
A ja? Cóż, natknęłam się na niego, gdy wracał do siebie i poszłam za nim. Ot, zwykła dziecięca ciekawość. I zaczęły się problemy, choć wtedy jeszcze nikt o tym nie wiedział. Oczywiście ojciec szybko odkrył, że jakoś dostałam się tam, gdzie mnie być nie powinno. Pewnie powiecie, że nie był do końca normalny – zresztą w istocie tak było, jeśli macie jeszcze jakieś wątpliwości. W każdym razie postanowił nie ingerować i tylko swoim zwyczajem obserwował rozwój wypadków. W zasadzie później nawet się z tego wszystkiego cieszył. A dlaczego? Otóż dlatego, że spotkałam na swojej drodze niezwykłą postać – cierpiącego na coś w stylu rozdwojenia jaźni Szalonego Kapelusznika. Jak może zdążyliście się już domyślić, był to sam Charles Lutwidge Dodgson. A tak się składa – jak się później okazało – że pan ten miał słabość do małych dziewczynek… No co? Nie, nie dlatego ojciec się ucieszył, aż tak nienormalny nie był. Rzecz w tym, że szybko się zaprzyjaźniliśmy. I to właśnie moja obecność i moje przygody natchnęły Charlesa do napisania tej upragnionej przez tatuśka książki. Oczywiście już po tym, jak wróciłam „do siebie”, wcześniej nie było na to czasu.
Wiecie, jak jest z dziećmi. Po jakimś czasie zapomniałam, że byłam w Krainie Czarów, pozostały tylko dziwaczne, trudne do zinterpretowania sny. Niepokoiły mnie. Ale ojciec, wzór rodzica idealnego, gdy próbowałam z nim o tym rozmawiać, powtarzał tylko w kółko: „Tylko wariaci są coś warci”. Zrobił tylko jedną rzecz, nie przyznając się zresztą do tego. Otóż skontrolował swój świat i przezornie „załatał” wszystkie rozdarcia, pozostawiając tylko jedno przejście. Tak się jednak złożyło, że po kilku latach przypadkiem je znalazłam i znów trafiłam do Krainy Czarów. Wtedy wszystko do mnie wróciło. A na podstawie moich kolejnych przygód w tym niezwykłym świecie powstała druga książka.
Później przeczytałam obie. Były tak niesamowite, że nawet mnie samej, choć przecież wszystko to przeżyłam, trudno było uwierzyć w to, co opisywały. Ale wiecie… Byłam już starsza. I wszystko pamiętałam. Za sprawą książek wspomnienia stały się tak wyraziste, że miałam wrażenie, jakbym po raz kolejny w tym wszystkim uczestniczyła. Obudziła się we mnie tęsknota za tym przedziwnym światem i – przede wszystkim – za przyjaciółmi, których tam zostawiłam. Tak naprawdę moimi jedynymi przyjaciółmi. Postanowiłam wrócić do Krainy Czarów. Carroll, jak zwykle zainteresowany bardziej sławą niż własną córką, nie zwracał na mnie większej uwagi. Nie mógł jednak przewidzieć, co się wydarzy.
Wiecie, zapomniałam wspomnieć o pewnej istotnej rzeczy. Wśród wielu talentów, jakie posiadał ojciec, była umiejętność manipulowania czasem. Nie tylko swoim – choć fakt, żył bardzo długo, tak naprawdę sama nie wiem, jak długo dokładnie. Nie byłoby to może warte waszej cennej uwagi, gdyby nie to, że w Krainie Czarów czas płynął zupełnie inaczej niż tu, bo taki miał Carroll kaprys. Wracałam więc za każdym razem coraz starsza, a wszystko było niemal tak, jak przy ostatniej wizycie, mimo że w naszym świecie minęło kilka lat. I teraz było podobnie.
Bez trudu odnalazłam Kapelusznika. Ale tym razem miał jakiś gorszy dzień. Wiecie, od dawna zdawałam sobie sprawę, że z jego głową jest coś nie tak, ale nigdy nie było to aż tak oczywiste. No i okazało się, że problem jednak nie tkwi w jego głowie – a przynajmniej nie w takim sensie, jak zawsze mi się wydawało. To Charles w jakiś sposób zdołał chwilowo wyrwać się spod kontroli. Charles, który wszystko pamiętał i wiedział o wszystkim. To właśnie on opowiedział mi, w jaki sposób powstała Kraina Czarów. Od niego dowiedziałam się, że to Carroll sprawuje nad nią kontrolę. Wiecie, nie mieściło mi się to w głowie. Ale ufałam swojemu najlepszemu przyjacielowi, nawet jeśli cierpiał na rozdwojenie jaźni. Wiedziałam, że on by mnie nie okłamał.
Uznałam, że muszę coś z tym zrobić. Zdawałam sobie sprawę, że nie będzie możliwe zwrócenie tych ludzi światu, z którego pochodzili, przecież przeszli tak poważne zmiany, że w ogóle nie wchodziło to w grę. Ale nie mogłam pozwolić, by wciąż byli kontrolowani przez szaleńca – bo tak zaczęłam wtedy myśleć o ojcu – który równie dobrze może nagle uznać, że już go to nie kręci i po prostu zniszczyć cały świat, który sam stworzył. To było zbyt niebezpieczne. Szczerze powiedziawszy, naprawdę mnie to przerażało. Nie chciałam zwracać się przeciwko własnemu ojcu, ale zrozumiałam, że nie mam wyjścia.
Wróciłam do własnego świata, zdecydowana podjąć walkę. Zupełnie nie wiedziałam, jak się za to zabrać. Zaczęłam wertować księgi należące do Carrolla. Nie miał nic przeciwko, powiedziałam mu, że odkryłam w sobie jakiś niezwykły dar, zapewne odziedziczony po nim – zresztą później w istocie tak się stało. Przestudiowałam niemal cały księgozbiór, zanim dotarło do mnie, że jedynym pewnym sposobem na to, co zamierzałam zrobić, jest odebranie ojcu mocy. I przekopałam się przez to wszystko jeszcze raz, żeby dowiedzieć się, jak tego dokonać. Nie było to łatwe, tym bardziej, że musiałam uważać na tatuśka. Nie chciałam, żeby się zorientował, co się święci.
W końcu, po niemal dwóch latach przygotowań, postanowiłam spróbować. Stoczyłam wtedy ciężką walkę, uwierzcie. Byłam zdeterminowana – ale on, kiedy zrozumiał, co chcę zrobić, również. Poza tym brakowało mi doświadczenia, a Carroll potrafił być bezwzględny. Uratowało mnie tylko to, że nie chciał mnie skrzywdzić. W końcu jednak był moim ojcem. A mnie udało się wykorzystać jakoś moment jego nieuwagi – i osiągnęłam cel. Szczerze mówiąc do dziś nie do końca wiem, jak. Ważne, że się udało.
Co było dalej, pytacie? Cóż, kiedy przejęłam jego moc, tatuś jak gdyby nigdy nic usiadł, mnie poprosił, żebym zrobiła to samo… I zaczęliśmy rozmawiać. Tak normalnie, jak rodzina. Wypytał mnie dokładnie, dlaczego to zrobiłam i co zamierzam dalej. A potem zaczął zastanawiać się, co zrobić ze swoim życiem, skoro nagle stał się zwykłym śmiertelnikiem. Wiecie, znałam mojego ojca, ale zaskoczył mnie wtedy. Zwłaszcza kiedy uznał, że skoro nie ma już nic ciekawszego do roboty, równie dobrze może zacząć pisać książki. I tym też się zajął. Okazało się, że jest w tym całkiem niezły. Poza tym świetnie wpasował się w styl Charlesa Lutwidge’a Dodgsona. Sądzę, że nikt nie zorientował się, że kolejne książki Lewisa Carrolla nie zostały napisane przez tę samą osobę, co te pierwsze… Prawdę mówiąc ojciec już do samej śmierci zajmował się wymyślaniem nowych historii. Traktował to – sam mi to kiedyś powiedział – jak tworzenie kolejnych światów, choć nie był już do tego zdolny… Ale dość już o Carrollu. Pora kończyć tę opowieść.
Po śmierci ojca przeniosłam się na stałe do jego Krainy Czarów. Wiecie, zostałam kimś w rodzaju strażnika – kontrolowałam, czy nie tworzą się kolejne rozdarcia, żeby w razie czego je „łatać”. Ale nie otwarło się ani jedno. Myślę, że to dzięki temu, że już nikt nie bawi się tam w Pana Boga. Zostało tylko to jedno przejście… Uznałam, że czas najwyższy je zamknąć. Ale musiałam najpierw pożegnać się z tym światem… I opowiedzieć wam tę historię.
Teraz nic mnie tu już nie trzyma. Tak więc bywajcie, wracam do Krainy Czarów. I do mojego Kapelusznika. Na zawsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz