14 lipca 2017

Złoty Chłopiec



Opowiadanie, które masz przed sobą, wciąż chyba jest jednym z moich ulubionych. Nigdy bym nie pomyślała, że takie romansidło może mi tak wyjść... A jednak. Powstało po przeczytaniu Złodziejki książek Markusa Zusaka, która w pewnym sensie była inspiracją. Ale o tym przekonasz się osobiście - o ile wiesz, o czym mowa. Jeśli nie, gorąco polecam tę książkę, zresztą film podobno też jest niezły. Tak czy siak, zapraszam do lektury.
 


            Towarzyszył mi, odkąd tylko pamiętam. Zawsze padał na ludzi, za którymi podążałam. Z reguły nie przynosiło im to nic dobrego, jeśli przyjąć ich punkt widzenia. Nie potrafię tego zrozumieć – owszem, nierzadko koniec przychodził niespodziewanie, w niezbyt przyjemnych okolicznościach. Jednak gdy było już po wszystkim, ogarniał ich spokój, którego zawsze pragnęli, do którego dążyli, a oni najczęściej zapominali, w jaki sposób znaleźli się po drugiej stronie. Czy może być w tym coś złego? Często próbowali mi się wymknąć. Nie wiedzieli tylko, że gdy mój Cień spowił ich niczym całun, było już na to o wiele za późno.
Właściwie to nigdy go nie lubiłam. Wzbudzał strach, zamiast być moim sprzymierzeńcem. Kiedy wreszcie ich doganiałam, widziałam to w ich oczach. Bali się, zamiast oczekiwać mnie z radością, jak przystało na starych przyjaciół, w pogoni za którymi przemierzyło się pół świata, aby jedynie przez krótką chwilę spojrzeć w ich oczy i ujrzeć uśmiech na twarzy…
Może was to przeraża. Na świecie jest tyle zła, bólu, cierpienia, że może nie chcecie wysłuchać kolejnej historii starej, poczciwej Śmierci. W końcu kiedyś i tak każdy z was napisze własną opowieść… Ta jednak jest inna. Mówi o chłopcu, który zdołał mi umknąć.
Nasze ścieżki skrzyżowały się już w dniu, gdy zawitał na świat. Do jego matki przyszłam, gdy tylko rozpoczął się poród. Okropnie cierpiała, jednak nie mogłam jej pomóc. Dziecko miało przeżyć, musiałam więc czekać. Ujęłam ją za rękę i stałam przy niej, odpędzając złowrogi Cień. Nie chciałam widzieć strachu w tych gasnących oczach, które mimo bólu wypełniała miłość do maleństwa.
Gdy już zabrałam biedną duszę kobiety, wróciłam do sierocińca. Dziecko było słabe, balansowało na cienkiej granicy między życiem a śmiercią. Przekroczywszy próg ubogiego domostwa, z niechęcią skierowałam się ku chłopcu. Wiedziałam, że nic tu po mnie. Nie został naznaczony Cieniem Śmierci.
Podeszłam do kołyski, przy której nikt nie czuwał. Wielkie było moje zaskoczenie, gdy dzieciak otworzył szeroko oczęta złociste niczym miód i spojrzał wprost na mnie z uśmiechem. Dawno nie spotkałam się z tak radosnym przyjęciem. Wyciągnął do mnie rączki. Nie mogłam go zabrać, czułam, jak coś wypycha mnie na zewnątrz. Popatrzyłam jeszcze przez chwilę w jego błyszczące oczy, położyłam na jego czole dłoń w geście błogosławieństwa i wyszłam. Może nie powinnam tego robić. Ten prosty odruch nierozerwalnie związał losy chłopca z moimi. Zostaliśmy przyjaciółmi… Choć żadne z nas jeszcze o tym nie wiedziało.
Chłopiec rósł jak inne dzieci. W sierocińcu się nie przelewało, a prowadzące go siostry trzymały żelazną dyscyplinę. Miał jednak namiastkę rodziny, a przede wszystkim własny kąt. Często go odwiedzałam, zbierając śmiertelne żniwo w mieście, a nawet wśród sierot, z którymi mieszkał. Nieustannie zadziwiał mnie spokój i opanowanie Robina – bo takie imię mu nadano. Był słodki, zawsze posłuszny. Co dziwne, nie miał żadnych przyjaciół, choć zarówno starsi, jak i młodsi wprost za nim przepadali. Gdy był w pobliżu, nawet najgorsze łobuzy stawały się potulne niczym baranki. Dzieci garnęły się do niego.
Niestety, coś się wydarzyło, gdy Robin miał dziesięć lat… Pewnego wieczoru, gdy już pogaszono światła i niemal wszyscy już zasnęli, o kilka lat starszy chłopak imieniem Todd wymknął się ze wspólnej sypialni. Robin to zauważył. Poszedł za nim, pełen obaw. Szli tak ciemnym korytarzem, aż w końcu Todd zatrzymał się przed drzwiami przełożonej sierocińca. Zapukał delikatnie. Gdy się uchyliły, stojąca w nich siostra była w szlafroku, nie wyglądało jednak na to, by spała, zanim przyszedł. Wychyliła się na zewnątrz, by się rozejrzeć – na szczęście Robin zdążył się ukryć – i wciągnęła sierotę do środka. Zamykając pokój, powiedziała do niego:
- Dobrze, że przyszedłeś. Udowodniłeś, jak rozsądnym chłopcem jesteś. Będziemy mogli zapomnieć o twoim wybryku, jeśli dzisiaj dobrze się spiszesz.
Zszokowany Robin wrócił do sypialni. Biedne, niewinne dziecko, nie powinien być świadkiem czegoś takiego. Nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co robi, szybko ubrał się w najcieplejsze rzeczy, jakie miał. Następnie zakradł się do kuchni, by wziąć trochę jedzenia, które zawinął w czystą szmatkę, chwycił swój płaszcz… Wtedy dopiero się zatrzymał, by zastanowić się nad tym, co zamierza. Przemyślawszy wszystko porządnie, zszedł do piwnicy i uciekł przez małe okienko w pralni, które zawsze było otwarte. Zwinnie przelazł przez płot na sąsiednią posesję i wybiegł na ulicę. Sądzę, że zrobił to głównie po to, by nie musieć przechodzić pod uchylonym oknem siostry przełożonej
Chłopiec biegł przed siebie, póki starczyło mu sił. Potem przysiadł na chwilę w ciemnym zaułku, by odetchnąć. Złote oczy dziwnie pociemniały, po policzkach spływały łzy. Serce waliło mu tak mocno, że bał się, czy ktoś go nie usłyszy. W środku nocy jednak miasteczko było ciche i puste. Postanowił, że musi z niego uciec. Obawiał się, że jeśli go tu złapią, każą mu wrócić. Nigdy nie był karany, ale kto wie, co może zrobić siostra przełożona…
Ruszył w dalszą drogę. Nie bardzo wiedział, dokąd ma iść, chciał jedynie opuścić to miejsce. Poruszał się zaskakująco cicho, nie wywoływał nawet najlżejszego szmeru czy szelestu. Szedł szybko, kryjąc się pod ścianami budynków. Unikał plam światła wokół nielicznych latarni.
Cały czas podążałam za nim. Coś mnie do tego zmuszało. Wyszliśmy w końcu z miasta. Szłam powoli obserwując drobnego chłopca przed sobą. Był bardzo szczupły. Czarne jak noc włosy opadały mu falami na ramiona. Były ciut za długie jak na mój gust, ale kto by chciał konsultować się ze Śmiercią w sprawach wyglądu… Nikt z żywych przecież mnie nie widział. Nikt, poza małym, złotookim niemowlęciem. Ciekawe, czy mnie pamięta, pomyślałam.
Tej nocy byłam jego cieniem. Jednocześnie uważnie rozglądałam się za własnym, który na szczęście ani myślał wyciągać swoje paskudne łapy w stronę mojego chłopca. Cieszyłam się z tego jak jeszcze nigdy wcześniej. Z radością przyjęłam nową rolę, jaką mi wyznaczono. Przez moment dane mi było poczuć się nie jak widmo niosące śmierć, lecz niczym dobra, piękna istota, czuwająca nad bezpieczeństwem małego dziecka. Byłam jak anioł stróż.
Robin przerwał swój marsz dopiero koło południa następnego dnia. Dotarliśmy do jakiejś ubogiej wioski, w której stało sporo zaniedbanych, sypiących się drewnianych chat. Był tam za to tylko jeden obskurny sklepik. Minąwszy go, znaleźliśmy się w ponurym zaułku. Chłopiec był bardzo zmęczony. Jeszcze nigdy nie szedł tak długo – siostry praktycznie nie wypuszczały ich poza obręb sierocińca dalej niż do małego kościółka przy tej samej ulicy – nie miał więc siły nawet na to, żeby coś zjeść. Po prostu ułożył się na stercie przemokniętych kartonów, pochodzących zapewne ze sklepu obok, zwinął się w kłębek i już po chwili zapadł w sen. Posiedziałam przy nim trochę i ruszyłam w drogę. Jak zwykle, miałam sporo pracy. Obiecałam sobie, że będę przy nim tak często, jak tylko się da i opuściłam zaułek.
Przechodząc ponownie obok sklepiku, zauważyłam z niemałym zaskoczeniem, że po brudnej szybie, za którą nie było wystawy, przemyka moje odbicie. Nigdy jeszcze się to nie zdarzyło. Zatrzymałam się. Chciałam przyjrzeć się sobie. Po raz pierwszy miałam taką okazję i nie zamierzałam jej zmarnować, ponieważ tak naprawdę wcale nie byłam pewna, jak wyglądam. Z okna spoglądała na mnie mniej więcej szesnastoletnia dziewczyna w białej szacie. Miała długie do pasa kręcone włosy w kolorze białego złota. Choć wyglądała na młodą, jej wiek zdradzały czarne, głębokie niczym studnie oczy. Oczy, które widziały już wszystko. Oczy Śmierci. Odznaczały się wyraźnie na tle gładkiej, bladej skóry. Stwierdziłam wtedy, że jestem nawet ładna. To zabawne, pomyślałam później. Ludzie niemal zawsze przedstawiają mnie jako okrutnego kościotrupa, spowitego w czarną szatę z kapturem, z kosą w ręce. Nieźle się muszą dziwić, gdy wreszcie mogą mnie ujrzeć.
W końcu, chyba po raz pierwszy od dawna tak szeroko uśmiechnięta, ruszyłam swoją drogą, w ślad za nienasyconym Cieniem. Co ciekawe, moje odbicie zostało na miejscu, śledząc mnie wzrokiem, póki nie zniknęłam za rogiem.

***

            Gdy wreszcie miałam chwilę wytchnienia, wróciłam do tamtego zaułka. Sama nie wiem, dlaczego. Przecież wiedziałam, że go już tam nie będzie. I nie miałam pojęcia, gdzie go szukać. Cieszyło mnie to, bo przynajmniej już nie zagrażał mu mój Cień. Z drugiej strony było mi smutno. Coraz bardziej przywiązywałam się do tego niezwykłego dzieciaka. Gdy o nim myślałam, budziła się we mnie dziwna tęsknota – za normalnym życiem, którego smaku nigdy nie poznałam. Czy to nie niezwykłe? Sami pomyślcie – Śmierć, monstrum, przed którym drżą nawet najodważniejsi, chciałaby żyć tak, jak wy… To sprawiało, że było mi jeszcze trudniej. Znów ruszyłam w świat, z niechęcią wykonując moją pracę. Owszem, nigdy nie sprawiał mi ona przyjemności, ale jeszcze nie zdarzyło mi się myśleć w taki sposób.

***

            Robin żył na ulicy. Był ciągle w ruchu, wędrował po miastach i wioskach. W każdym miejscu zostawał tak długo, jak tylko miał odwagę. Jednak gdy tylko pojawiało się niebezpieczeństwo, gdy ktoś zaczynał się nim zbytnio interesować, ruszał w dalszą drogę. Wiedział, że gdyby go złapali, odesłaliby go do sierocińca. Nie chciał tam wracać. Nie obawiał się kary, ale nie mógł pogodzić się z tym, co się tam dzieje. Chodził więc po świecie, nie mogąc znaleźć swojego miejsca. Mijały miesiące, potem lata, a on wciąż podróżował. Czasem go spotykałam, czasem nawet szłam z nim, zmagając się z coraz silniejszym uczuciem tęsknoty. Bywały takie dni, kiedy z trudem powstrzymywałam się, by do niego nie podejść. Pragnęłam zwykłej rozmowy. Nie rozumiałam, co się ze mną dzieje…
            Im chłopak był starszy, tym szybciej musiał opuszczać kolejne miejsca. Coraz bardziej zwracał na siebie uwagę. A żeby przeżyć, musiał kraść. Był w tym dobry, ale jego niespotykana uroda wszystko utrudniała. Nieraz zdarzało się, że głodował całymi dniami.
Życie na ulicy go zahartowało, dobrze dawał sobie radę. Najbardziej zaskoczył mnie w wieku piętnastu lat. Przyłapałam go na bójce. Nie mogłam w to uwierzyć. Mój Złoty Chłopiec, uosobienie dobroci, oaza spokoju – bił się ze starszym chłopakiem, który chciał przepędzić go ze „swojej” ulicy. Najciekawsze, że Robin, niższy, szczuplejszy, wcale nie ustępował tamtemu pola. Powinnam już iść, ale uparcie zwlekałam. Chciałam zobaczyć, jak się to potoczy. W końcu napastnik się zmęczył. Ciężko opadł na ziemię, patrząc wyzywająco na Robina, na którego twarzy nie było wrogości. Podał rękę tamtemu i pomógł mu wstać, a potem po prostu odwrócił się i odszedł. Niezwykły chłopak…
Szczęście uśmiechnęło się do mojego przyjaciela, gdy miał szesnaście lat. Nie jestem pewna, ale sądzę, że tego dnia miał akurat urodziny… W każdym razie dotarł wtedy do miasta na tyle dużego, iż uznał, że może w nim zostać jakiś czas, nie rzucając się zbytnio w oczy. W dzień targowy postanowił pokręcić się między straganami. Było tak duże zamieszanie, że bez trudu powinien zdobyć jakieś jedzenie. Akurat przyglądał się owocom, gdy poczuł, że ktoś delikatnie położył mu rękę na ramieniu.
- Przepraszam, chłopcze – zagadnęła go malutka starowinka. – Mógłbyś mi pomóc?
Nie czekając na odpowiedź wepchnęła mu w ręce kilka sporych paczek. Z początku był tak zaskoczony, że o mało nie zgubił kobieciny w tłumie. Popędził za nią, przeciskając się między ludźmi. Oczywiście nie przyszło mu nawet do głowy, że mógłby uciec z zakupami. Był złodziejem z przymusu, ale miał dobre serce. Nie potrafiłby nikomu odmówić pomocy. Dogonił staruszkę. W końcu wyszli z targu. Dopiero po jakimś czasie zorientował się, że kobieta chce opuścić miasto.
- Dokąd idziemy?
Myślał, że go nie usłyszała i już miał głośniej powtórzyć pytanie, gdy padła odpowiedź.
- Do domu. Mieszkamy w wiosce, pół dnia drogi stąd.
- Przepraszam, ale nie wiem, czy…
- Obiecałeś, że mi pomożesz.
Robin umilkł, speszony. Nie miał pojęcia, jak powiedzieć tej staruszce, że nie może z nią iść. Z drugiej jednak strony… Przecież i tak nie miał domu, więc bez różnicy było, gdzie będzie się szwendał. Poza tym nie mógł jej tak zostawić. Sama sobie nie poradzi, a tutaj nie znajdzie już nikogo, kto mógłby ponieść za nią zakupy. A kto wie, może nawet dostanie coś do jedzenia?
Szli bardzo długo. Nie mógł wyjść z podziwu. Ta kobieta miała pewnie z siedemdziesiąt lat, a mimo to nie widać po niej było zmęczenia. Owszem, poruszała się powoli, ale nie zatrzymała się ani razu. Jak na swój wiek była niezwykle wytrzymała. A na dodatek spostrzegawcza. Chyba zauważyła, że chłopak jej się przygląda, bo zagadnęła go:
- Jak masz na imię, chłopcze?
- Robin, proszę pani.
- Proszę pani – Staruszka skrzywiła się i prychnęła pogardliwie. – Wszyscy, nawet mój własny syn, mówią mi „Babciu”, więc dlaczego ty nie możesz? – Zmierzyła go tak przenikliwym spojrzeniem, że po plecach przebiegły mu ciarki.
- Chyba nie powinienem pani… - Znów to spojrzenie. – Babciu. – Po raz kolejny skapitulował.
- „Pani Babciu”? Jeszcze lepiej! – Jej ochrypły śmiech zabrzmiał niemal złowieszczo, jednak w tym momencie wydała się całkiem sympatyczna. Uśmiech rozjaśnił całą jej twarz, a w oczach rozbłysły wesołe iskierki. Zastanowiła się chwilę i zaczęła mówić – Nigdy wcześniej cię nie widziałam. A żyję tu już całkiem długo. – Mrugnęła do niego. – Skąd jesteś? Jak się tu znalazłeś? Jesteś sierotą, prawda? – Zaczęła zasypywać go gradem pytań.
- Tak. Cóż… No więc…
- Uciekłeś? – Zaśmiała się, gdy zrobił wystraszona minę. – Starej kobiety tak łatwo nie oszukasz. Na pierwszy rzut oka widać, że jesteś przybłędą, żyjesz na ulicy. Nie martw się, chcę tylko poznać prawdę.
Sam nie wiedział, dlaczego, ale jej uwierzył. Zanim zdążył się zastanowić, opowiedział jej o sobie wszystko. Pominął tylko moją obecność w swoim na życiu. Tak mi się przynajmniej wydaje…
Około południa dotarli do niewielkiej wioski. Babcia – od tej chwili nawet w myślach nie śmiał nazwać jej inaczej – zaprowadziła go do domu nad rzeką. Nie był bardzo duży, ale się wyróżniał. Całe obejście było utrzymane we wzorowym porządku. Weszli do domu i skierowali się do kuchni, po której krzątała się pulchna, rumiana gospodyni w lśniącym białym fartuchu. Blond włosy miała starannie zaczesane w kok. Poruszała się energicznie, pogwizdując pod nosem.
- Cóż to, Babciu, kogo mi tu znowu przyprowadziliście? – Robina aż zamurowało. Jak to „znowu”?
- A co, sama miałam dźwigać te twoje toboły? – Głos starszej kobiety był nieco gderliwy. – Potrzebowałam pomocy, to i znalazłam.
- Zawsze się tak tłumaczycie. – Kobieta błysnęła uśmiechem do chłopaka. – Jak ci na imię?
- Robin.
Gospodyni wyjęła mu z rąk zakupy i odstawiła na stół, po czym przyjrzała mu się krytycznie, obszedłszy go wokół.
- Jesteś strasznie chudy! – krzyknęła z autentyczną zgrozą. – A do tego jaki brudny! Babciu, czy wyście go z rynsztoka wyciągnęli? Nie do wiary – mruknęła do siebie, po czym zwróciła się znów do chłopaka – Nakarmię cię, niepodobna, żeby było inaczej, przecież cię tak nie wypuszczę… Ale najpierw marsz do mycia!
Bezceremonialnie pchnęła chłopca w stronę drzwi. Zaskoczyła go jej siła. Posłusznie poszedł za nią. Choć była o głowę od niego niższa, budziła respekt swoją stanowczością. Zaprowadziła go do łaźni i przygotowała mu kąpiel, po czym wyszła, napomykając coś o świeżym ubraniu. Przez moment Robin stał, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. Ruszył się dopiero, gdy kobieta głośno zapukała do drzwi i krzyknęła:
- Masz mi się tam porządnie wyszorować! A koło drzwi czeka na ciebie ubranie. Może być ciut za szerokie… – Reszta jej słów utonęła w głośnym plusku, gdy chłopak wskoczył do wody. Zrobił to z prawdziwą przyjemnością, długo już nie miał okazji się kąpać.
Gdy wreszcie wrócił do kuchni, czuł się o niebo lepiej, choć ubranie rzeczywiście na nim wisiało. Na dodatek na stole czekała już na niego wielka miska pachnącej apetycznie zupy i spory kawał chleba. Usiadł i pod czujnym okiem zadowolonej gospodyni w mig pochłonął wszystko. Smakowało mu niesamowicie. Gdy skończył i chciał podziękować, kobieta z uśmiechem podała mu jeszcze trochę duszonego mięsa z jarzynami. Nawet nie wiedział, że jest w stanie aż tyle w siebie upchnąć, o czym właśnie się przekonał.
- Musiałeś być okropnie głodny – zagadnęła go.
- Prawdę mówiąc, nie miałem nic w ustach od dwóch dni.
- Dwa dni? Biedactwo! Jesteś sierotą? Nie masz domu?
- Moja matka podobno zmarła przy porodzie, o ojcu nic nie wiem.
- Więc gdzie się podziewałeś? – Zauważył w jej oczach dziwny błysk. Tylko mnie nie wydaj, pomyślał, a na głos powiedział:
- Mieszkałem w sierocińcu, ale z niego uciekłem. – Znów opowiedział całą historię. Nie wiedział, co kazało mu zaufać tym przecież całkiem obcym kobietom.
Ledwie zaczął mówić, gdy do kuchni wszedł mężczyzna. Był mniej więcej tego wzrostu co Robin, lecz znacznie szerszy w ramionach. Mocno umięśniony, choć nieco otyły, widać było po nim, że ciężko pracuje. Usiadł naprzeciw chłopaka i w milczeniu przysłuchiwał się jego słowom. Robin domyślił się, że to mąż gospodyni po tym, jak z czułością ujął jej dłoń, gdy zaczęła płakać, patrząc na niego z niedowierzaniem.
- Gdzie ten sierociniec? – Zapytał, gdy chłopak skończył opowieść.
- Nie wiem. Daleko. Od sześciu lat błąkam się po świecie…
- Nie może tak być! – zagrzmiał. Potem, już łagodnie, zwrócił się do żony i swojej matki. – Przygarnijmy chłopaka. Nie miał lekko w życiu. A my i tak dzieci nie mamy. Ktoś musi przejąć winnicę…
Początkowo gospodyni tylko wpatrywała się w męża wciąż mokrymi oczyma. Nagle rzuciła mu się na szyję i uściskała go mocno, pytając jednocześnie:
- Robinie, czy chcesz z nami zostać?
Zaskoczony chłopak spojrzał na Babcię, która krótko skinęła głową.
- Bardzo bym chciał, ale… - Nie zdołał dokończyć, teraz z kolei on dostał się w potężny uścisk.
- Więc od teraz będziesz dla nas jak syn.
- A ja wreszcie doczekałam się wnuka – zagdakała staruszka i ukradkiem otarła oczy.

***

            Jak mówiłam, szczęście uśmiechnęło się do chłopaka. Zyskał dom i rodzinę. Ale to jeszcze nie koniec historii.
            Robin mieszkał u winiarza ponad rok, gdy do wioski nadciągnęła zaraza. Trwała krótko, ale zebrała obfite żniwo. Miałam tam dużo roboty. Chodziłam od domu do domu, bez chwili wytchnienia. Nie miałam czasu odwiedzić mojego przyjaciela, zobaczyć, jak sobie radzi…
Aż pewnej nocy coś zaczęło mnie ciągnąć do domu winiarza. Wiedziałam, co to oznacza. Nie chciałam tam iść. Nie mogłabym zburzyć ich szczęścia. Mój chłopiec miał go w życiu tak niewiele… Broniłam się, jak mogłam. W końcu jakimś cudem udało mi się dotrzeć do małego zagajnika nad rzeką, gdzie Robin uwielbiał przychodzić. Usiadłam na kamieniu pod drzewem. Poczułam, jak oczy mnie pieką. Gdy uniosłam dłoń do twarzy, dotarło do mnie, że jest mokra od łez. Niesamowite, jeszcze nigdy nie płakałam. Zaczęłam krzyczeć:
- Nie zrobię tego! Nie potrafię!
Nagle poraziło mnie światło bielsze od szaty, w którą byłam odziana. Rozejrzałam się, ale było tak jasno, że nic nie widziałam. Nie miałam pojęcia, co się dzieje. Zamknęłam oczy i wtedy w mojej głowie odezwał się tajemniczy głos:
- Nie wykonałaś zadania. Nie możesz być Śmiercią.
- Więc co się ze mną stanie? A co będzie z ludźmi? Przestaną umierać? – zapytałam. Nie doczekałam się jednak odpowiedzi.

***

            Leżałam na czymś miękkim. Nad sobą widziałam tylko sufit. Przez zasłonięte okno dostawało się przytłumione światło. Jęknęłam. Wszystko mnie bolało. Niesłychane. Zupełnie jakbym… Obróciłam głowę i zobaczyłam, że siedzi przy mnie jakaś staruszka. Przyjrzałam jej się, wydawała mi się jakby znajoma. Kiedy zobaczyła, że się ocknęłam, podeszła do drzwi, uchyliła je i krzyknęła schrypniętym głosem:
            - Robinie! Obudziła się! – Po czym wróciła do mnie. Znów przysiadła i zaczęła do mnie mówić – Znalazł cię nad rzeką i przyniósł tutaj. Złoty z niego chłopiec. – O tak, dobrze wiedziałam, co ma na myśli. Powoli wszystko zaczęło wracać. – Byłaś nieprzytomna przez cały tydzień. Opiekowałyśmy się tobą z moją synową. Chłopak też zaglądał do ciebie, kiedy tylko mógł. – Zauważyła, że próbuję coś powiedzieć. Niestety, z moich spierzchniętych ust nie wydobył się żaden dźwięk. – Masz. – Podała mi wodę i pomogła się napić. Gdy znów chciałam się odezwać, drzwi otwarły się z cichym skrzypnięciem.
            - Babciu, idź odpocząć – Rozległ się niski głos. – Ja z nią posiedzę.
            Starowinka uśmiechnęła się i mrugnęła do mnie, a potem podniosła się i wyszła. W moim polu widzenia pojawił się chłopak o cudownych złocistych oczach. Pamiętałam je doskonale. Gdyby nie one, nie poznałaby go. Bardzo się zmienił, odkąd ostatnio go widziałam. Był znacznie wyższy, już nie tak przeraźliwie chudy. Proste czarne włosy otaczały pociągłą, niezwykle przystojną twarz. Usiadł na skraju łóżka, na którym leżałam i obrzucił mnie uważnym spojrzeniem, pod którym niemal się rozpuściłam, takie przynajmniej miałam wrażenie. Dziwne uczucie… Ale, nie powiem, całkiem przyjemne.
            - Dawno cię nie widziałem. Tęskniłem za tobą.
            - Pamiętasz mnie? – Mój głos brzmiał bardzo słabo. Ale przynajmniej mogłam już mówić.
            - Jak mógłbym zapomnieć? Towarzyszyłaś mi od zawsze. Stale czułem twoją obecność. Następnego dnia po mojej ucieczce widziałem w szybie tego sklepiku twoje odbicie. – Uśmiechnął się promiennie. W jego oczach pojawiły się radosne iskierki. A ja znowu poczułam coś dziwnego.
            - Więc wiesz, kim jestem…
            - Tak. A raczej: kim byłaś. Nie uważasz, że się zmieniłaś?
            - Nie jestem już Śmiercią.
            - Co się stało?
            - Nie wykonałam swojego zadania – Posłał mi pytające spojrzenie, więc zebrałam się na odwagę i wyjaśniłam mu, o co chodzi. – Czy oni…
            - Żyją oboje. I to dzięki tobie. – Uśmiechnął się ciepło, a potem pochylił się nade mną i delikatnie pocałował mnie w czoło. – Jesteś bardzo słaba. Powinnaś się przespać. Ale najpierw może byś coś zjadła?
            Wtedy dotarło do mnie, że jestem potwornie głodna. Skinęłam słabo głową, a Robin wyszedł. Po chwili wrócił, a za nim przyszła cała rodzina. Stanęli wokół mojego łóżka i przywitali mnie jak starą znajomą.  Poczułam się wspaniale. Wzruszyła mnie ich troska, oczy znów zapiekły. Z trudem powstrzymałam łzy. Spróbowałam usiąść, ale się nie udało. Pomogli mi gospodarze. Mężczyzna delikatnie mnie uniósł, a jego żona poprawiła poduszki, żebym miała się na czym oprzeć. Gdy już siedziałam, uścisnęła mnie delikatnie, szepcząc do ucha:
            - Witaj w rodzinie – A potem, już głośno, stwierdziła – Trzeba ją nakarmić. Sama sobie nie poradzi.
            - Ja się tym zajmę – zgłosił się Robin, biorąc z rąk Babci miskę z rosołem.
            - Pójdziemy już, żeby cię nie męczyć – powiedziała staruszka, ciągnąc synową za rękę. Zatrzymała się na moment w drzwiach i posłała nam promienny uśmiech, po czym wszyscy troje opuścili izdebkę. Znów zostaliśmy sami.
            Chłopak bardzo sprawnie wlał we mnie gorącą, pyszną zupę, a potem pomógł mi się znowu położyć. Domyśliłam się, że w czasie zarazy to on pomagał Babci pielęgnować rodziców. Był bardzo delikatny, obchodził się ze mną jak z jajkiem. Zrozumiałam, że musiałam być w złym stanie, kiedy mnie odnalazł. Miałam szczęście, że poszłam akurat w tamto miejsce. Przepełniona wdzięcznością, lecz znowu niezdolna do wypowiedzenia choćby słowa, uniosłam rękę i dotknęłam jego policzka, uśmiechając się. Ujął moją dłoń, która z powrotem spoczęła na pościeli. Wciąż siedział przy mnie, kiedy zasnęłam.
            Gdy się obudziłam, było całkiem ciemno. W mroku jaśniały tylko jego niezwykłe złote oczy.
            - Nie powinieneś tak przy mnie siedzieć, na pewno jesteś zmęczony. Idź spać.
            - Nie chcę cię opuszczać, dopiero co cię odzyskałem.
            - Ja się nigdzie nie wybieram – szepnęłam. Posłuchał mnie. Znów poczułam pocałunek delikatny jak dotknięcie skrzydeł motyla, tym razem na policzku, po czym usłyszałam ciche kroki. Gdy ostrożnie zamknął za sobą drzwi, obróciłam się na bok i zasnęłam z uśmiechem na ustach.
            Pomału wracałam do zdrowia. Co dzień czułam się lepiej. Miałam wrażenie, że cała rodzina się z tego cieszy. Bez wahania mnie przygarnęli – tak, jak przygarnęli Złotego Chłopca, biednego sierotę, za którym kroczyła Śmierć. Pokochałam tych ludzi: gderliwą, ale poczciwą Babcię, wielkiego, spokojnego winiarza, jego pracowitą żonę o dobrym sercu. A nade wszystko pokochałam chłopaka o oczach koloru miodu, przy którego narodzinach byłam obecna, któremu towarzyszyłam przez całe życie…
            W końcu pewnego dnia czułam się już tak dobrze, że mogłam samodzielnie wstać. Uradowana gospodyni wręczyła mi śliczną jasnopopielatą sukienkę, którą dla mnie uszyła, i czarne buciki. Pomogła mi się umyć i ubrać. Strój leżał idealnie. Sukienka sięgała mi do łydek, miała krótkie rękawy i dość spory dekolt. Dowiedziałam się przy okazji, że panna w moim wieku (zabawne, ciekawe, co by powiedziała, gdyby wiedziała, ile naprawdę mam lat… choć w zasadzie ja sama nie byłam tego pewna) może, a nawet powinna chodzić w takich strojach. W końcu najwyższy czas byłby wyjść za mąż, więc chłopcy mają się za mną oglądać. Śmiała się przy tym serdecznie, widząc moją speszoną minę. Szczerze mówiąc, nigdy nie ubierałam się w nic innego niż moja biała szata. Starannie wyszczotkowałam włosy, po czym stanęłam przed lustrem i uważnie się sobie przyjrzałam. Chyba wyglądałam całkiem nieźle.
Zaprowadziła mnie do kuchni, gdzie cała rodzina właśnie zasiadała do śniadania. Na mój widok ojciec rodziny zaśmiał się serdecznie i zawołał:
- Gdzie tak długo chowałaś tę uroczą pannę, żono? Dobrze cię widzieć zdrową, Selene – zwrócił się do mnie, wskazując mi miejsce przy stole.
Spojrzałam pytająco na Robina, który nie spuszczał ze mnie wzroku. Po chwili skinął lekko głową i puścił do mnie oko. Usiadłam obok niego. Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Przy śniadaniu toczyły się wesołe rozmowy. Poczułam się, jakby to była moja rodzina. W pewnej chwili Babcia odezwała się do mnie. Gdy mówiła, wszyscy inni umilkli. Wypowiadała się w ich imieniu.
- Robin mówił nam co nieco o tobie. Wspominał, że też nie masz domu, tak jak on niegdyś. Chcielibyśmy, żebyś została członkiem naszej rodziny. Jeśli nie masz nic przeciwko – Jej spojrzenie wyrażało pytanie, ale wydawało się, że jest pewna mojej odpowiedzi.
- Z radością z wami zamieszkam, Babciu – odpowiedziałam. Milczenie prysło jak mydlana bańka, wszyscy roześmiali się radośnie.
Po śniadaniu ojciec dał Robinowi – zwykle pomagającemu w gospodarstwie lub w winnicy, jak zdążyłam się już dowiedzieć – wolny dzień. Stwierdził, że ktoś musi się mną zająć, skoro wreszcie stanęłam na nogi. Ponieważ, zapytana, nie wiedziałam, co chcę robić, oprowadził mnie po obejściu. Na koniec zaszliśmy do stajni, gdzie pachołek kończył właśnie oporządzać konie. Robin zapytał, czy nie chciałabym się przejechać. Choć nieco wystraszona, przytaknęłam. Wyprowadził więc z boksu najpierw czarną klacz. Miała białe pęciny. Także na czole widniała biała gwiazda. Osiodłał ją i podał mi wodze. Poszedł teraz po kasztanowego ogiera. Gdy oba konie były już gotowe, wyprowadziliśmy je ze stajni. Kasztan stał spokojnie, gdy mój przyjaciel złapał mnie w pasie i posadził na grzbiecie klaczy. Potem sam zwinnie wskoczył na drugie zwierzę. Powoli opuściliśmy podwórze. Skierowaliśmy się nad rzekę.
- Dobrze ci idzie.
- Nie przesadzaj.
- Naprawdę. Jeszcze nie spadłaś. – Roześmialiśmy się oboje, a konie zastrzygły uszami.
Rzeczywiście, chyba miał rację. Gdy dojechaliśmy do zagajnika i zatrzymaliśmy się, czułam się na tyle pewnie, że zsiadłam bez pomocy. Napoiliśmy zwierzęta, a gdy przysiedliśmy pod rozłożystym dębem, zaczęły leniwie skubać trawę. Patrzyłam na nie, zachwycona tym widokiem, gdy poczułam, że chłopak ujął moją dłoń. Odwróciłam się do niego. Przeszywał mnie spojrzeniem złocistych oczu, a jego twarz znajdowała się tak blisko mojej, że się zarumieniłam. Posłałam mu nieśmiały uśmiech, opierając się o pień drzewa.
- Powiedz, dlaczego mam na imię Selene?
- Znalazłem cię tutaj w nocy, opromienioną księżycowym światłem. Wyglądałaś niesamowicie. Siedziałaś na tamtym kamieniu – Wskazał wolną ręką – i wpatrywałaś się przed siebie niewidzącym wzrokiem. Nie mogłem cię tak zostawić. Zrozumiałem, że coś się zmieniło.
Spojrzał mi w oczy. A mną zawładnęło niesamowite uczucie. Świat przestał mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Liczył się tylko on. Dotknął mojego policzka i zaczął mówić szeptem. Jego głos był głęboki i ciepły. W moich uszach był najsłodszą melodią na świecie. Mówił mi, że jestem piękna, że tęsknił za mną od dawna… Powiedział, że mnie kocha. Nie mogłam uwierzyć. Ja, niegdyś najbardziej bezwzględna istota na całym świecie, miałabym zdobyć serce tego cudownego chłopca? Spojrzałam jeszcze raz w te poważne oczy i wyczytałam z nich prawdę. W tym momencie byłam chyba najszczęśliwszą dziewczyną na świecie.
- Ja ciebie też kocham – powiedziałam cicho, nieco zaskoczona.
Objął mnie mocno w pasie i zbliżył się powoli. Gdy nasze wargi się spotkały, moje serce zaczęło bić jak szalone. Zupełnie jakby chciało wyrwać się z piersi. Nigdzie nie było mi tak dobrze, jak w jego silnych ramionach. Zatopiłam się w nich, czując niesamowitą lekkość w środku. Pocałunek trwał długo. Gdy wreszcie się od siebie oderwaliśmy, widziałam zdziwienie w jego spojrzeniu. On też musiał poczuć to niemal magnetyczne przyciąganie między nami… Szczęśliwa jak nigdy wcześniej, przylgnęłam do niego, pragnąc, by ta chwila trwała wiecznie.
- Selene, wiesz, że cię kocham. Chciałbym już zawsze mieć cię przy sobie. Czy… Czy zgodziłabyś się wyjść za mnie?
Z wrażenia zaparło mi dech w piersiach. W ciągu tych kilku tygodni dano mi więcej, niż kiedykolwiek otrzymałam. Teraz miałam zwykłe, ludzkie życie, za którym tęskniłam, dom, rodzinę… I przede wszystkim miałam kogoś, kogo mogłam kochać – z wzajemnością. Nie mogłam marzyć o niczym więcej niż spędzenie reszty życia z moim Złotym Chłopcem.

***

            Nie muszę chyba dodawać, że się pobraliśmy. Po śmierci ojca Robin przejął winnicę. Dzięki jego wytrwałej pracy niczego nam nie brakowało. Urodziły nam się dzieci, słodkie bliźnięta: chłopiec o włosach czarnych jak noc i oczach niczym dwie studnie oraz dziewczynka z włosami koloru białego złota i oczami jak miód. Ale to już inna historia…
            Obiecywałam wam opowieść o chłopcu, który mi się wymknął, ale to nie do końca prawda. W istocie, Złoty Chłopiec umknął Śmierci. Ale żadne z nas nie umknęło przeznaczeniu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz