Opowiadanie, które masz przed sobą, jest wyjątkowo krótkie
- podobnie jak, niestety, wiele napisanych w tym roku. Chyba można je nazwać
tekstem ćwiczeniowym. Poza tym jest... Dziwne, wydaje mi się, że to odpowiednie
słowo. Prawdę mówiąc to jedyny fanfic, który napisałam bez konkretnego celu
(zazwyczaj się w to nie bawię, chyba że w grę wchodzi konkurs). Najzwyczajniej
w świecie, zachciało mi się sięgnąć po Alicję..., bo ją lubię. W
tekście możesz natknąć się na kilka cytatów z Alicji w Krainie Czarów
w reżyserii Tima Burtona. W zasadzie to by było na tyle. Have fun.
Nie
orientujecie się, co może łączyć gawrona i sekretarzyk?
Jestem
Alicja. Tak, TA Alicja. Wiem, co powiecie. To było do przewidzenia. Oklepany
motyw. Tyle już było odwołań, nawiązań, tyle wersji. A sama opowieść, tyle już
przecież razy wykorzystywana… Owszem, ma potencjał. Jak widać, całkiem spory.
Ale raczej nie da się już do niej wnieść niczego nowego, prawda?
Nieprawda.
Trudno byłoby dziś znaleźć kogoś, kto nie słyszałby o tej historii. Chyba każdy,
choćby jej nie poznał, przynajmniej się z nią zetknął. Albo z którymś dziełem
nią inspirowanym. Każdy kojarzy, każdy wie przynajmniej z grubsza, o co chodzi.
A jednak nikt – naturalnie poza uczestnikami dramatu – nie zaglądał za kulisy.
Nikt z was, jak przypuszczam, nie wie, jakie były okoliczności wydarzeń, które
wszyscy znają z książek. Niezależnie od tego, co sobie myślicie – możecie w to
wierzyć lub nie – ta historia jest prawdziwa. Ale wszystko wyglądało nieco
inaczej… I właśnie o tym chcę opowiedzieć. Czas najwyższy, by świat poznał całą
prawdę.
Zacznijmy
więc od podstaw. Kim był Lewis Carroll? Och, przecież wszyscy to wiedzą. To
Charles Lutwidge Dodgson, matematyk i fotograf. A także, naturalnie, poeta i
świetny pisarz. Obdarzony, o czym sami możecie się przekonać, niezwykłym
talentem i niemałą wyobraźnią. Przecież nie kto inny, ale on sam wymyślił
Krainę Czarów… Nic niezwykłego, prawda?
Nieprawda.
Lewis Carroll to coś więcej niż pseudonim artystyczny. To nazwisko człowieka,
który istniał naprawdę. Był moim ojcem. Powiem więcej, moi mili: był potężnym
czarnoksiężnikiem o wybitnym umyśle. Jego moc była niezwykła. Ciągle też starał
się ją rozwijać, dokształcać się na wszelkie możliwe sposoby. Wciąż próbował
czegoś nowego. Aż w końcu zapragnął zabawić się w Pana Boga…
Carroll
odkrył istnienie równoległego świata. Wy pewnie nazwalibyście to innym
wymiarem. Niech będzie. Podejrzewam, że takich światów jest więcej, ale skupmy
się na tym odkrytym przez mojego ojca. Nie wiem, jak do tego doszło, nie było
mnie wtedy jeszcze, ale mniejsza z tym, nie odbiegajmy od tematu…
Ten
świat miał potencjał. Ale był pusty. Carroll uznał go więc za idealne miejsce
dla swoich celów. Zaczął wprowadzać w nim zmiany i kreować go według własnego
widzimisię… Magia to nie taka prosta sprawa. Nie da się stworzyć czegoś z
niczego, można jedynie przekształcać. Tak więc tatuś brał przedmioty z naszego
świata, kształtował je po swojemu i umieszczał w tym… Innym wymiarze, tak? Ale
trochę w tym wszystkim pobłądził. Bo wkrótce zaczęło mu być tego mało. Stworzył
niesamowitą krainę, to fakt – ale czymże jest taka kraina, jeśli nikt jej nie
zamieszkuje? Mógł umieścić tam zwierzęta… Ale to nie to. Według jego planu
każda istota miała być obdarzona ludzkimi cechami. Zaczął więc porywać ludzi.
Przy czym pracował nie tylko nad ich wyglądem. Wprowadzał tak poważne zmiany w
ich osobowości czy sposobie myślenia, że zapominali kim są, skąd pochodzą.
Każda umieszczona w jego świecie postać miała swoją historię, podobnie jak cała
kraina. Co więcej, wszyscy byli przekonani, że historie te są prawdziwe. W
końcu przechodzili pranie mózgu… I tak właśnie powstała Kraina Czarów. W
międzyczasie pojawiłam się jeszcze ja. Ojciec od samego początku wychowywał
mnie sam, nigdy nie poznałam matki. Nie wiem nawet, kim była. A kto wie, może
to nawet jedna z jego postaci…
Kiedy
już zakończył się proces twórczy, Carroll zabawiał się obserwowaniem
wszystkiego, co działo się w jego świecie. No wiecie, to było coś jak program w
waszej telewizji. Tyle że na żywo. I, ogólnie rzecz biorąc, bez żadnego scenariusza.
Nie mógł się doczekać, kiedy dorosnę na tyle, by mógł pokazać mi swoje dzieło.
Chciał się nim z kimś podzielić, pochwalić się… Ale wciąż byłam za mała, by
zrozumieć. A jego aż rozsadzało. Obsesyjnie myślał o tym, że musi coś zrobić,
by świat dowiedział się o jego Krainie Czarów, a ludzie poznali jego nazwisko.
I na zawsze je zapamiętali. W końcu znalazł się i na to sposób.
W
tym miejscu właśnie wkracza na scenę Charles Lutwidge Dodgson. Carroll długo
bowiem szukał osoby, która odpowiadałaby jego zamysłowi. A Charles nadawał się
idealnie. Nie tylko był wykształcony, ale też utalentowany. Co istotne,
potrafił dobrze pisać. Ojciec zabrał się więc do dzieła, by wprowadzić do
Krainy Czarów ostatnią postać. Tym razem wyglądało to nieco inaczej. Procesy,
którym obiekt był poddawany, nie unicestwiły całkowicie jego własnego „ja”, jak
we wszystkich poprzednich przypadkach. Zostało ono jedynie zniewolone i
zdominowane przez nową osobowość – czas jednak pokazał, że nie tak do końca.
Chodziło o to, by móc kontrolować prawdziwego Dodgsona, który wciąż siedział
gdzieś tam w środku. Zamysł był taki, by zmusić go do opisania Krainy Czarów, a
później wydać to pod nazwiskiem Lewisa Carrolla.
Jak
sami możecie się przekonać, o ile już tego nie zrobiliście, eksperyment ojca się
powiódł… Częściowo. Bo jednak nie wszystko poszło tak całkiem zgodnie z planem…
W założeniu miało istnieć tylko jedno przejście do Krainy Czarów – to, dzięki
któremu odkrył istnienie tamtego świata – kontrolowane przez niego. Ale
przez liczne eksperymenty utworzyło się kolejne rozdarcie, o którym nie miał
pojęcia – do czasu. Rozdarcie było niewielkie i dobrze ukryte, w zasadzie i tak
nie powinno stanowić żadnego problemu. Ale, jak pewnie już się domyśliliście,
ktoś przedostał się przez nie do naszego świata. Tak, zgadza się, był to
wszystkim doskonale znany Biały Królik.
A ja? Cóż, natknęłam
się na niego, gdy wracał do siebie i poszłam za nim. Ot, zwykła dziecięca
ciekawość. I zaczęły się problemy, choć wtedy jeszcze nikt o tym nie wiedział.
Oczywiście ojciec szybko odkrył, że jakoś dostałam się tam, gdzie mnie być nie
powinno. Pewnie powiecie, że nie był do końca normalny – zresztą w istocie tak
było, jeśli macie jeszcze jakieś wątpliwości. W każdym razie postanowił nie
ingerować i tylko swoim zwyczajem obserwował rozwój wypadków. W zasadzie
później nawet się z tego wszystkiego cieszył. A dlaczego? Otóż dlatego, że
spotkałam na swojej drodze niezwykłą postać – cierpiącego na coś w stylu
rozdwojenia jaźni Szalonego Kapelusznika. Jak może zdążyliście się już domyślić,
był to sam Charles Lutwidge Dodgson. A tak się składa – jak się później okazało
– że pan ten miał słabość do małych dziewczynek… No co? Nie, nie dlatego ojciec
się ucieszył, aż tak nienormalny nie był. Rzecz w tym, że szybko się
zaprzyjaźniliśmy. I to właśnie moja obecność i moje przygody natchnęły Charlesa
do napisania tej upragnionej przez tatuśka książki. Oczywiście już po tym, jak
wróciłam „do siebie”, wcześniej nie było na to czasu.
Wiecie, jak jest z
dziećmi. Po jakimś czasie zapomniałam, że byłam w Krainie Czarów, pozostały
tylko dziwaczne, trudne do zinterpretowania sny. Niepokoiły mnie. Ale ojciec,
wzór rodzica idealnego, gdy próbowałam z nim o tym rozmawiać, powtarzał tylko w
kółko: „Tylko wariaci są coś warci”. Zrobił tylko jedną rzecz, nie przyznając
się zresztą do tego. Otóż skontrolował swój świat i przezornie „załatał”
wszystkie rozdarcia, pozostawiając tylko jedno przejście. Tak się jednak
złożyło, że po kilku latach przypadkiem je znalazłam i znów trafiłam do Krainy
Czarów. Wtedy wszystko do mnie wróciło. A na podstawie moich kolejnych przygód
w tym niezwykłym świecie powstała druga książka.
Później przeczytałam
obie. Były tak niesamowite, że nawet mnie samej, choć przecież wszystko to
przeżyłam, trudno było uwierzyć w to, co opisywały. Ale wiecie… Byłam już
starsza. I wszystko pamiętałam. Za sprawą książek wspomnienia stały się tak
wyraziste, że miałam wrażenie, jakbym po raz kolejny w tym wszystkim uczestniczyła.
Obudziła się we mnie tęsknota za tym przedziwnym światem i – przede wszystkim –
za przyjaciółmi, których tam zostawiłam. Tak naprawdę moimi jedynymi
przyjaciółmi. Postanowiłam wrócić do Krainy Czarów. Carroll, jak zwykle
zainteresowany bardziej sławą niż własną córką, nie zwracał na mnie większej
uwagi. Nie mógł jednak przewidzieć, co się wydarzy.
Wiecie, zapomniałam
wspomnieć o pewnej istotnej rzeczy. Wśród wielu talentów, jakie posiadał
ojciec, była umiejętność manipulowania czasem. Nie tylko swoim – choć fakt, żył
bardzo długo, tak naprawdę sama nie wiem, jak długo dokładnie. Nie byłoby to
może warte waszej cennej uwagi, gdyby nie to, że w Krainie Czarów czas płynął
zupełnie inaczej niż tu, bo taki miał Carroll kaprys. Wracałam więc za każdym razem
coraz starsza, a wszystko było niemal tak, jak przy ostatniej wizycie, mimo że
w naszym świecie minęło kilka lat. I teraz było podobnie.
Bez trudu odnalazłam
Kapelusznika. Ale tym razem miał jakiś gorszy dzień. Wiecie, od dawna zdawałam
sobie sprawę, że z jego głową jest coś nie tak, ale nigdy nie było to aż tak
oczywiste. No i okazało się, że problem jednak nie tkwi w jego głowie – a przynajmniej
nie w takim sensie, jak zawsze mi się wydawało. To Charles w jakiś sposób
zdołał chwilowo wyrwać się spod kontroli. Charles, który wszystko pamiętał i
wiedział o wszystkim. To właśnie on opowiedział mi, w jaki sposób powstała
Kraina Czarów. Od niego dowiedziałam się, że to Carroll sprawuje nad nią
kontrolę. Wiecie, nie mieściło mi się to w głowie. Ale ufałam swojemu
najlepszemu przyjacielowi, nawet jeśli cierpiał na rozdwojenie jaźni.
Wiedziałam, że on by mnie nie okłamał.
Uznałam, że muszę coś z
tym zrobić. Zdawałam sobie sprawę, że nie będzie możliwe zwrócenie tych ludzi
światu, z którego pochodzili, przecież przeszli tak poważne zmiany, że w ogóle
nie wchodziło to w grę. Ale nie mogłam pozwolić, by wciąż byli kontrolowani
przez szaleńca – bo tak zaczęłam wtedy myśleć o ojcu – który równie dobrze może
nagle uznać, że już go to nie kręci i po prostu zniszczyć cały świat, który sam
stworzył. To było zbyt niebezpieczne. Szczerze powiedziawszy, naprawdę mnie to
przerażało. Nie chciałam zwracać się przeciwko własnemu ojcu, ale zrozumiałam,
że nie mam wyjścia.
Wróciłam do własnego
świata, zdecydowana podjąć walkę. Zupełnie nie wiedziałam, jak się za to
zabrać. Zaczęłam wertować księgi należące do Carrolla. Nie miał nic przeciwko,
powiedziałam mu, że odkryłam w sobie jakiś niezwykły dar, zapewne odziedziczony
po nim – zresztą później w istocie tak się stało. Przestudiowałam niemal cały
księgozbiór, zanim dotarło do mnie, że jedynym pewnym sposobem na to, co
zamierzałam zrobić, jest odebranie ojcu mocy. I przekopałam się przez to
wszystko jeszcze raz, żeby dowiedzieć się, jak tego dokonać. Nie było to łatwe,
tym bardziej, że musiałam uważać na tatuśka. Nie chciałam, żeby się
zorientował, co się święci.
W końcu, po niemal
dwóch latach przygotowań, postanowiłam spróbować. Stoczyłam wtedy ciężką walkę,
uwierzcie. Byłam zdeterminowana – ale on, kiedy zrozumiał, co chcę zrobić,
również. Poza tym brakowało mi doświadczenia, a Carroll potrafił być
bezwzględny. Uratowało mnie tylko to, że nie chciał mnie skrzywdzić. W końcu
jednak był moim ojcem. A mnie udało się wykorzystać jakoś moment jego nieuwagi
– i osiągnęłam cel. Szczerze mówiąc do dziś nie do końca wiem, jak. Ważne, że
się udało.
Co było dalej, pytacie?
Cóż, kiedy przejęłam jego moc, tatuś jak gdyby nigdy nic usiadł, mnie poprosił,
żebym zrobiła to samo… I zaczęliśmy rozmawiać. Tak normalnie, jak rodzina.
Wypytał mnie dokładnie, dlaczego to zrobiłam i co zamierzam dalej. A potem
zaczął zastanawiać się, co zrobić ze swoim życiem, skoro nagle stał się zwykłym
śmiertelnikiem. Wiecie, znałam mojego ojca, ale zaskoczył mnie wtedy. Zwłaszcza
kiedy uznał, że skoro nie ma już nic ciekawszego do roboty, równie dobrze może
zacząć pisać książki. I tym też się zajął. Okazało się, że jest w tym całkiem
niezły. Poza tym świetnie wpasował się w styl Charlesa Lutwidge’a Dodgsona.
Sądzę, że nikt nie zorientował się, że kolejne książki Lewisa Carrolla nie
zostały napisane przez tę samą osobę, co te pierwsze… Prawdę mówiąc ojciec już
do samej śmierci zajmował się wymyślaniem nowych historii. Traktował to – sam
mi to kiedyś powiedział – jak tworzenie kolejnych światów, choć nie był już do
tego zdolny… Ale dość już o Carrollu. Pora kończyć tę opowieść.
Po śmierci ojca
przeniosłam się na stałe do jego Krainy Czarów. Wiecie, zostałam kimś w rodzaju
strażnika – kontrolowałam, czy nie tworzą się kolejne rozdarcia, żeby w razie
czego je „łatać”. Ale nie otwarło się ani jedno. Myślę, że to dzięki temu, że
już nikt nie bawi się tam w Pana Boga. Zostało tylko to jedno przejście…
Uznałam, że czas najwyższy je zamknąć. Ale musiałam najpierw pożegnać się z tym
światem… I opowiedzieć wam tę historię.
Teraz nic mnie tu już
nie trzyma. Tak więc bywajcie, wracam do Krainy Czarów. I do mojego
Kapelusznika. Na zawsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz