Opowiadanie, które masz przed sobą, wciąż chyba jest
jednym z moich ulubionych. Nigdy bym nie pomyślała, że takie romansidło może mi
tak wyjść... A jednak. Powstało po przeczytaniu Złodziejki książek
Markusa Zusaka, która w pewnym sensie była inspiracją. Ale o tym przekonasz się
osobiście - o ile wiesz, o czym mowa. Jeśli nie, gorąco polecam tę książkę,
zresztą film podobno też jest niezły. Tak czy siak, zapraszam do lektury.
Towarzyszył mi, odkąd tylko
pamiętam. Zawsze padał na ludzi, za którymi podążałam. Z reguły nie przynosiło
im to nic dobrego, jeśli przyjąć ich punkt widzenia. Nie potrafię tego
zrozumieć – owszem, nierzadko koniec przychodził niespodziewanie, w niezbyt
przyjemnych okolicznościach. Jednak gdy było już po wszystkim, ogarniał ich
spokój, którego zawsze pragnęli, do którego dążyli, a oni najczęściej zapominali,
w jaki sposób znaleźli się po drugiej stronie. Czy może być w tym coś złego?
Często próbowali mi się wymknąć. Nie wiedzieli tylko, że gdy mój Cień spowił
ich niczym całun, było już na to o wiele za późno.
Właściwie
to nigdy go nie lubiłam. Wzbudzał strach, zamiast być moim sprzymierzeńcem.
Kiedy wreszcie ich doganiałam, widziałam to w ich oczach. Bali się, zamiast
oczekiwać mnie z radością, jak przystało na starych przyjaciół, w pogoni za
którymi przemierzyło się pół świata, aby jedynie przez krótką chwilę spojrzeć w
ich oczy i ujrzeć uśmiech na twarzy…
Może
was to przeraża. Na świecie jest tyle zła, bólu, cierpienia, że może nie
chcecie wysłuchać kolejnej historii starej, poczciwej Śmierci. W końcu kiedyś i
tak każdy z was napisze własną opowieść… Ta jednak jest inna. Mówi o chłopcu,
który zdołał mi umknąć.
Nasze
ścieżki skrzyżowały się już w dniu, gdy zawitał na świat. Do jego matki
przyszłam, gdy tylko rozpoczął się poród. Okropnie cierpiała, jednak nie mogłam
jej pomóc. Dziecko miało przeżyć, musiałam więc czekać. Ujęłam ją za rękę i
stałam przy niej, odpędzając złowrogi Cień. Nie chciałam widzieć strachu w tych
gasnących oczach, które mimo bólu wypełniała miłość do maleństwa.
Gdy
już zabrałam biedną duszę kobiety, wróciłam do sierocińca. Dziecko było słabe,
balansowało na cienkiej granicy między życiem a śmiercią. Przekroczywszy próg
ubogiego domostwa, z niechęcią skierowałam się ku chłopcu. Wiedziałam, że nic
tu po mnie. Nie został naznaczony Cieniem Śmierci.
Podeszłam
do kołyski, przy której nikt nie czuwał. Wielkie było moje zaskoczenie, gdy
dzieciak otworzył szeroko oczęta złociste niczym miód i spojrzał wprost na mnie
z uśmiechem. Dawno nie spotkałam się z tak radosnym przyjęciem. Wyciągnął do
mnie rączki. Nie mogłam go zabrać, czułam, jak coś wypycha mnie na zewnątrz.
Popatrzyłam jeszcze przez chwilę w jego błyszczące oczy, położyłam na jego
czole dłoń w geście błogosławieństwa i wyszłam. Może nie powinnam tego robić.
Ten prosty odruch nierozerwalnie związał losy chłopca z moimi. Zostaliśmy
przyjaciółmi… Choć żadne z nas jeszcze o tym nie wiedziało.
Chłopiec
rósł jak inne dzieci. W sierocińcu się nie przelewało, a prowadzące go siostry
trzymały żelazną dyscyplinę. Miał jednak namiastkę rodziny, a przede wszystkim
własny kąt. Często go odwiedzałam, zbierając śmiertelne żniwo w mieście, a
nawet wśród sierot, z którymi mieszkał. Nieustannie zadziwiał mnie spokój i
opanowanie Robina – bo takie imię mu nadano. Był słodki, zawsze posłuszny. Co
dziwne, nie miał żadnych przyjaciół, choć zarówno starsi, jak i młodsi wprost
za nim przepadali. Gdy był w pobliżu, nawet najgorsze łobuzy stawały się
potulne niczym baranki. Dzieci garnęły się do niego.
Niestety,
coś się wydarzyło, gdy Robin miał dziesięć lat… Pewnego wieczoru, gdy już
pogaszono światła i niemal wszyscy już zasnęli, o kilka lat starszy chłopak
imieniem Todd wymknął się ze wspólnej sypialni. Robin to zauważył. Poszedł za
nim, pełen obaw. Szli tak ciemnym korytarzem, aż w końcu Todd zatrzymał się
przed drzwiami przełożonej sierocińca. Zapukał delikatnie. Gdy się uchyliły,
stojąca w nich siostra była w szlafroku, nie wyglądało jednak na to, by spała,
zanim przyszedł. Wychyliła się na zewnątrz, by się rozejrzeć – na szczęście
Robin zdążył się ukryć – i wciągnęła sierotę do środka. Zamykając pokój,
powiedziała do niego:
-
Dobrze, że przyszedłeś. Udowodniłeś, jak rozsądnym chłopcem jesteś. Będziemy
mogli zapomnieć o twoim wybryku, jeśli dzisiaj dobrze się spiszesz.
Zszokowany
Robin wrócił do sypialni. Biedne, niewinne dziecko, nie powinien być świadkiem
czegoś takiego. Nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co robi, szybko ubrał
się w najcieplejsze rzeczy, jakie miał. Następnie zakradł się do kuchni, by
wziąć trochę jedzenia, które zawinął w czystą szmatkę, chwycił swój płaszcz…
Wtedy dopiero się zatrzymał, by zastanowić się nad tym, co zamierza.
Przemyślawszy wszystko porządnie, zszedł do piwnicy i uciekł przez małe okienko
w pralni, które zawsze było otwarte. Zwinnie przelazł przez płot na sąsiednią
posesję i wybiegł na ulicę. Sądzę, że zrobił to głównie po to, by nie musieć
przechodzić pod uchylonym oknem siostry przełożonej
Chłopiec
biegł przed siebie, póki starczyło mu sił. Potem przysiadł na chwilę w ciemnym
zaułku, by odetchnąć. Złote oczy dziwnie pociemniały, po policzkach spływały łzy.
Serce waliło mu tak mocno, że bał się, czy ktoś go nie usłyszy. W środku nocy
jednak miasteczko było ciche i puste. Postanowił, że musi z niego uciec.
Obawiał się, że jeśli go tu złapią, każą mu wrócić. Nigdy nie był karany, ale
kto wie, co może zrobić siostra przełożona…
Ruszył
w dalszą drogę. Nie bardzo wiedział, dokąd ma iść, chciał jedynie opuścić to
miejsce. Poruszał się zaskakująco cicho, nie wywoływał nawet najlżejszego
szmeru czy szelestu. Szedł szybko, kryjąc się pod ścianami budynków. Unikał plam
światła wokół nielicznych latarni.
Cały
czas podążałam za nim. Coś mnie do tego zmuszało. Wyszliśmy w końcu z miasta.
Szłam powoli obserwując drobnego chłopca przed sobą. Był bardzo szczupły.
Czarne jak noc włosy opadały mu falami na ramiona. Były ciut za długie jak na
mój gust, ale kto by chciał konsultować się ze Śmiercią w sprawach wyglądu…
Nikt z żywych przecież mnie nie widział. Nikt, poza małym, złotookim
niemowlęciem. Ciekawe, czy mnie pamięta, pomyślałam.
Tej
nocy byłam jego cieniem. Jednocześnie uważnie rozglądałam się za własnym, który
na szczęście ani myślał wyciągać swoje paskudne łapy w stronę mojego chłopca.
Cieszyłam się z tego jak jeszcze nigdy wcześniej. Z radością przyjęłam nową
rolę, jaką mi wyznaczono. Przez moment dane mi było poczuć się nie jak widmo
niosące śmierć, lecz niczym dobra, piękna istota, czuwająca nad bezpieczeństwem
małego dziecka. Byłam jak anioł stróż.
Robin
przerwał swój marsz dopiero koło południa następnego dnia. Dotarliśmy do
jakiejś ubogiej wioski, w której stało sporo zaniedbanych, sypiących się
drewnianych chat. Był tam za to tylko jeden obskurny sklepik. Minąwszy go,
znaleźliśmy się w ponurym zaułku. Chłopiec był bardzo zmęczony. Jeszcze nigdy
nie szedł tak długo – siostry praktycznie nie wypuszczały ich poza obręb
sierocińca dalej niż do małego kościółka przy tej samej ulicy – nie miał więc
siły nawet na to, żeby coś zjeść. Po prostu ułożył się na stercie
przemokniętych kartonów, pochodzących zapewne ze sklepu obok, zwinął się w
kłębek i już po chwili zapadł w sen. Posiedziałam przy nim trochę i ruszyłam w
drogę. Jak zwykle, miałam sporo pracy. Obiecałam sobie, że będę przy nim tak
często, jak tylko się da i opuściłam zaułek.
Przechodząc
ponownie obok sklepiku, zauważyłam z niemałym zaskoczeniem, że po brudnej
szybie, za którą nie było wystawy, przemyka moje odbicie. Nigdy jeszcze się to
nie zdarzyło. Zatrzymałam się. Chciałam przyjrzeć się sobie. Po raz pierwszy
miałam taką okazję i nie zamierzałam jej zmarnować, ponieważ tak naprawdę wcale
nie byłam pewna, jak wyglądam. Z okna spoglądała na mnie mniej więcej
szesnastoletnia dziewczyna w białej szacie. Miała długie do pasa kręcone włosy
w kolorze białego złota. Choć wyglądała na młodą, jej wiek zdradzały czarne,
głębokie niczym studnie oczy. Oczy, które widziały już wszystko. Oczy Śmierci.
Odznaczały się wyraźnie na tle gładkiej, bladej skóry. Stwierdziłam wtedy, że
jestem nawet ładna. To zabawne, pomyślałam później. Ludzie niemal zawsze
przedstawiają mnie jako okrutnego kościotrupa, spowitego w czarną szatę z
kapturem, z kosą w ręce. Nieźle się muszą dziwić, gdy wreszcie mogą mnie
ujrzeć.
W
końcu, chyba po raz pierwszy od dawna tak szeroko uśmiechnięta, ruszyłam swoją
drogą, w ślad za nienasyconym Cieniem. Co ciekawe, moje odbicie zostało na
miejscu, śledząc mnie wzrokiem, póki nie zniknęłam za rogiem.
***
Gdy wreszcie miałam chwilę
wytchnienia, wróciłam do tamtego zaułka. Sama nie wiem, dlaczego. Przecież
wiedziałam, że go już tam nie będzie. I nie miałam pojęcia, gdzie go szukać.
Cieszyło mnie to, bo przynajmniej już nie zagrażał mu mój Cień. Z drugiej
strony było mi smutno. Coraz bardziej przywiązywałam się do tego niezwykłego
dzieciaka. Gdy o nim myślałam, budziła się we mnie dziwna tęsknota – za normalnym
życiem, którego smaku nigdy nie poznałam. Czy to nie niezwykłe? Sami pomyślcie
– Śmierć, monstrum, przed którym drżą nawet najodważniejsi, chciałaby żyć tak,
jak wy… To sprawiało, że było mi jeszcze trudniej. Znów ruszyłam w świat, z
niechęcią wykonując moją pracę. Owszem, nigdy nie sprawiał mi ona przyjemności,
ale jeszcze nie zdarzyło mi się myśleć w taki sposób.
***
Robin żył na ulicy. Był ciągle w
ruchu, wędrował po miastach i wioskach. W każdym miejscu zostawał tak długo,
jak tylko miał odwagę. Jednak gdy tylko pojawiało się niebezpieczeństwo, gdy
ktoś zaczynał się nim zbytnio interesować, ruszał w dalszą drogę. Wiedział, że
gdyby go złapali, odesłaliby go do sierocińca. Nie chciał tam wracać. Nie
obawiał się kary, ale nie mógł pogodzić się z tym, co się tam dzieje. Chodził
więc po świecie, nie mogąc znaleźć swojego miejsca. Mijały miesiące, potem
lata, a on wciąż podróżował. Czasem go spotykałam, czasem nawet szłam z nim,
zmagając się z coraz silniejszym uczuciem tęsknoty. Bywały takie dni, kiedy z
trudem powstrzymywałam się, by do niego nie podejść. Pragnęłam zwykłej rozmowy.
Nie rozumiałam, co się ze mną dzieje…
Im chłopak był starszy, tym szybciej
musiał opuszczać kolejne miejsca. Coraz bardziej zwracał na siebie uwagę. A
żeby przeżyć, musiał kraść. Był w tym dobry, ale jego niespotykana uroda
wszystko utrudniała. Nieraz zdarzało się, że głodował całymi dniami.
Życie
na ulicy go zahartowało, dobrze dawał sobie radę. Najbardziej zaskoczył mnie w
wieku piętnastu lat. Przyłapałam go na bójce. Nie mogłam w to uwierzyć. Mój
Złoty Chłopiec, uosobienie dobroci, oaza spokoju – bił się ze starszym
chłopakiem, który chciał przepędzić go ze „swojej” ulicy. Najciekawsze, że
Robin, niższy, szczuplejszy, wcale nie ustępował tamtemu pola. Powinnam już
iść, ale uparcie zwlekałam. Chciałam zobaczyć, jak się to potoczy. W końcu
napastnik się zmęczył. Ciężko opadł na ziemię, patrząc wyzywająco na Robina, na
którego twarzy nie było wrogości. Podał rękę tamtemu i pomógł mu wstać, a potem
po prostu odwrócił się i odszedł. Niezwykły chłopak…
Szczęście
uśmiechnęło się do mojego przyjaciela, gdy miał szesnaście lat. Nie jestem
pewna, ale sądzę, że tego dnia miał akurat urodziny… W każdym razie dotarł
wtedy do miasta na tyle dużego, iż uznał, że może w nim zostać jakiś czas, nie
rzucając się zbytnio w oczy. W dzień targowy postanowił pokręcić się między
straganami. Było tak duże zamieszanie, że bez trudu powinien zdobyć jakieś
jedzenie. Akurat przyglądał się owocom, gdy poczuł, że ktoś delikatnie położył
mu rękę na ramieniu.
-
Przepraszam, chłopcze – zagadnęła go malutka starowinka. – Mógłbyś mi pomóc?
Nie
czekając na odpowiedź wepchnęła mu w ręce kilka sporych paczek. Z początku był
tak zaskoczony, że o mało nie zgubił kobieciny w tłumie. Popędził za nią,
przeciskając się między ludźmi. Oczywiście nie przyszło mu nawet do głowy, że
mógłby uciec z zakupami. Był złodziejem z przymusu, ale miał dobre serce. Nie
potrafiłby nikomu odmówić pomocy. Dogonił staruszkę. W końcu wyszli z targu.
Dopiero po jakimś czasie zorientował się, że kobieta chce opuścić miasto.
- Dokąd
idziemy?
Myślał,
że go nie usłyszała i już miał głośniej powtórzyć pytanie, gdy padła odpowiedź.
-
Do domu. Mieszkamy w wiosce, pół dnia drogi stąd.
-
Przepraszam, ale nie wiem, czy…
-
Obiecałeś, że mi pomożesz.
Robin
umilkł, speszony. Nie miał pojęcia, jak powiedzieć tej staruszce, że nie może z
nią iść. Z drugiej jednak strony… Przecież i tak nie miał domu, więc bez
różnicy było, gdzie będzie się szwendał. Poza tym nie mógł jej tak zostawić.
Sama sobie nie poradzi, a tutaj nie znajdzie już nikogo, kto mógłby ponieść za
nią zakupy. A kto wie, może nawet dostanie coś do jedzenia?
Szli
bardzo długo. Nie mógł wyjść z podziwu. Ta kobieta miała pewnie z siedemdziesiąt
lat, a mimo to nie widać po niej było zmęczenia. Owszem, poruszała się powoli,
ale nie zatrzymała się ani razu. Jak na swój wiek była niezwykle wytrzymała. A
na dodatek spostrzegawcza. Chyba zauważyła, że chłopak jej się przygląda, bo
zagadnęła go:
-
Jak masz na imię, chłopcze?
-
Robin, proszę pani.
-
Proszę pani – Staruszka skrzywiła się i prychnęła pogardliwie. – Wszyscy, nawet
mój własny syn, mówią mi „Babciu”, więc dlaczego ty nie możesz? – Zmierzyła go
tak przenikliwym spojrzeniem, że po plecach przebiegły mu ciarki.
-
Chyba nie powinienem pani… - Znów to spojrzenie. – Babciu. – Po raz kolejny
skapitulował.
- „Pani
Babciu”? Jeszcze lepiej! – Jej ochrypły śmiech zabrzmiał niemal złowieszczo,
jednak w tym momencie wydała się całkiem sympatyczna. Uśmiech rozjaśnił całą
jej twarz, a w oczach rozbłysły wesołe iskierki. Zastanowiła się chwilę i
zaczęła mówić – Nigdy wcześniej cię nie widziałam. A żyję tu już całkiem długo.
– Mrugnęła do niego. – Skąd jesteś? Jak się tu znalazłeś? Jesteś sierotą,
prawda? – Zaczęła zasypywać go gradem pytań.
-
Tak. Cóż… No więc…
-
Uciekłeś? – Zaśmiała się, gdy zrobił wystraszona minę. – Starej kobiety tak
łatwo nie oszukasz. Na pierwszy rzut oka widać, że jesteś przybłędą, żyjesz na
ulicy. Nie martw się, chcę tylko poznać prawdę.
Sam
nie wiedział, dlaczego, ale jej uwierzył. Zanim zdążył się zastanowić,
opowiedział jej o sobie wszystko. Pominął tylko moją obecność w swoim na życiu.
Tak mi się przynajmniej wydaje…
Około
południa dotarli do niewielkiej wioski. Babcia – od tej chwili nawet w myślach
nie śmiał nazwać jej inaczej – zaprowadziła go do domu nad rzeką. Nie był
bardzo duży, ale się wyróżniał. Całe obejście było utrzymane we wzorowym
porządku. Weszli do domu i skierowali się do kuchni, po której krzątała się pulchna,
rumiana gospodyni w lśniącym białym fartuchu. Blond włosy miała starannie
zaczesane w kok. Poruszała się energicznie, pogwizdując pod nosem.
-
Cóż to, Babciu, kogo mi tu znowu przyprowadziliście? – Robina aż zamurowało.
Jak to „znowu”?
-
A co, sama miałam dźwigać te twoje toboły? – Głos starszej kobiety był nieco
gderliwy. – Potrzebowałam pomocy, to i znalazłam.
-
Zawsze się tak tłumaczycie. – Kobieta błysnęła uśmiechem do chłopaka. – Jak ci
na imię?
-
Robin.
Gospodyni
wyjęła mu z rąk zakupy i odstawiła na stół, po czym przyjrzała mu się
krytycznie, obszedłszy go wokół.
-
Jesteś strasznie chudy! – krzyknęła z autentyczną zgrozą. – A do tego jaki
brudny! Babciu, czy wyście go z rynsztoka wyciągnęli? Nie do wiary – mruknęła
do siebie, po czym zwróciła się znów do chłopaka – Nakarmię cię, niepodobna,
żeby było inaczej, przecież cię tak nie wypuszczę… Ale najpierw marsz do mycia!
Bezceremonialnie
pchnęła chłopca w stronę drzwi. Zaskoczyła go jej siła. Posłusznie poszedł za
nią. Choć była o głowę od niego niższa, budziła respekt swoją stanowczością.
Zaprowadziła go do łaźni i przygotowała mu kąpiel, po czym wyszła, napomykając
coś o świeżym ubraniu. Przez moment Robin stał, nie bardzo wiedząc, co ze sobą
zrobić. Ruszył się dopiero, gdy kobieta głośno zapukała do drzwi i krzyknęła:
-
Masz mi się tam porządnie wyszorować! A koło drzwi czeka na ciebie ubranie.
Może być ciut za szerokie… – Reszta jej słów utonęła w głośnym plusku, gdy
chłopak wskoczył do wody. Zrobił to z prawdziwą przyjemnością, długo już nie miał
okazji się kąpać.
Gdy
wreszcie wrócił do kuchni, czuł się o niebo lepiej, choć ubranie rzeczywiście
na nim wisiało. Na dodatek na stole czekała już na niego wielka miska pachnącej
apetycznie zupy i spory kawał chleba. Usiadł i pod czujnym okiem zadowolonej
gospodyni w mig pochłonął wszystko. Smakowało mu niesamowicie. Gdy skończył i
chciał podziękować, kobieta z uśmiechem podała mu jeszcze trochę duszonego
mięsa z jarzynami. Nawet nie wiedział, że jest w stanie aż tyle w siebie
upchnąć, o czym właśnie się przekonał.
-
Musiałeś być okropnie głodny – zagadnęła go.
-
Prawdę mówiąc, nie miałem nic w ustach od dwóch dni.
-
Dwa dni? Biedactwo! Jesteś sierotą? Nie masz domu?
-
Moja matka podobno zmarła przy porodzie, o ojcu nic nie wiem.
-
Więc gdzie się podziewałeś? – Zauważył w jej oczach dziwny błysk. Tylko mnie
nie wydaj, pomyślał, a na głos powiedział:
-
Mieszkałem w sierocińcu, ale z niego uciekłem. – Znów opowiedział całą
historię. Nie wiedział, co kazało mu zaufać tym przecież całkiem obcym
kobietom.
Ledwie
zaczął mówić, gdy do kuchni wszedł mężczyzna. Był mniej więcej tego wzrostu co
Robin, lecz znacznie szerszy w ramionach. Mocno umięśniony, choć nieco otyły,
widać było po nim, że ciężko pracuje. Usiadł naprzeciw chłopaka i w milczeniu przysłuchiwał
się jego słowom. Robin domyślił się, że to mąż gospodyni po tym, jak z
czułością ujął jej dłoń, gdy zaczęła płakać, patrząc na niego z
niedowierzaniem.
-
Gdzie ten sierociniec? – Zapytał, gdy chłopak skończył opowieść.
-
Nie wiem. Daleko. Od sześciu lat błąkam się po świecie…
-
Nie może tak być! – zagrzmiał. Potem, już łagodnie, zwrócił się do żony i
swojej matki. – Przygarnijmy chłopaka. Nie miał lekko w życiu. A my i tak
dzieci nie mamy. Ktoś musi przejąć winnicę…
Początkowo
gospodyni tylko wpatrywała się w męża wciąż mokrymi oczyma. Nagle rzuciła mu
się na szyję i uściskała go mocno, pytając jednocześnie:
-
Robinie, czy chcesz z nami zostać?
Zaskoczony
chłopak spojrzał na Babcię, która krótko skinęła głową.
-
Bardzo bym chciał, ale… - Nie zdołał dokończyć, teraz z kolei on dostał się w
potężny uścisk.
-
Więc od teraz będziesz dla nas jak syn.
-
A ja wreszcie doczekałam się wnuka – zagdakała staruszka i ukradkiem otarła
oczy.
***
Jak mówiłam, szczęście uśmiechnęło
się do chłopaka. Zyskał dom i rodzinę. Ale to jeszcze nie koniec historii.
Robin mieszkał u winiarza ponad rok,
gdy do wioski nadciągnęła zaraza. Trwała krótko, ale zebrała obfite żniwo.
Miałam tam dużo roboty. Chodziłam od domu do domu, bez chwili wytchnienia. Nie
miałam czasu odwiedzić mojego przyjaciela, zobaczyć, jak sobie radzi…
Aż
pewnej nocy coś zaczęło mnie ciągnąć do domu winiarza. Wiedziałam, co to
oznacza. Nie chciałam tam iść. Nie mogłabym zburzyć ich szczęścia. Mój chłopiec
miał go w życiu tak niewiele… Broniłam się, jak mogłam. W końcu jakimś cudem
udało mi się dotrzeć do małego zagajnika nad rzeką, gdzie Robin uwielbiał
przychodzić. Usiadłam na kamieniu pod drzewem. Poczułam, jak oczy mnie pieką.
Gdy uniosłam dłoń do twarzy, dotarło do mnie, że jest mokra od łez.
Niesamowite, jeszcze nigdy nie płakałam. Zaczęłam krzyczeć:
-
Nie zrobię tego! Nie potrafię!
Nagle
poraziło mnie światło bielsze od szaty, w którą byłam odziana. Rozejrzałam się,
ale było tak jasno, że nic nie widziałam. Nie miałam pojęcia, co się dzieje.
Zamknęłam oczy i wtedy w mojej głowie odezwał się tajemniczy głos:
-
Nie wykonałaś zadania. Nie możesz być Śmiercią.
-
Więc co się ze mną stanie? A co będzie z ludźmi? Przestaną umierać? – zapytałam.
Nie doczekałam się jednak odpowiedzi.
***
Leżałam na czymś miękkim. Nad sobą
widziałam tylko sufit. Przez zasłonięte okno dostawało się przytłumione
światło. Jęknęłam. Wszystko mnie bolało. Niesłychane. Zupełnie jakbym…
Obróciłam głowę i zobaczyłam, że siedzi przy mnie jakaś staruszka. Przyjrzałam jej
się, wydawała mi się jakby znajoma. Kiedy zobaczyła, że się ocknęłam, podeszła
do drzwi, uchyliła je i krzyknęła schrypniętym głosem:
- Robinie! Obudziła się! – Po czym
wróciła do mnie. Znów przysiadła i zaczęła do mnie mówić – Znalazł cię nad
rzeką i przyniósł tutaj. Złoty z niego chłopiec. – O tak, dobrze wiedziałam, co
ma na myśli. Powoli wszystko zaczęło wracać. – Byłaś nieprzytomna przez cały
tydzień. Opiekowałyśmy się tobą z moją synową. Chłopak też zaglądał do ciebie,
kiedy tylko mógł. – Zauważyła, że próbuję coś powiedzieć. Niestety, z moich
spierzchniętych ust nie wydobył się żaden dźwięk. – Masz. – Podała mi wodę i
pomogła się napić. Gdy znów chciałam się odezwać, drzwi otwarły się z cichym
skrzypnięciem.
- Babciu, idź odpocząć – Rozległ się
niski głos. – Ja z nią posiedzę.
Starowinka uśmiechnęła się i
mrugnęła do mnie, a potem podniosła się i wyszła. W moim polu widzenia pojawił
się chłopak o cudownych złocistych oczach. Pamiętałam je doskonale. Gdyby nie
one, nie poznałaby go. Bardzo się zmienił, odkąd ostatnio go widziałam. Był
znacznie wyższy, już nie tak przeraźliwie chudy. Proste czarne włosy otaczały
pociągłą, niezwykle przystojną twarz. Usiadł na skraju łóżka, na którym leżałam
i obrzucił mnie uważnym spojrzeniem, pod którym niemal się rozpuściłam, takie
przynajmniej miałam wrażenie. Dziwne uczucie… Ale, nie powiem, całkiem
przyjemne.
- Dawno cię nie widziałem. Tęskniłem
za tobą.
- Pamiętasz mnie? – Mój głos brzmiał
bardzo słabo. Ale przynajmniej mogłam już mówić.
- Jak mógłbym zapomnieć?
Towarzyszyłaś mi od zawsze. Stale czułem twoją obecność. Następnego dnia po
mojej ucieczce widziałem w szybie tego sklepiku twoje odbicie. – Uśmiechnął się
promiennie. W jego oczach pojawiły się radosne iskierki. A ja znowu poczułam
coś dziwnego.
- Więc wiesz, kim jestem…
- Tak. A raczej: kim byłaś. Nie
uważasz, że się zmieniłaś?
- Nie jestem już Śmiercią.
- Co się stało?
- Nie wykonałam swojego zadania –
Posłał mi pytające spojrzenie, więc zebrałam się na odwagę i wyjaśniłam mu, o
co chodzi. – Czy oni…
- Żyją oboje. I to dzięki tobie. –
Uśmiechnął się ciepło, a potem pochylił się nade mną i delikatnie pocałował
mnie w czoło. – Jesteś bardzo słaba. Powinnaś się przespać. Ale najpierw może
byś coś zjadła?
Wtedy dotarło do mnie, że jestem
potwornie głodna. Skinęłam słabo głową, a Robin wyszedł. Po chwili wrócił, a za
nim przyszła cała rodzina. Stanęli wokół mojego łóżka i przywitali mnie jak
starą znajomą. Poczułam się wspaniale.
Wzruszyła mnie ich troska, oczy znów zapiekły. Z trudem powstrzymałam łzy.
Spróbowałam usiąść, ale się nie udało. Pomogli mi gospodarze. Mężczyzna
delikatnie mnie uniósł, a jego żona poprawiła poduszki, żebym miała się na czym
oprzeć. Gdy już siedziałam, uścisnęła mnie delikatnie, szepcząc do ucha:
- Witaj w rodzinie – A potem, już
głośno, stwierdziła – Trzeba ją nakarmić. Sama sobie nie poradzi.
- Ja się tym zajmę – zgłosił się
Robin, biorąc z rąk Babci miskę z rosołem.
- Pójdziemy już, żeby cię nie męczyć
– powiedziała staruszka, ciągnąc synową za rękę. Zatrzymała się na moment w
drzwiach i posłała nam promienny uśmiech, po czym wszyscy troje opuścili
izdebkę. Znów zostaliśmy sami.
Chłopak bardzo sprawnie wlał we mnie
gorącą, pyszną zupę, a potem pomógł mi się znowu położyć. Domyśliłam się, że w
czasie zarazy to on pomagał Babci pielęgnować rodziców. Był bardzo delikatny,
obchodził się ze mną jak z jajkiem. Zrozumiałam, że musiałam być w złym stanie,
kiedy mnie odnalazł. Miałam szczęście, że poszłam akurat w tamto miejsce.
Przepełniona wdzięcznością, lecz znowu niezdolna do wypowiedzenia choćby słowa,
uniosłam rękę i dotknęłam jego policzka, uśmiechając się. Ujął moją dłoń, która
z powrotem spoczęła na pościeli. Wciąż siedział przy mnie, kiedy zasnęłam.
Gdy się obudziłam, było całkiem
ciemno. W mroku jaśniały tylko jego niezwykłe złote oczy.
- Nie powinieneś tak przy mnie
siedzieć, na pewno jesteś zmęczony. Idź spać.
- Nie chcę cię opuszczać, dopiero co
cię odzyskałem.
- Ja się nigdzie nie wybieram –
szepnęłam. Posłuchał mnie. Znów poczułam pocałunek delikatny jak dotknięcie
skrzydeł motyla, tym razem na policzku, po czym usłyszałam ciche kroki. Gdy
ostrożnie zamknął za sobą drzwi, obróciłam się na bok i zasnęłam z uśmiechem na
ustach.
Pomału wracałam do zdrowia. Co dzień
czułam się lepiej. Miałam wrażenie, że cała rodzina się z tego cieszy. Bez
wahania mnie przygarnęli – tak, jak przygarnęli Złotego Chłopca, biednego
sierotę, za którym kroczyła Śmierć. Pokochałam tych ludzi: gderliwą, ale
poczciwą Babcię, wielkiego, spokojnego winiarza, jego pracowitą żonę o dobrym
sercu. A nade wszystko pokochałam chłopaka o oczach koloru miodu, przy którego
narodzinach byłam obecna, któremu towarzyszyłam przez całe życie…
W końcu pewnego dnia czułam się już
tak dobrze, że mogłam samodzielnie wstać. Uradowana gospodyni wręczyła mi
śliczną jasnopopielatą sukienkę, którą dla mnie uszyła, i czarne buciki.
Pomogła mi się umyć i ubrać. Strój leżał idealnie. Sukienka sięgała mi do
łydek, miała krótkie rękawy i dość spory dekolt. Dowiedziałam się przy okazji,
że panna w moim wieku (zabawne, ciekawe, co by powiedziała, gdyby wiedziała,
ile naprawdę mam lat… choć w zasadzie ja sama nie byłam tego pewna) może, a
nawet powinna chodzić w takich strojach. W końcu najwyższy czas byłby wyjść za
mąż, więc chłopcy mają się za mną oglądać. Śmiała się przy tym serdecznie,
widząc moją speszoną minę. Szczerze mówiąc, nigdy nie ubierałam się w nic
innego niż moja biała szata. Starannie wyszczotkowałam włosy, po czym stanęłam
przed lustrem i uważnie się sobie przyjrzałam. Chyba wyglądałam całkiem nieźle.
Zaprowadziła
mnie do kuchni, gdzie cała rodzina właśnie zasiadała do śniadania. Na mój widok
ojciec rodziny zaśmiał się serdecznie i zawołał:
-
Gdzie tak długo chowałaś tę uroczą pannę, żono? Dobrze cię widzieć zdrową, Selene
– zwrócił się do mnie, wskazując mi miejsce przy stole.
Spojrzałam
pytająco na Robina, który nie spuszczał ze mnie wzroku. Po chwili skinął lekko
głową i puścił do mnie oko. Usiadłam obok niego. Na mojej twarzy pojawił się
szeroki uśmiech. Przy śniadaniu toczyły się wesołe rozmowy. Poczułam się, jakby
to była moja rodzina. W pewnej chwili Babcia odezwała się do mnie. Gdy mówiła,
wszyscy inni umilkli. Wypowiadała się w ich imieniu.
-
Robin mówił nam co nieco o tobie. Wspominał, że też nie masz domu, tak jak on
niegdyś. Chcielibyśmy, żebyś została członkiem naszej rodziny. Jeśli nie masz
nic przeciwko – Jej spojrzenie wyrażało pytanie, ale wydawało się, że jest
pewna mojej odpowiedzi.
-
Z radością z wami zamieszkam, Babciu – odpowiedziałam. Milczenie prysło jak
mydlana bańka, wszyscy roześmiali się radośnie.
Po
śniadaniu ojciec dał Robinowi – zwykle pomagającemu w gospodarstwie lub w
winnicy, jak zdążyłam się już dowiedzieć – wolny dzień. Stwierdził, że ktoś
musi się mną zająć, skoro wreszcie stanęłam na nogi. Ponieważ, zapytana, nie
wiedziałam, co chcę robić, oprowadził mnie po obejściu. Na koniec zaszliśmy do
stajni, gdzie pachołek kończył właśnie oporządzać konie. Robin zapytał, czy nie
chciałabym się przejechać. Choć nieco wystraszona, przytaknęłam. Wyprowadził
więc z boksu najpierw czarną klacz. Miała białe pęciny. Także na czole widniała
biała gwiazda. Osiodłał ją i podał mi wodze. Poszedł teraz po kasztanowego
ogiera. Gdy oba konie były już gotowe, wyprowadziliśmy je ze stajni. Kasztan
stał spokojnie, gdy mój przyjaciel złapał mnie w pasie i posadził na grzbiecie
klaczy. Potem sam zwinnie wskoczył na drugie zwierzę. Powoli opuściliśmy
podwórze. Skierowaliśmy się nad rzekę.
-
Dobrze ci idzie.
-
Nie przesadzaj.
-
Naprawdę. Jeszcze nie spadłaś. – Roześmialiśmy się oboje, a konie zastrzygły
uszami.
Rzeczywiście,
chyba miał rację. Gdy dojechaliśmy do zagajnika i zatrzymaliśmy się, czułam się
na tyle pewnie, że zsiadłam bez pomocy. Napoiliśmy zwierzęta, a gdy
przysiedliśmy pod rozłożystym dębem, zaczęły leniwie skubać trawę. Patrzyłam na
nie, zachwycona tym widokiem, gdy poczułam, że chłopak ujął moją dłoń.
Odwróciłam się do niego. Przeszywał mnie spojrzeniem złocistych oczu, a jego
twarz znajdowała się tak blisko mojej, że się zarumieniłam. Posłałam mu
nieśmiały uśmiech, opierając się o pień drzewa.
-
Powiedz, dlaczego mam na imię Selene?
-
Znalazłem cię tutaj w nocy, opromienioną księżycowym światłem. Wyglądałaś
niesamowicie. Siedziałaś na tamtym kamieniu – Wskazał wolną ręką – i
wpatrywałaś się przed siebie niewidzącym wzrokiem. Nie mogłem cię tak zostawić.
Zrozumiałem, że coś się zmieniło.
Spojrzał
mi w oczy. A mną zawładnęło niesamowite uczucie. Świat przestał mieć dla mnie
jakiekolwiek znaczenie. Liczył się tylko on. Dotknął mojego policzka i zaczął
mówić szeptem. Jego głos był głęboki i ciepły. W moich uszach był najsłodszą
melodią na świecie. Mówił mi, że jestem piękna, że tęsknił za mną od dawna…
Powiedział, że mnie kocha. Nie mogłam uwierzyć. Ja, niegdyś najbardziej
bezwzględna istota na całym świecie, miałabym zdobyć serce tego cudownego
chłopca? Spojrzałam jeszcze raz w te poważne oczy i wyczytałam z nich prawdę. W
tym momencie byłam chyba najszczęśliwszą dziewczyną na świecie.
-
Ja ciebie też kocham – powiedziałam cicho, nieco zaskoczona.
Objął
mnie mocno w pasie i zbliżył się powoli. Gdy nasze wargi się spotkały, moje
serce zaczęło bić jak szalone. Zupełnie jakby chciało wyrwać się z piersi.
Nigdzie nie było mi tak dobrze, jak w jego silnych ramionach. Zatopiłam się w
nich, czując niesamowitą lekkość w środku. Pocałunek trwał długo. Gdy wreszcie
się od siebie oderwaliśmy, widziałam zdziwienie w jego spojrzeniu. On też musiał
poczuć to niemal magnetyczne przyciąganie między nami… Szczęśliwa jak nigdy
wcześniej, przylgnęłam do niego, pragnąc, by ta chwila trwała wiecznie.
-
Selene, wiesz, że cię kocham. Chciałbym już zawsze mieć cię przy sobie. Czy…
Czy zgodziłabyś się wyjść za mnie?
Z
wrażenia zaparło mi dech w piersiach. W ciągu tych kilku tygodni dano mi
więcej, niż kiedykolwiek otrzymałam. Teraz miałam zwykłe, ludzkie życie, za
którym tęskniłam, dom, rodzinę… I przede wszystkim miałam kogoś, kogo mogłam
kochać – z wzajemnością. Nie mogłam marzyć o niczym więcej niż spędzenie reszty
życia z moim Złotym Chłopcem.
***
Nie muszę chyba dodawać, że się
pobraliśmy. Po śmierci ojca Robin przejął winnicę. Dzięki jego wytrwałej pracy niczego
nam nie brakowało. Urodziły nam się dzieci, słodkie bliźnięta: chłopiec o
włosach czarnych jak noc i oczach niczym dwie studnie oraz dziewczynka z
włosami koloru białego złota i oczami jak miód. Ale to już inna historia…
Obiecywałam wam opowieść o chłopcu,
który mi się wymknął, ale to nie do końca prawda. W istocie, Złoty Chłopiec
umknął Śmierci. Ale żadne z nas nie umknęło przeznaczeniu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz