10 sierpnia 2017

Pomóż mi odejść



Moja psina (bynajmniej nie owczarek), z racji wieku, nie ma już takiej kondycji jak kiedyś. Jednak jeszcze dwa lata temu na wakacjach często chodziłam z nią na długie spacery. Właśnie podczas jednego z nich - kiedy obserwowałam wzburzoną przez wiatr wodę, w której słońce odbijało się wręcz magicznymi refleksami - zrodził się pomysł na poniższy tekst. I to w zasadzie tyle. Miłego!
 

            Siedziała na trawie nad brzegiem jeziora. Wspierając głowę na kolanach wpatrywała się w dal. U jej stóp leżał ociekający wodą czarny owczarek szkocki. Od czasu do czasu leniwie uderzał ogonem o ziemię, widocznie reagując na jej cichy głos.
            Dan przez moment w osłupieniu obserwował drobną postać. Mrużąc oczy w oślepiającym blasku słońca chłonął każdy widoczny z tej odległości szczegół. Bujne brązowe włosy o rudym połysku tworzyły jakby aureolę wokół twarzy i spływały kaskadą na plecy. Zaplecione wokół podciągniętych pod brodę kolan ramiona były szczupłe i jasne. Zdawała się być rozmarzona i jakby nieobecna.
            Chłopak potknął się o kamień i natychmiast oprzytomniał. Odwracając wzrok od tajemniczej piękności zauważył, że pies na przeciwległym brzegu uniósł głowę, czujnie nadstawiając uszu i wpatrując się w niego. Wzruszył lekko ramionami i skręcił między drzewa. Podążając nowo odkrytą ścieżką rozmyślał o pięknej okolicy, którą właśnie poznawał. Mieszkał tu z rodzicami od roku, ale dopiero odkąd zaczęły się wakacje, miał czas na samotne wędrówki. Od dziecka taki był. Mama zawsze śmiała się, że chadza własnymi ścieżkami. Tak naprawdę nie przeszkadzało jej, że młodszy syn woli szwendać się po lesie niż znaleźć sobie kumpli jak każdy normalny nastolatek – niezależnie od tego, że nierzadko oprócz kilku niezłych zdjęć czy pięknych dzikich kwiatów przynosił do domu kleszcza czy zaplątanego w wiecznie rozwichrzone włosy żuka. Podobnie jak jego starsza siostra, Dan cieszył się dość dużą swobodą. Ponieważ rodzice nigdy nie musieli prosić go o nic dwa razy, pozwalali mu na wszystko, na co miał ochotę – o ile oczywiście mieściło się to w granicach zdrowego rozsądku. A z tym bynajmniej nie było kłopotu.
            Po kolejnej godzinie błąkania się po lesie postanowił wrócić do domu. Uśmiechnął się, przypominając sobie standardowy tekst matki: „Jak zgłodnieje, to wróci”. Prawie zawsze się sprawdzał. Jednak tym razem nie był to powód, dla którego zdecydował się na przerwanie wędrówki. Myślami wciąż wracał do pięknej dziewczyny. Nigdy przedtem jej nie spotkał. A znając jego wiecznego pecha – pewnie już nigdy nie spotka. I to go dręczyło.
            Wpadł do domu jak burza i popędził po schodach na górę. Liczył na to, że Vicky jest u siebie. Jak zwykle się nie zawiódł. Gdy tylko zapukał do drzwi, usłyszał ciche „Proszę” – niezawodny znak, że siostra jest raczej w dobrym nastroju. Wszedł więc do pokoju, zastanawiając się, co jej powie.
            Siedziała w fotelu przy oknie z podwiniętymi nogami i książką na kolanach. Właśnie zdjęła słuchawki i tylko patrzyła na niego pytająco spod słomianej grzywki, bawiąc się przerzuconym przez ramię warkoczem. Była od niego tylko o dwa lata starsza. Dość dobrze się dogadywali, toteż często Dan rozmawiał z nią o swoich problemach i nie tylko.
            Zamknął za sobą drzwi. Bez słowa rzucił się na starannie posłane łóżko siostry, na którym ledwo się mieścił. Podłożył ręce pod głowę i leżał tak przez chwilę, w milczeniu wpatrując się w sufit. Wreszcie Vicky z westchnieniem odłożyła książkę na parapet.
            - No dobrze, co cię trapi? – Jej łagodny głos wyrwał go z zamyślenia.
            - Sam nie wiem…
            - Więc przyszedłeś się wyżalić?
            - Nie… Tak… To nie… No może.
            - O proszę, mój braciszek nie wie, co powiedzieć. Czyli chodzi o dziewczynę, mam rację?
            Dan zamknął oczy, zagryzając wargę. Intuicja siostry była niezawodna. Właśnie dlatego mógł z nią o wszystkim porozmawiać. Z drugiej strony nigdy nie poruszali takich tematów, toteż nie bardzo wiedział, jak zacząć. Vicky cierpliwie czekała, więc wreszcie zebrał się w sobie i zaczął mówić jednym tchem.
            - No tak. Szwendałem się po lesie i zboczyłem trochę z kursu. Wiesz, chciałem… W zasadzie to nie wiem. Nieważne. W każdym razie trafiłem nad duże jezioro. Niesamowita okolica. Zacząłem się rozglądać i zobaczyłem ją na drugim brzegu. Była… – Urwał, szukając odpowiednich słów.
            - Na pewno była najpiękniejszą istotą, jaką kiedykolwiek widziałeś – podsunęła siostra z delikatnym uśmiechem.
            Chłopak obrócił głowę i spojrzał na nią z zakłopotaną miną, zastanawiając się, czy przypadkiem z niego nie kpi.
            - To aż tak oczywiste?
            - Zwykle tak się zaczyna. Mów dalej.
            - Kiedy nie ma o czym. Gapiłem się na nią jak baran póki się nie potknąłem, a potem zwiałem do lasu.
            - Co?! – Oczy Vicky zrobiły się idealnie okrągłe. – Nie podszedłeś do niej? No to rzeczywiście baran z ciebie – Zaśmiała się cicho.
            - Nie musisz mi mówić. Korciło mnie nawet, żeby zawrócić, ale co niby miałbym zrobić?
            Starsza siostra z politowaniem pokręciła głową i spojrzała w okno. Wydawało się, że całkiem zapomniała o obecności Dana. Wreszcie odezwała się jakby z namysłem.
            - Zawsze jest szansa, że ją jeszcze spotkasz. Tylko jej nie zmarnuj.
To powiedziawszy, zastygła ze spojrzeniem utkwionym w oddali. Oznaczało to, że audiencja zakończona. Równie dobrze mógł tu leżeć przez następną godzinę i nie usłyszeć od niej już ani słowa albo zwyczajnie wyjść. Wybrał drugą opcję i poszedł do swojego pokoju. Zdjął okulary, odłożył je na biurko i padł na swoje łóżko. Mając przed oczyma nieznaną dziewczynę, zapadł w sen.

***

            Obudził się wcześnie rano, cały obolały. Usiadł na łóżku i spojrzał na wymięte ubranie. Nie mógł uwierzyć, że przespał tak całą noc. Wiedział, że coś mu się śniło, jednak nie pamiętał niczego poza obrazkami, które pojawiały się i zaraz ulatywały. Przeciągnął się, czując chrupanie w kręgosłupie i poszedł do łazienki. Wziął krótki zimny prysznic, ubrał się i zszedł do kuchni. Mama siedziała przy stole, pijąc kawę, której aromat wydał mu się zachęcający. Nalał sobie pełen kubek z dzbanka stojącego na kredensie, zrobił kanapki i usiadł naprzeciwko matki, która zmierzyła go uważnym spojrzeniem.
            - Od kiedy to mój syn pija kawę? – Wzruszył tylko ramionami, łapczywie pochłaniając śniadanie. Od wczorajszego obiadu nie miał nic w ustach. – Czyżby wydarzyło się coś niezwykłego, Danny?
            Zastanowił się nad odpowiedzią.
            - Właściwie to nie. Wróciłem wczoraj z lasu i położyłem się, dosłownie na chwilkę.
            - I dopiero się obudziłeś, tak? – Uśmiechnęła się pobłażliwie. – No cóż, każdemu może się zdarzyć. Co cię tak ścięło?
            - Czy ja wiem…
            Matka jeszcze raz przyjrzała się synowi. Dostrzegła jego nieobecne spojrzenie i uśmiechnęła się ukradkiem. Nie chciała go wypytywać. Sam powie, kiedy przyjdzie pora.
            - Dziś masz dzień wolny. – Spojrzał na nią zakłopotany. Widać było, że myślami był gdzie indziej. Uśmiechnęła się ciepło. – Jak na razie zrobiłeś wszystko, co miałeś do roboty. Niczego nowego dla ciebie nie planowałam. Naciesz się wakacjami.
            Po śniadaniu, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, Dan podpiął słuchawki do telefonu, wyszedł do ogrodu i rozłożył się na trawniku w cieniu starego dębu, całkowicie odcinając się od świata. Sam nie wiedział, kiedy minęło południe. Vicky przyszła zawołać go na obiad.
            - Zupełnie nie słyszysz, co się do ciebie mówi, braciszku. – Uśmiechnęła się filuternie. – Pewnie myślałeś o swojej nimfie, co? Tylko nie wzruszaj znów ramionami, to kiepski nawyk.
            Roześmiał się, idąc z nią ramię w ramię w stronę domu. Choć starsza, Vicky była dobre dwadzieścia centymetrów niższa od niego. Nieco pulchna, o wesołych jasnozielonych oczach, zawsze uśmiechnięta, nawet kiedy było jej ciężko. Nie brakowało jej wdzięku. Uwielbiali ją wszyscy, z młodszym bratem na czele. Dan pociągnął ją lekko za długi do pasa warkocz. Żartobliwie trzepnęła go w ramię, zadzierając głowę, by spojrzeć w jego mętne, szaroniebieskie oczy. Przyjrzawszy się rozpaczliwie wołającym o strzyżenie kręconym czarnym włosom, konspiracyjnym tonem szepnęła:
            - Dzisiaj wyjątkowo mógłbyś się uczesać, nim pójdziesz na szwendaczkę – i pobiegła do domu. Brat spoglądał za nią, uśmiechając się pod nosem. Właściwie nie zaszkodziłoby… Ponownie wzruszył ramionami i podążył jej śladem.
            Po obiedzie poszedł do swojego pokoju. Usiadł na łóżku patrząc w okno i zastanawiając się nad sensem tego, co zamierzał zrobić. Jakie są szanse, że w ogóle znów ją spotka? A jeśli nawet się uda, to co dalej? Nie miał zbyt dużego doświadczenia w kontaktach z ładnymi dziewczynami… No dobra, w ogóle z dziewczynami.
            Nagle pokręcił głową, śmiejąc się cicho. Przecież na pewno go nie zdobędzie, jeśli się nie ruszy. Jak to mówią: bez ryzyka nie ma zabawy. Zdjął okulary i starannie wyczyścił je koszulką, potem sięgnął po grzebień. Vicky mogła się z niego podśmiewać, ale i tak chciał wypaść najlepiej, jak to możliwe. W końcu niecodziennie los daje taką szansę, więc jeśli nadarza się okazja, nie wypada jej zmarnować. Nigdy nie wiadomo, co może przynieść przyszłość.
            Wzruszył ramionami, rzucił grzebień na biurko i ruszył do wyjścia.
            - Wychodzę! – krzyknął od bramki do matki plewiącej grządkę z petuniami.
            Skierował się do lasu. Gdy tylko znalazł się między drzewami, poczuł się jak u siebie. Nie znał go jeszcze zbyt dobrze, ale już kochał to miejsce. Miał doskonałą orientację w terenie, bez problemu powinien więc odnaleźć jezioro, choć poprzedniego dnia znalazł się nad nim po raz pierwszy. Nie myśląc o tym, jaką drogę powinien obrać, zaczął iść w kierunku, który wydawał mu się właściwy. Choć z jednej strony chciał przyspieszyć, by jak najszybciej się tam znaleźć, z drugiej miał ochotę wrócić do domu. Nie było łatwo zmuszać się do każdego kolejnego kroku. Szedł bardzo powoli, bijąc się z myślami. Bał się, że jej tam nie będzie. Albo, że będzie. A on nie zdobędzie się na odwagę i nie podejdzie do niej, marnując być może ostatnią szansę, jaką postanowił dać mu kapryśny los. Albo, że w końcu podejdzie i tylko się zbłaźni. A co, jeśli miałoby się udać – miałby potem żałować, że nie spróbował? Zatrzymał się, zaciskając pięści, i spojrzał w górę. Szumiący cicho zielony baldachim dawał ochronę przed prażącym niemiłosiernie słońcem. Aż chciałoby się zostać tu dłużej…
            - Ogarnij się – mruknął ze zniecierpliwieniem i raźnym krokiem ruszył dalej.
Szybko jednak zwolnił, rozglądając się niepewnie. A może to nie tędy? Zły na siebie wcisnął ręce do kieszeni spodni i znów przyspieszył. Zachowujesz się jak baba, co z tobą? Nie mógł zrozumieć, co się z nim dzieje, dlaczego tak go to wszystko przeraża.
Nie wiedząc kiedy, dotarł na skraj lasu. Kilka kroków dalej teren zaczynał się gwałtownie obniżać, schodząc stromo aż do tafli dużego jeziora. Z tej strony brzeg był porośnięty trzciną, z drugiej w jezioro wcinał się wąski drewniany pomost, do którego przywiązana była niewielka łódka. Nieopodal, w tym samym miejscu co wcześniej, siedziała ona. Ubrana w długą białą sukienkę, z rozpuszczonymi włosami, wyglądała jeszcze piękniej niż wczoraj.
Zatrzymał się na moment, a potem zdecydowanie skręcił w prawo. Zaczął szukać zejścia na dół. Nie było to łatwe, ale Dan był zdeterminowany. Teraz już nie zamierzał odpuścić, w końcu raz się żyje! Wreszcie jakoś dotarł nad brzeg jeziora i rozpoczął mozolną wędrówkę, aby je okrążyć. Zabrało mu to sporo czasu.
Na dodatek gdy zaczął zbliżać się do dziewczyny, jej pies zerwał się z ziemi i rzucił z warczeniem w jego kierunku.
- Tiana! – zawołała cicho. Owczarek szkocki zatrzymał się i zaczął przyglądać się Danowi podejrzliwie. – Stój spokojnie – już nieco głośniej zwróciła się do chłopaka. – Nic ci nie zrobi.
Wzruszył ramionami i przykucnął, wyciągając rękę w stronę zwierzęcia. Suka powoli podeszła i zaczęła go obwąchiwać. Nie był pewien, co zrobi, ale postanowił zaryzykować. Kto wie, może to klucz? Zresztą, mimo pozorów nie wydawała się groźna. Spojrzała na niego mądrymi oczyma. Spróbował ją pogłaskać. Nie cofnęła się, gdy zanurzył dłoń w jej miękkiej, mokrej sierści. Wstał więc i spróbował podejść do dziewczyny. Pies nie odstępował go na krok, zupełnie jakby go pilnował, ale nie był agresywny.
Dan przysiadł na trawie nieopodal nieznajomej piękności.
- No proszę, masz podejście do zwierząt. – Uśmiechnęła się lekko, nawet na niego nie patrząc. – Amanda.
- Dan.
Nie odezwała się więcej. Pies znów legł u jej stóp, łypiąc na chłopaka brązowym okiem. Zaczęła go drapać za uchem, na co zareagował pełnym entuzjazmu uderzeniem ogona o ziemię.
Dan zaczął ukradkiem przyglądać się dziewczynie. Lekko pofalowane włosy zdawały się lśnić własnym blaskiem. Duże szare oczy spoglądały w dal z rozmarzeniem. Na małym nosku i policzkach gdzieniegdzie rozsiane były urocze piegi. Jej twarz wyrażała smutek. Całość w połączeniu z owiewającą ją aurą tajemniczości wywierała na chłopaku piorunujące wrażenie. Zarumienił się, gdy spostrzegła, że na nią patrzy i obróciła się ku niemu. Wreszcie przerwała ciszę.
- Nie kojarzę cię. Pewnie niedawno się sprowadziliście?
Dan wzruszył lekko ramionami.
- W ubiegłym roku. Prawdę mówiąc jeszcze się tu nie zapuszczałem, dopiero poznaję okolicę.
- Pięknie tu, prawda? – Uśmiechnęła się smutno. – Zawsze lubiłam tu przychodzić z Tianą. Ona kocha wodę. A ja kocham to miejsce.
Chłopak spojrzał na sukę, która na dźwięk swojego imienia uniosła lekko głowę i spojrzała na Amandę. Co dziwne, sprawiała wrażenie dość zaniedbanej, choć bez wątpienia szczęśliwej.
- Piękny pies. Ale wygląda…
Dziewczyna powędrowała spojrzeniem za jego wzrokiem.
- Trochę dziko, co? – Skinęła głową, drapiąc zwierzę za uchem. – Niestety, rodzice nie chcieli jej zatrzymać, bo uciekała. Wciąż tu z nią przychodzę, bo bardzo się do mnie przywiązała. Nie chciałam, żeby kompletnie straciła zaufanie do ludzi. Szkoda mi jej.
Znów zapadła między nimi cisza. Dan nie wiedział, co powiedzieć, jak się zachować. W końcu podjął pierwszy lepszy temat i wciągnął ją w rozmowę. Nie była zbyt gadatliwa, za to uprzejma i otwarta, choć sprawiała też wrażenie nieco nieśmiałej. Rozmawiało się z nią przyjemnie, łatwo się dogadali. Chłopak nagle zorientował się, że siedzą tak już bardzo długo i że powinien wracać do domu. Gdy tylko o tym wspomniał, Amanda znów posmutniała.
- Rozumiem.
- Czy jest szansa, że zobaczymy się ponownie?
Posłała mu delikatny uśmiech.
- Jestem tu codziennie.
Nie potrafiąc ukryć zadowolenia wstał, pożegnał się szybko i ruszył w drogę powrotną. Gdy był już po przeciwnej stronie stawu, odwrócił się i pomachał do dziewczyny, która wciąż siedziała bez ruchu. Odpowiedziała lekkim skinieniem i powtórnie zapatrzyła się przed siebie.

***

            - Nie, serio?
            Dan uśmiechnął się i lekko skinął głową. Vicky patrzyła na niego wielkimi jak spodki oczyma, wciąż nie dowierzając, że zdobył się na odwagę i to tak szybko. Jej brat zawsze był nieśmiały i skryty, a tu proszę, taka niespodzianka. Nigdy nie pomyślałaby, że podejdzie do całkowicie obcej dziewczyny. Zwłaszcza takiej, która mu się spodobała. I to od pierwszego wejrzenia.
            - I mówisz, że jej pies cię polubił?
            - Może nie od razu, ale coś na kształt…
            - No no, chyba znalazłeś drogę do serca tej dziewczyny – Zaśmiała się. – Jak ma na imię?
            - Amanda.
            Słysząc, w jaki sposób to wymówił, starsza siostra przyjrzała się chłopakowi uważnie.
            - Coś z tego będzie?
            Dan zmieszał się na te słowa, nie wiedział, co odpowiedzieć. Z roztargnieniem zmierzwił jej włosy, nie zwracając uwagi na protesty. Nie lubiła, kiedy traktował ją jak małą dziewczynkę, choć czasem rzeczywiście tak wyglądała. A jego niezmiernie to bawiło. Uśmiechnął się szeroko, kiedy wymierzyła mu bolesnego kuksańca. Zaraz jednak spoważniał, gdy spojrzała na niego pytająco. Wzruszył tylko ramionami.
            - Chyba nigdy się tego nie oduczysz, co? – Oparła mu głowę na ramieniu, choć ze względu na sporą różnicę wzrostu musiała się przy tym nieźle nagimnastykować. – Mój mały braciszek – szepnęła. – Wiesz, że skoro już zrobiłeś pierwszy krok, musisz się starać najlepiej, jak potrafisz, prawda? – powiedziała surowo.
            Skinął głową. Cała Vicky. Zawsze mógł liczyć na to, że stanie po jego stronie. Ale nie była to osoba, po której należałoby się spodziewać klepania po plecach i słów w stylu „Jakoś to będzie, dasz radę”. O nie. Siostra dobrze wiedziała, na ile go stać i dokładnie tyle od niego oczekiwała. W każdej sytuacji. Nie miał co liczyć na zbawienne rady, jak powinien postępować. Musiał sam zmierzyć się z problemem, to nie ulegało wątpliwości. Jeśli to spartoli, Vicky będzie pierwszą osobą, która skopie mu tyłek. A potem i tak będzie bronić go przed resztą świata. Uściskał nieco zaskoczoną starszą siostrę i podniósł się z ziemi.
            - Chyba zgłodniałem. Idziesz?
            - Ciągle zapominam, że chłopcy w tym wieku mają żołądki bez dna. – Przewróciła oczami. – Rodzice w końcu przez ciebie zbankrutują – Zachichotała, a potem lekko wzruszyła ramionami, puszczając oko do brata. – Zjedz za mnie, nie zaszkodzi ci.
            Kiedy Dan ruszył do domu, Vicky odprowadziła go wzrokiem z błąkającym się na ustach zagadkowym uśmiechem.

***

            Siedzieli oboje na trawie o kilka kroków od siebie i obserwowali kąpiącego się owczarka. Tiana wydawała się być niezmiernie szczęśliwa, gdy tak brykała w wodzie, usiłując łapać niewielkie fale tworzące się na jej powierzchni. W pewnej chwili Amanda lekko zagwizdała, unosząc w dłoni jakiś patyk. Suka stanęła na brzegu, patrząc na nią uważnie i nastawiając czujnie uszu. Kij poszybował w powietrzu. Zwierzę bez wahania rzuciło się w wodę, nim jeszcze zdążył z głośnym pluskiem uderzyć o taflę jeziora.
Już po chwili Tiana wpadła pomiędzy dwoje nastolatków, dumnie trzymając w pysku swoje trofeum i szaleńczo chlaszcząc na wszystkie strony ociekającym wodą ogonem. Dan oberwał nim w twarz, niezdarnie próbując się uchylić.
- Tiana! – Roześmiał się.
Pies w mgnieniu oka obrócił się w stronę chłopaka i skoczył, powalając go na ziemię. Jego szorstki język przekrzywił i pokrył warstewką śliny już i tak umorusane okulary Dana. Zanosząc się śmiechem, spróbował osłonić twarz przed natarczywymi oznakami psiej radości.
- Wystarczy – Cichy dziewczęcy głos sprawił, że suka od razu spotulniała. Posłusznie usiadła obok, wreszcie pozwalając podnieść się z ziemi swojej rozbawionej ofierze.
Chłopak usiadł i spojrzał na siebie. Choć niewiele widział, czuł, że jest cały mokry. Zdjął z nosa obślinione okulary i potrząsnął głową, usiłując pozbyć się zaplątanych we włosy źdźbeł trawy. Spróbował wyczyścić szkła brzegiem koszulki, jednak niewiele to dało. Wzdychając komicznie, sięgnął do kieszeni po szmatkę, którą z przyzwyczajenia nadal nosił, choć tak naprawdę nie używał jej od wieków.
Przez cały czas, gdy usiłował jako tako doprowadzić się do porządku, czuł, że jest obserwowany. Gdy wreszcie ponownie ubrał okulary i uniósł wzrok, pierwsze, co zobaczył, to łagodne spojrzenie szarych oczu i drugie, czujne i uważne, brązowych. Jego żołądek wywinął fikołka, gdy Amanda posłała mu ostrożny uśmiech. Jego serce przyspieszyło rytm, gdy postanowił zaryzykować:
- Mandy… Masz cudowne oczy. – Dziewczyna nieśmiało spuściła głowę, długie ciemne rzęsy położyły cienie na jej policzkach. Dan z wahaniem sięgnął do jej twarzy. Delikatnie ujął ją pod brodę i nieco uniósł, zmuszając, by ponownie na niego spojrzała. – Naprawdę – Przyjrzał im się lepiej, przysuwając się nieco – Są niesamowite.
Nie odważył się na więcej. Tiana wyciągnęła się tuż przy nim, wzdychając głęboko. Chłopak cofnął dłoń, a Amanda odwróciła głowę i spojrzała smutno na jezioro.
- Kogoś mi przypominasz – powiedziała cicho.
Dan nie chciał o nic pytać. Widział, że to, o czym myśli Mandy, sprawia jej ból. Nastała między nimi niezręczna cisza. W końcu przerwała ją dziewczyna.
- Tiana cię polubiła. – Zwierzę radośnie zamerdało ogonem. – Nie powinnam cię o to prosić, ale… Wiesz, nie mogę jej zabrać ze sobą. Może ty…
- Chcesz, żebym przygarnął twojego psa? – spytał z niedowierzaniem. To nie powinien być problem, jeśli chodzi o jego rodziców, ale przecież… No, w życiu nie spodziewałby się czegoś takiego po dziewczynie, którą dopiero co poznał.
Amanda spojrzała na niego poważnie.
- Zbyt długo już się błąka. Nie chcę, żeby dalej tak było. A do tej pory nie zdarzyło się, by komuś zaufała tak jak tobie. W ogóle nie pozwalała do siebie podejść nikomu poza mną. A ja nie mogę się nią zająć.
- No dobrze. Nie chciałbym was rozdzielać, ale skoro ci zależy, chętnie się nią zaopiekuję. Kocham psy, ale odkąd zdechł mój staruszek, nie mieliśmy w domu żadnego zwierzęcia.
Podniósł wzrok i ze zdumieniem zauważył, jak blisko niego znajduje się dziewczyna. Wpatrywała się w niego niesamowicie błyszczącymi oczami, z nieśmiałym uśmiechem. Delikatnie dotknął jej policzka. Mandy wtuliła twarz w jego dłoń, patrząc na niego wyczekująco. Nie zastanawiając się nad tym, co właściwie robi, Dan pochylił się i musnął wargami jej usta. Były chłodne i smakowały słodko. Zrobił to jeszcze raz, nieco mocniej i dłużej, a potem się odsunął. Nie mógł uwierzyć w to, co się właśnie stało. Dziewczyna oparła czoło na jego ramieniu, równocześnie szukając jego dłoni. Jej dotyk był delikatny i ostrożny, gdy splatała razem ich palce. Drżała ledwo wyczuwalnie. Chłopak oparł policzek na jej włosach, nie dowierzając własnemu szczęściu.
- Będziesz tu z nią przychodził? – usłyszał ciche pytanie.
- Bądź spokojna, zajmę się nią najlepiej, jak potrafię. – Westchnął ciężko, uświadamiając sobie nagle, jak długo już przebywa poza domem. – Wybacz. Muszę już iść.
Amanda uniosła głowę. Jej oczy błyszczały od łez, a jednak się uśmiechała. Wreszcie wyglądała na szczęśliwą. Cmoknęła go w policzek.
- W porządku. Tyle ci zawdzięczam. – Podniosła się z ziemi razem z nim i objęła go delikatnie. Z uśmiechem odwzajemnił uścisk. – Będę za tobą tęsknić – ledwo słyszalnie wyszeptała mu do ucha, po czym wyplątała się z objęć. – Tiana, idź z Danem – zwróciła się do psa. Suka smutno spojrzała na dziewczynę i polizała ją po dłoni, a potem powoli podążyła za oddalającym się nowym właścicielem.
Idąc szybko przez las z psem u boku Dan rozmyślał o widoku, jaki ukazał się jego oczom, gdy tuż przed wkroczeniem między drzewa obejrzał się na Amandę. Wciąż stała na drugim brzegu. Wydawało mu się, że wpatruje się w niego, jednak jej sylwetka była niewyraźna, zupełnie jakby spowiła ją mgła. Nie mógł oprzeć się dziwnemu wrażeniu, że widzi ją po raz ostatni. Ogarnęło go przygnębienie. Tiana też wydawała się jakaś nieswoja. Zupełnie nie ten pies, co przedtem. Nagle zatrzymała się i usiadła pod wielkim dębem. Chłopak zawrócił i przyklęknął przed nią.
- Co jest, mała? – spytał cicho, drapiąc ją za uchem.
Pies spojrzał na niego mądrze swoimi ciepłymi brązowymi oczami. Nagle wydało mu się, że dostrzegł w nich dziwny błysk. Przez jeden krótki moment Tiana patrzyła na niego oczami Amandy. A potem wesoło zamerdała ogonem i polizała go po twarzy. Oszołomiony Dan wstał i poszedł dalej, tępo gapiąc się w ziemię, a zwierzę ochoczo ruszyło za nim.
Gdy przekroczył bramkę, suka trzymała się o krok za nim, rozglądając się uważnie. Mama, która właśnie skończyła pracę w ogrodzie, stanęła jak wryta na jej widok. Chłopak podszedł do niej i przywołał Tianę. Tarmosząc jej sierść na karku, zwrócił się do zaskoczonej matki:
- Mogę ją zatrzymać? – spytał bez ogródek.
Kobieta uważnie przyjrzała się psu. Dostrzegł w jej oczach błysk zrozumienia, gdy z uśmiechem skinęła głową. Przyklękła i wyciągnęła rękę, pozwalając zwierzęciu ją obwąchać, nim zanurzyła palce w gęstej czarnej sierści.
- Wabi się Tiana.
- Cóż, Tiano, nim wpuszczę cię do domu, czeka cię porządna kąpiel. – Spojrzała na syna znacząco. – Rozumiem, że to twój pies, skoro to ty ją przyprowadziłeś.
- Jasne. Zajmę się nią.

***

            Usłyszał ciche pukanie do drzwi. Przeciągnął się leniwie, nie podnosząc się z łóżka, i uspokajającym gestem położył rękę na karku leżącego na podłodze psa.
            - Wejdź!
            Drzwi uchyliły się cicho. Stanęła w nich Vicky.
            - Mama mówi, że przyprowadziłeś do domu psa. Czemu nie przyszedłeś się pochwalić?
            - Słyszałem, że ktoś u ciebie jest, nie chciałem przeszkadzać.
            - Ale ja też jestem ciekawa! – Estelle zajrzała do pokoju przez ramię jego siostry. Gdy jej spojrzenie spoczęło na zwierzęciu, jej oczy zrobiły się okrągłe niczym spodki. – Nie do wiary! Jak udało ci się oswoić tego dzikusa?
            Nie czekając na zaproszenie, dziewczyna wpadła jak burza do pokoju Dana i rozsiadła się na najbliższym krześle. Nieco zaskoczona jej zachowaniem Vicky przewróciła oczami i podążyła za nią, zamykając za sobą drzwi. Chłopak podniósł się do pozycji siedzącej, a zaniepokojona Tiana wskoczyła na łóżko i ułożyła się tuż obok, kładąc głowę na jego kolanach.
            Czując na sobie pytające spojrzenia rodzeństwa, Estelle zaczęła swoją opowieść.
            - To było, zdaje się, niedługo przed tym, nim się wprowadziliście. Niedaleko tego wielkiego jeziora po drugiej stronie lasu, no wiecie… – Dan skinął głową – Stoi tam piękny dom. Teraz powoli zamienia się w ruinę, bo nikt w nim nie mieszka, ale wtedy jeszcze należał do bogatego małżeństwa. Mieli córkę, jedynaczkę. Miała na imię… Czekajcie, niech sobie przypomnę… Amanda? No, chyba tak. To był jej pies – Ruchem ręki wskazała na Tianę. – No więc ta Amanda, wiecie, niejednemu zawróciła w głowie. Była bardzo ładna. W zasadzie mogłaby mieć każdego. Ale chodziła z chłopakiem, który był… Taki zwykły. Nic specjalnego. Z wyglądu trochę podobny do ciebie, Danny. – Uśmiechnął się pod nosem, widząc, jak Vicky piorunuje przyjaciółkę spojrzeniem. – Długo byli razem. Ale zdarzył się jakiś wypadek na jeziorze. Nikt nie wie dokładnie, co się stało, w każdym razie chłopak utonął. A ona musiała go bardzo kochać. Niedługo potem popełniła samobójstwo. Mówili, że utopiła się z rozpaczy. – Nie zważając na szok malujący się na twarzy nagle pobladłego Dana ciągnęła dalej – A pies zdziczał. Jej rodzice próbowali różnych sposobów, ale nic to nie dawało, ciągle uciekał i błąkał się w okolicach miejsca, gdzie Amanda się zabiła. W końcu dali sobie z nim spokój. Wyprowadzili się, a jego tu zostawili. Ktoś nawet chciał go przygarnąć, próbował oswoić, ale pies nikogo do siebie nie dopuszczał. – Zaczerpnęła głęboko powietrza, jakby dopiero teraz przypomniała sobie o oddychaniu. – Dlatego tak mnie zaskoczyło, kiedy go zobaczyłam. Jak udało ci się to osiągnąć, chłopaku?
            Dan wzruszył tylko ramionami. Nie mógł wykrztusić ani słowa. To, co właśnie usłyszał, wprawiło go w takie osłupienie, że miał wrażenie, jakby znalazł się w jakimś idiotycznym śnie. Spojrzał na siostrę. Vicky wyglądała zupełnie tak, jak on się teraz czuł. A Estelle jakby w ogóle tego nie zauważyła, uśmiechnęła się szeroko.
            - No nic, na mnie już czas. Fajnie, że ta przybłęda wreszcie znalazła dom. Piękna jest.
            Gdy dziewczyna ruszyła do drzwi, chłopak spojrzał na Vicky i bezgłośnie zapytał: „Rozumiesz coś z tego?”, lecz ona tylko lekko potrząsnęła głową i poszła za przyjaciółką. Nie wiedząc, co o tym wszystkim sądzić, Dan pochylił się i przytulił do psa. Patrząc w jego mądre szare oczy usłyszał w głowie cichy głos, ulotny szept: Pomogłeś mi odejść. Dziękuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz