Moja psina (bynajmniej nie owczarek), z racji wieku, nie
ma już takiej kondycji jak kiedyś. Jednak jeszcze dwa lata temu na wakacjach
często chodziłam z nią na długie spacery. Właśnie podczas jednego z nich - kiedy
obserwowałam wzburzoną przez wiatr wodę, w której słońce odbijało się wręcz
magicznymi refleksami - zrodził się pomysł na poniższy tekst. I to w zasadzie
tyle. Miłego!
Siedziała
na trawie nad brzegiem jeziora. Wspierając głowę na kolanach wpatrywała się w
dal. U jej stóp leżał ociekający wodą czarny owczarek szkocki. Od czasu do
czasu leniwie uderzał ogonem o ziemię, widocznie reagując na jej cichy głos.
Dan
przez moment w osłupieniu obserwował drobną postać. Mrużąc oczy w oślepiającym
blasku słońca chłonął każdy widoczny z tej odległości szczegół. Bujne brązowe
włosy o rudym połysku tworzyły jakby aureolę wokół twarzy i spływały kaskadą na
plecy. Zaplecione wokół podciągniętych pod brodę kolan ramiona były szczupłe i
jasne. Zdawała się być rozmarzona i jakby nieobecna.
Chłopak
potknął się o kamień i natychmiast oprzytomniał. Odwracając wzrok od
tajemniczej piękności zauważył, że pies na przeciwległym brzegu uniósł głowę,
czujnie nadstawiając uszu i wpatrując się w niego. Wzruszył lekko ramionami i
skręcił między drzewa. Podążając nowo odkrytą ścieżką rozmyślał o pięknej
okolicy, którą właśnie poznawał. Mieszkał tu z rodzicami od roku, ale dopiero
odkąd zaczęły się wakacje, miał czas na samotne wędrówki. Od dziecka taki był.
Mama zawsze śmiała się, że chadza własnymi ścieżkami. Tak naprawdę nie
przeszkadzało jej, że młodszy syn woli szwendać się po lesie niż znaleźć sobie
kumpli jak każdy normalny nastolatek – niezależnie od tego, że nierzadko oprócz
kilku niezłych zdjęć czy pięknych dzikich kwiatów przynosił do domu kleszcza
czy zaplątanego w wiecznie rozwichrzone włosy żuka. Podobnie jak jego starsza
siostra, Dan cieszył się dość dużą swobodą. Ponieważ rodzice nigdy nie musieli
prosić go o nic dwa razy, pozwalali mu na wszystko, na co miał ochotę – o ile
oczywiście mieściło się to w granicach zdrowego rozsądku. A z tym bynajmniej
nie było kłopotu.
Po
kolejnej godzinie błąkania się po lesie postanowił wrócić do domu. Uśmiechnął
się, przypominając sobie standardowy tekst matki: „Jak zgłodnieje, to wróci”. Prawie
zawsze się sprawdzał. Jednak tym razem nie był to powód, dla którego zdecydował
się na przerwanie wędrówki. Myślami wciąż wracał do pięknej dziewczyny. Nigdy
przedtem jej nie spotkał. A znając jego wiecznego pecha – pewnie już nigdy nie
spotka. I to go dręczyło.
Wpadł
do domu jak burza i popędził po schodach na górę. Liczył na to, że Vicky jest u
siebie. Jak zwykle się nie zawiódł. Gdy tylko zapukał do drzwi, usłyszał ciche
„Proszę” – niezawodny znak, że siostra jest raczej w dobrym nastroju. Wszedł
więc do pokoju, zastanawiając się, co jej powie.
Siedziała
w fotelu przy oknie z podwiniętymi nogami i książką na kolanach. Właśnie zdjęła
słuchawki i tylko patrzyła na niego pytająco spod słomianej grzywki, bawiąc się
przerzuconym przez ramię warkoczem. Była od niego tylko o dwa lata starsza.
Dość dobrze się dogadywali, toteż często Dan rozmawiał z nią o swoich
problemach i nie tylko.
Zamknął
za sobą drzwi. Bez słowa rzucił się na starannie posłane łóżko siostry, na
którym ledwo się mieścił. Podłożył ręce pod głowę i leżał tak przez chwilę, w
milczeniu wpatrując się w sufit. Wreszcie Vicky z westchnieniem odłożyła
książkę na parapet.
-
No dobrze, co cię trapi? – Jej łagodny głos wyrwał go z zamyślenia.
-
Sam nie wiem…
-
Więc przyszedłeś się wyżalić?
-
Nie… Tak… To nie… No może.
-
O proszę, mój braciszek nie wie, co powiedzieć. Czyli chodzi o dziewczynę, mam
rację?
Dan
zamknął oczy, zagryzając wargę. Intuicja siostry była niezawodna. Właśnie
dlatego mógł z nią o wszystkim porozmawiać. Z drugiej strony nigdy nie
poruszali takich tematów, toteż nie bardzo wiedział, jak zacząć. Vicky
cierpliwie czekała, więc wreszcie zebrał się w sobie i zaczął mówić jednym
tchem.
-
No tak. Szwendałem się po lesie i zboczyłem trochę z kursu. Wiesz, chciałem… W
zasadzie to nie wiem. Nieważne. W każdym razie trafiłem nad duże jezioro.
Niesamowita okolica. Zacząłem się rozglądać i zobaczyłem ją na drugim brzegu.
Była… – Urwał, szukając odpowiednich słów.
-
Na pewno była najpiękniejszą istotą, jaką kiedykolwiek widziałeś – podsunęła
siostra z delikatnym uśmiechem.
Chłopak
obrócił głowę i spojrzał na nią z zakłopotaną miną, zastanawiając się, czy
przypadkiem z niego nie kpi.
-
To aż tak oczywiste?
-
Zwykle tak się zaczyna. Mów dalej.
-
Kiedy nie ma o czym. Gapiłem się na nią jak baran póki się nie potknąłem, a
potem zwiałem do lasu.
-
Co?! – Oczy Vicky zrobiły się idealnie okrągłe. – Nie podszedłeś do niej? No to
rzeczywiście baran z ciebie – Zaśmiała się cicho.
-
Nie musisz mi mówić. Korciło mnie nawet, żeby zawrócić, ale co niby miałbym
zrobić?
Starsza
siostra z politowaniem pokręciła głową i spojrzała w okno. Wydawało się, że
całkiem zapomniała o obecności Dana. Wreszcie odezwała się jakby z namysłem.
-
Zawsze jest szansa, że ją jeszcze spotkasz. Tylko jej nie zmarnuj.
To powiedziawszy,
zastygła ze spojrzeniem utkwionym w oddali. Oznaczało to, że audiencja
zakończona. Równie dobrze mógł tu leżeć przez następną godzinę i nie usłyszeć
od niej już ani słowa albo zwyczajnie wyjść. Wybrał drugą opcję i poszedł do
swojego pokoju. Zdjął okulary, odłożył je na biurko i padł na swoje łóżko.
Mając przed oczyma nieznaną dziewczynę, zapadł w sen.
***
Obudził
się wcześnie rano, cały obolały. Usiadł na łóżku i spojrzał na wymięte ubranie.
Nie mógł uwierzyć, że przespał tak całą noc. Wiedział, że coś mu się śniło,
jednak nie pamiętał niczego poza obrazkami, które pojawiały się i zaraz
ulatywały. Przeciągnął się, czując chrupanie w kręgosłupie i poszedł do
łazienki. Wziął krótki zimny prysznic, ubrał się i zszedł do kuchni. Mama
siedziała przy stole, pijąc kawę, której aromat wydał mu się zachęcający. Nalał
sobie pełen kubek z dzbanka stojącego na kredensie, zrobił kanapki i usiadł
naprzeciwko matki, która zmierzyła go uważnym spojrzeniem.
-
Od kiedy to mój syn pija kawę? – Wzruszył tylko ramionami, łapczywie pochłaniając
śniadanie. Od wczorajszego obiadu nie miał nic w ustach. – Czyżby wydarzyło się
coś niezwykłego, Danny?
Zastanowił
się nad odpowiedzią.
-
Właściwie to nie. Wróciłem wczoraj z lasu i położyłem się, dosłownie na
chwilkę.
-
I dopiero się obudziłeś, tak? – Uśmiechnęła się pobłażliwie. – No cóż, każdemu
może się zdarzyć. Co cię tak ścięło?
-
Czy ja wiem…
Matka
jeszcze raz przyjrzała się synowi. Dostrzegła jego nieobecne spojrzenie i
uśmiechnęła się ukradkiem. Nie chciała go wypytywać. Sam powie, kiedy przyjdzie
pora.
-
Dziś masz dzień wolny. – Spojrzał na nią zakłopotany. Widać było, że myślami
był gdzie indziej. Uśmiechnęła się ciepło. – Jak na razie zrobiłeś wszystko, co
miałeś do roboty. Niczego nowego dla ciebie nie planowałam. Naciesz się
wakacjami.
Po
śniadaniu, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, Dan podpiął słuchawki do telefonu,
wyszedł do ogrodu i rozłożył się na trawniku w cieniu starego dębu, całkowicie
odcinając się od świata. Sam nie wiedział, kiedy minęło południe. Vicky
przyszła zawołać go na obiad.
-
Zupełnie nie słyszysz, co się do ciebie mówi, braciszku. – Uśmiechnęła się
filuternie. – Pewnie myślałeś o swojej nimfie, co? Tylko nie wzruszaj znów
ramionami, to kiepski nawyk.
Roześmiał
się, idąc z nią ramię w ramię w stronę domu. Choć starsza, Vicky była dobre
dwadzieścia centymetrów niższa od niego. Nieco pulchna, o wesołych
jasnozielonych oczach, zawsze uśmiechnięta, nawet kiedy było jej ciężko. Nie
brakowało jej wdzięku. Uwielbiali ją wszyscy, z młodszym bratem na czele. Dan
pociągnął ją lekko za długi do pasa warkocz. Żartobliwie trzepnęła go w ramię,
zadzierając głowę, by spojrzeć w jego mętne, szaroniebieskie oczy. Przyjrzawszy
się rozpaczliwie wołającym o strzyżenie kręconym czarnym włosom, konspiracyjnym
tonem szepnęła:
-
Dzisiaj wyjątkowo mógłbyś się uczesać, nim pójdziesz na szwendaczkę – i
pobiegła do domu. Brat spoglądał za nią, uśmiechając się pod nosem. Właściwie
nie zaszkodziłoby… Ponownie wzruszył ramionami i podążył jej śladem.
Po
obiedzie poszedł do swojego pokoju. Usiadł na łóżku patrząc w okno i
zastanawiając się nad sensem tego, co zamierzał zrobić. Jakie są szanse, że w
ogóle znów ją spotka? A jeśli nawet się uda, to co dalej? Nie miał zbyt dużego
doświadczenia w kontaktach z ładnymi dziewczynami… No dobra, w ogóle z dziewczynami.
Nagle
pokręcił głową, śmiejąc się cicho. Przecież na pewno go nie zdobędzie, jeśli
się nie ruszy. Jak to mówią: bez ryzyka nie ma zabawy. Zdjął okulary i
starannie wyczyścił je koszulką, potem sięgnął po grzebień. Vicky mogła się z
niego podśmiewać, ale i tak chciał wypaść najlepiej, jak to możliwe. W końcu
niecodziennie los daje taką szansę, więc jeśli nadarza się okazja, nie wypada
jej zmarnować. Nigdy nie wiadomo, co może przynieść przyszłość.
Wzruszył
ramionami, rzucił grzebień na biurko i ruszył do wyjścia.
-
Wychodzę! – krzyknął od bramki do matki plewiącej grządkę z petuniami.
Skierował
się do lasu. Gdy tylko znalazł się między drzewami, poczuł się jak u siebie.
Nie znał go jeszcze zbyt dobrze, ale już kochał to miejsce. Miał doskonałą orientację
w terenie, bez problemu powinien więc odnaleźć jezioro, choć poprzedniego dnia
znalazł się nad nim po raz pierwszy. Nie myśląc o tym, jaką drogę powinien
obrać, zaczął iść w kierunku, który wydawał mu się właściwy. Choć z jednej
strony chciał przyspieszyć, by jak najszybciej się tam znaleźć, z drugiej miał
ochotę wrócić do domu. Nie było łatwo zmuszać się do każdego kolejnego kroku.
Szedł bardzo powoli, bijąc się z myślami. Bał się, że jej tam nie będzie. Albo,
że będzie. A on nie zdobędzie się na odwagę i nie podejdzie do niej, marnując
być może ostatnią szansę, jaką postanowił dać mu kapryśny los. Albo, że w końcu
podejdzie i tylko się zbłaźni. A co, jeśli miałoby się udać – miałby potem
żałować, że nie spróbował? Zatrzymał się, zaciskając pięści, i spojrzał w górę.
Szumiący cicho zielony baldachim dawał ochronę przed prażącym niemiłosiernie
słońcem. Aż chciałoby się zostać tu dłużej…
-
Ogarnij się – mruknął ze zniecierpliwieniem i raźnym krokiem ruszył dalej.
Szybko jednak zwolnił,
rozglądając się niepewnie. A może to nie tędy? Zły na siebie wcisnął ręce do
kieszeni spodni i znów przyspieszył. Zachowujesz
się jak baba, co z tobą? Nie mógł zrozumieć, co się z nim dzieje, dlaczego
tak go to wszystko przeraża.
Nie wiedząc kiedy,
dotarł na skraj lasu. Kilka kroków dalej teren zaczynał się gwałtownie obniżać,
schodząc stromo aż do tafli dużego jeziora. Z tej strony brzeg był porośnięty
trzciną, z drugiej w jezioro wcinał się wąski drewniany pomost, do którego
przywiązana była niewielka łódka. Nieopodal, w tym samym miejscu co wcześniej,
siedziała ona. Ubrana w długą białą sukienkę, z rozpuszczonymi włosami,
wyglądała jeszcze piękniej niż wczoraj.
Zatrzymał się na
moment, a potem zdecydowanie skręcił w prawo. Zaczął szukać zejścia na dół. Nie
było to łatwe, ale Dan był zdeterminowany. Teraz już nie zamierzał odpuścić, w
końcu raz się żyje! Wreszcie jakoś dotarł nad brzeg jeziora i rozpoczął mozolną
wędrówkę, aby je okrążyć. Zabrało mu to sporo czasu.
Na dodatek gdy zaczął
zbliżać się do dziewczyny, jej pies zerwał się z ziemi i rzucił z warczeniem w
jego kierunku.
- Tiana! – zawołała
cicho. Owczarek szkocki zatrzymał się i zaczął przyglądać się Danowi
podejrzliwie. – Stój spokojnie – już nieco głośniej zwróciła się do chłopaka. –
Nic ci nie zrobi.
Wzruszył ramionami i
przykucnął, wyciągając rękę w stronę zwierzęcia. Suka powoli podeszła i zaczęła
go obwąchiwać. Nie był pewien, co zrobi, ale postanowił zaryzykować. Kto wie,
może to klucz? Zresztą, mimo pozorów nie wydawała się groźna. Spojrzała na niego
mądrymi oczyma. Spróbował ją pogłaskać. Nie cofnęła się, gdy zanurzył dłoń w
jej miękkiej, mokrej sierści. Wstał więc i spróbował podejść do dziewczyny.
Pies nie odstępował go na krok, zupełnie jakby go pilnował, ale nie był
agresywny.
Dan przysiadł na trawie
nieopodal nieznajomej piękności.
- No proszę, masz
podejście do zwierząt. – Uśmiechnęła się lekko, nawet na niego nie patrząc. –
Amanda.
- Dan.
Nie odezwała się
więcej. Pies znów legł u jej stóp, łypiąc na chłopaka brązowym okiem. Zaczęła
go drapać za uchem, na co zareagował pełnym entuzjazmu uderzeniem ogona o
ziemię.
Dan zaczął ukradkiem
przyglądać się dziewczynie. Lekko pofalowane włosy zdawały się lśnić własnym
blaskiem. Duże szare oczy spoglądały w dal z rozmarzeniem. Na małym nosku i
policzkach gdzieniegdzie rozsiane były urocze piegi. Jej twarz wyrażała smutek.
Całość w połączeniu z owiewającą ją aurą tajemniczości wywierała na chłopaku
piorunujące wrażenie. Zarumienił się, gdy spostrzegła, że na nią patrzy i
obróciła się ku niemu. Wreszcie przerwała ciszę.
- Nie kojarzę cię.
Pewnie niedawno się sprowadziliście?
Dan wzruszył lekko
ramionami.
- W ubiegłym roku.
Prawdę mówiąc jeszcze się tu nie zapuszczałem, dopiero poznaję okolicę.
- Pięknie tu, prawda? –
Uśmiechnęła się smutno. – Zawsze lubiłam tu przychodzić z Tianą. Ona kocha
wodę. A ja kocham to miejsce.
Chłopak spojrzał na
sukę, która na dźwięk swojego imienia uniosła lekko głowę i spojrzała na
Amandę. Co dziwne, sprawiała wrażenie dość zaniedbanej, choć bez wątpienia szczęśliwej.
- Piękny pies. Ale
wygląda…
Dziewczyna powędrowała
spojrzeniem za jego wzrokiem.
- Trochę dziko, co? –
Skinęła głową, drapiąc zwierzę za uchem. – Niestety, rodzice nie chcieli jej
zatrzymać, bo uciekała. Wciąż tu z nią przychodzę, bo bardzo się do mnie
przywiązała. Nie chciałam, żeby kompletnie straciła zaufanie do ludzi. Szkoda
mi jej.
Znów zapadła między
nimi cisza. Dan nie wiedział, co powiedzieć, jak się zachować. W końcu podjął
pierwszy lepszy temat i wciągnął ją w rozmowę. Nie była zbyt gadatliwa, za to
uprzejma i otwarta, choć sprawiała też wrażenie nieco nieśmiałej. Rozmawiało
się z nią przyjemnie, łatwo się dogadali. Chłopak nagle zorientował się, że
siedzą tak już bardzo długo i że powinien wracać do domu. Gdy tylko o tym
wspomniał, Amanda znów posmutniała.
- Rozumiem.
- Czy jest szansa, że
zobaczymy się ponownie?
Posłała mu delikatny
uśmiech.
- Jestem tu codziennie.
Nie potrafiąc ukryć
zadowolenia wstał, pożegnał się szybko i ruszył w drogę powrotną. Gdy był już
po przeciwnej stronie stawu, odwrócił się i pomachał do dziewczyny, która wciąż
siedziała bez ruchu. Odpowiedziała lekkim skinieniem i powtórnie zapatrzyła się
przed siebie.
***
-
Nie, serio?
Dan
uśmiechnął się i lekko skinął głową. Vicky patrzyła na niego wielkimi jak
spodki oczyma, wciąż nie dowierzając, że zdobył się na odwagę i to tak szybko.
Jej brat zawsze był nieśmiały i skryty, a tu proszę, taka niespodzianka. Nigdy
nie pomyślałaby, że podejdzie do całkowicie obcej dziewczyny. Zwłaszcza takiej,
która mu się spodobała. I to od pierwszego wejrzenia.
-
I mówisz, że jej pies cię polubił?
-
Może nie od razu, ale coś na kształt…
-
No no, chyba znalazłeś drogę do serca tej dziewczyny – Zaśmiała się. – Jak ma
na imię?
-
Amanda.
Słysząc,
w jaki sposób to wymówił, starsza siostra przyjrzała się chłopakowi uważnie.
-
Coś z tego będzie?
Dan
zmieszał się na te słowa, nie wiedział, co odpowiedzieć. Z roztargnieniem zmierzwił
jej włosy, nie zwracając uwagi na protesty. Nie lubiła, kiedy traktował ją jak
małą dziewczynkę, choć czasem rzeczywiście tak wyglądała. A jego niezmiernie to
bawiło. Uśmiechnął się szeroko, kiedy wymierzyła mu bolesnego kuksańca. Zaraz
jednak spoważniał, gdy spojrzała na niego pytająco. Wzruszył tylko ramionami.
-
Chyba nigdy się tego nie oduczysz, co? – Oparła mu głowę na ramieniu, choć ze
względu na sporą różnicę wzrostu musiała się przy tym nieźle nagimnastykować. –
Mój mały braciszek – szepnęła. – Wiesz, że skoro już zrobiłeś pierwszy krok,
musisz się starać najlepiej, jak potrafisz, prawda? – powiedziała surowo.
Skinął
głową. Cała Vicky. Zawsze mógł liczyć na to, że stanie po jego stronie. Ale nie
była to osoba, po której należałoby się spodziewać klepania po plecach i słów w
stylu „Jakoś to będzie, dasz radę”. O nie. Siostra dobrze wiedziała, na ile go
stać i dokładnie tyle od niego oczekiwała. W każdej sytuacji. Nie miał co
liczyć na zbawienne rady, jak powinien postępować. Musiał sam zmierzyć się z
problemem, to nie ulegało wątpliwości. Jeśli to spartoli, Vicky będzie pierwszą
osobą, która skopie mu tyłek. A potem i tak będzie bronić go przed resztą
świata. Uściskał nieco zaskoczoną starszą siostrę i podniósł się z ziemi.
-
Chyba zgłodniałem. Idziesz?
-
Ciągle zapominam, że chłopcy w tym wieku mają żołądki bez dna. – Przewróciła
oczami. – Rodzice w końcu przez ciebie zbankrutują – Zachichotała, a potem
lekko wzruszyła ramionami, puszczając oko do brata. – Zjedz za mnie, nie
zaszkodzi ci.
Kiedy
Dan ruszył do domu, Vicky odprowadziła go wzrokiem z błąkającym się na ustach zagadkowym
uśmiechem.
***
Siedzieli
oboje na trawie o kilka kroków od siebie i obserwowali kąpiącego się owczarka.
Tiana wydawała się być niezmiernie szczęśliwa, gdy tak brykała w wodzie,
usiłując łapać niewielkie fale tworzące się na jej powierzchni. W pewnej chwili
Amanda lekko zagwizdała, unosząc w dłoni jakiś patyk. Suka stanęła na brzegu,
patrząc na nią uważnie i nastawiając czujnie uszu. Kij poszybował w powietrzu. Zwierzę
bez wahania rzuciło się w wodę, nim jeszcze zdążył z głośnym pluskiem uderzyć o
taflę jeziora.
Już po chwili Tiana
wpadła pomiędzy dwoje nastolatków, dumnie trzymając w pysku swoje trofeum i
szaleńczo chlaszcząc na wszystkie strony ociekającym wodą ogonem. Dan oberwał
nim w twarz, niezdarnie próbując się uchylić.
- Tiana! – Roześmiał
się.
Pies w mgnieniu oka
obrócił się w stronę chłopaka i skoczył, powalając go na ziemię. Jego szorstki
język przekrzywił i pokrył warstewką śliny już i tak umorusane okulary Dana.
Zanosząc się śmiechem, spróbował osłonić twarz przed natarczywymi oznakami
psiej radości.
- Wystarczy – Cichy
dziewczęcy głos sprawił, że suka od razu spotulniała. Posłusznie usiadła obok,
wreszcie pozwalając podnieść się z ziemi swojej rozbawionej ofierze.
Chłopak usiadł i
spojrzał na siebie. Choć niewiele widział, czuł, że jest cały mokry. Zdjął z
nosa obślinione okulary i potrząsnął głową, usiłując pozbyć się zaplątanych we
włosy źdźbeł trawy. Spróbował wyczyścić szkła brzegiem koszulki, jednak
niewiele to dało. Wzdychając komicznie, sięgnął do kieszeni po szmatkę, którą z
przyzwyczajenia nadal nosił, choć tak naprawdę nie używał jej od wieków.
Przez cały czas, gdy
usiłował jako tako doprowadzić się do porządku, czuł, że jest obserwowany. Gdy
wreszcie ponownie ubrał okulary i uniósł wzrok, pierwsze, co zobaczył, to łagodne
spojrzenie szarych oczu i drugie, czujne i uważne, brązowych. Jego żołądek
wywinął fikołka, gdy Amanda posłała mu ostrożny uśmiech. Jego serce
przyspieszyło rytm, gdy postanowił zaryzykować:
- Mandy… Masz cudowne
oczy. – Dziewczyna nieśmiało spuściła głowę, długie ciemne rzęsy położyły
cienie na jej policzkach. Dan z wahaniem sięgnął do jej twarzy. Delikatnie ujął
ją pod brodę i nieco uniósł, zmuszając, by ponownie na niego spojrzała. –
Naprawdę – Przyjrzał im się lepiej, przysuwając się nieco – Są niesamowite.
Nie odważył się na
więcej. Tiana wyciągnęła się tuż przy nim, wzdychając głęboko. Chłopak cofnął
dłoń, a Amanda odwróciła głowę i spojrzała smutno na jezioro.
- Kogoś mi przypominasz
– powiedziała cicho.
Dan nie chciał o nic
pytać. Widział, że to, o czym myśli Mandy, sprawia jej ból. Nastała między nimi
niezręczna cisza. W końcu przerwała ją dziewczyna.
- Tiana cię polubiła. –
Zwierzę radośnie zamerdało ogonem. – Nie powinnam cię o to prosić, ale… Wiesz,
nie mogę jej zabrać ze sobą. Może ty…
- Chcesz, żebym
przygarnął twojego psa? – spytał z niedowierzaniem. To nie powinien być
problem, jeśli chodzi o jego rodziców, ale przecież… No, w życiu nie
spodziewałby się czegoś takiego po dziewczynie, którą dopiero co poznał.
Amanda spojrzała na
niego poważnie.
- Zbyt długo już się
błąka. Nie chcę, żeby dalej tak było. A do tej pory nie zdarzyło się, by komuś
zaufała tak jak tobie. W ogóle nie pozwalała do siebie podejść nikomu poza mną.
A ja nie mogę się nią zająć.
- No dobrze. Nie
chciałbym was rozdzielać, ale skoro ci zależy, chętnie się nią zaopiekuję.
Kocham psy, ale odkąd zdechł mój staruszek, nie mieliśmy w domu żadnego
zwierzęcia.
Podniósł wzrok i ze
zdumieniem zauważył, jak blisko niego znajduje się dziewczyna. Wpatrywała się w
niego niesamowicie błyszczącymi oczami, z nieśmiałym uśmiechem. Delikatnie
dotknął jej policzka. Mandy wtuliła twarz w jego dłoń, patrząc na niego
wyczekująco. Nie zastanawiając się nad tym, co właściwie robi, Dan pochylił się
i musnął wargami jej usta. Były chłodne i smakowały słodko. Zrobił to jeszcze
raz, nieco mocniej i dłużej, a potem się odsunął. Nie mógł uwierzyć w to, co
się właśnie stało. Dziewczyna oparła czoło na jego ramieniu, równocześnie
szukając jego dłoni. Jej dotyk był delikatny i ostrożny, gdy splatała razem ich
palce. Drżała ledwo wyczuwalnie. Chłopak oparł policzek na jej włosach, nie
dowierzając własnemu szczęściu.
- Będziesz tu z nią
przychodził? – usłyszał ciche pytanie.
- Bądź spokojna, zajmę
się nią najlepiej, jak potrafię. – Westchnął ciężko, uświadamiając sobie nagle,
jak długo już przebywa poza domem. – Wybacz. Muszę już iść.
Amanda uniosła głowę.
Jej oczy błyszczały od łez, a jednak się uśmiechała. Wreszcie wyglądała na szczęśliwą.
Cmoknęła go w policzek.
- W porządku. Tyle ci
zawdzięczam. – Podniosła się z ziemi razem z nim i objęła go delikatnie. Z
uśmiechem odwzajemnił uścisk. – Będę za tobą tęsknić – ledwo słyszalnie wyszeptała
mu do ucha, po czym wyplątała się z objęć. – Tiana, idź z Danem – zwróciła się
do psa. Suka smutno spojrzała na dziewczynę i polizała ją po dłoni, a potem
powoli podążyła za oddalającym się nowym właścicielem.
Idąc szybko przez las z
psem u boku Dan rozmyślał o widoku, jaki ukazał się jego oczom, gdy tuż przed
wkroczeniem między drzewa obejrzał się na Amandę. Wciąż stała na drugim brzegu.
Wydawało mu się, że wpatruje się w niego, jednak jej sylwetka była niewyraźna,
zupełnie jakby spowiła ją mgła. Nie mógł oprzeć się dziwnemu wrażeniu, że widzi
ją po raz ostatni. Ogarnęło go przygnębienie. Tiana też wydawała się jakaś
nieswoja. Zupełnie nie ten pies, co przedtem. Nagle zatrzymała się i usiadła
pod wielkim dębem. Chłopak zawrócił i przyklęknął przed nią.
- Co jest, mała? –
spytał cicho, drapiąc ją za uchem.
Pies spojrzał na niego
mądrze swoimi ciepłymi brązowymi oczami. Nagle wydało mu się, że dostrzegł w
nich dziwny błysk. Przez jeden krótki moment Tiana patrzyła na niego oczami
Amandy. A potem wesoło zamerdała ogonem i polizała go po twarzy. Oszołomiony
Dan wstał i poszedł dalej, tępo gapiąc się w ziemię, a zwierzę ochoczo ruszyło
za nim.
Gdy przekroczył bramkę,
suka trzymała się o krok za nim, rozglądając się uważnie. Mama, która właśnie
skończyła pracę w ogrodzie, stanęła jak wryta na jej widok. Chłopak podszedł do
niej i przywołał Tianę. Tarmosząc jej sierść na karku, zwrócił się do
zaskoczonej matki:
- Mogę ją zatrzymać? –
spytał bez ogródek.
Kobieta uważnie
przyjrzała się psu. Dostrzegł w jej oczach błysk zrozumienia, gdy z uśmiechem
skinęła głową. Przyklękła i wyciągnęła rękę, pozwalając zwierzęciu ją obwąchać,
nim zanurzyła palce w gęstej czarnej sierści.
- Wabi się Tiana.
- Cóż, Tiano, nim
wpuszczę cię do domu, czeka cię porządna kąpiel. – Spojrzała na syna znacząco.
– Rozumiem, że to twój pies, skoro to ty ją przyprowadziłeś.
- Jasne. Zajmę się nią.
***
Usłyszał
ciche pukanie do drzwi. Przeciągnął się leniwie, nie podnosząc się z łóżka, i
uspokajającym gestem położył rękę na karku leżącego na podłodze psa.
-
Wejdź!
Drzwi
uchyliły się cicho. Stanęła w nich Vicky.
-
Mama mówi, że przyprowadziłeś do domu psa. Czemu nie przyszedłeś się pochwalić?
-
Słyszałem, że ktoś u ciebie jest, nie chciałem przeszkadzać.
-
Ale ja też jestem ciekawa! – Estelle zajrzała do pokoju przez ramię jego
siostry. Gdy jej spojrzenie spoczęło na zwierzęciu, jej oczy zrobiły się
okrągłe niczym spodki. – Nie do wiary! Jak udało ci się oswoić tego dzikusa?
Nie
czekając na zaproszenie, dziewczyna wpadła jak burza do pokoju Dana i rozsiadła
się na najbliższym krześle. Nieco zaskoczona jej zachowaniem Vicky przewróciła
oczami i podążyła za nią, zamykając za sobą drzwi. Chłopak podniósł się do
pozycji siedzącej, a zaniepokojona Tiana wskoczyła na łóżko i ułożyła się tuż
obok, kładąc głowę na jego kolanach.
Czując
na sobie pytające spojrzenia rodzeństwa, Estelle zaczęła swoją opowieść.
-
To było, zdaje się, niedługo przed tym, nim się wprowadziliście. Niedaleko tego
wielkiego jeziora po drugiej stronie lasu, no wiecie… – Dan skinął głową – Stoi
tam piękny dom. Teraz powoli zamienia się w ruinę, bo nikt w nim nie mieszka,
ale wtedy jeszcze należał do bogatego małżeństwa. Mieli córkę, jedynaczkę.
Miała na imię… Czekajcie, niech sobie przypomnę… Amanda? No, chyba tak. To był
jej pies – Ruchem ręki wskazała na Tianę. – No więc ta Amanda, wiecie,
niejednemu zawróciła w głowie. Była bardzo ładna. W zasadzie mogłaby mieć
każdego. Ale chodziła z chłopakiem, który był… Taki zwykły. Nic specjalnego. Z
wyglądu trochę podobny do ciebie, Danny. – Uśmiechnął się pod nosem, widząc,
jak Vicky piorunuje przyjaciółkę spojrzeniem. – Długo byli razem. Ale zdarzył
się jakiś wypadek na jeziorze. Nikt nie wie dokładnie, co się stało, w każdym
razie chłopak utonął. A ona musiała go bardzo kochać. Niedługo potem popełniła
samobójstwo. Mówili, że utopiła się z rozpaczy. – Nie zważając na szok malujący
się na twarzy nagle pobladłego Dana ciągnęła dalej – A pies zdziczał. Jej
rodzice próbowali różnych sposobów, ale nic to nie dawało, ciągle uciekał i
błąkał się w okolicach miejsca, gdzie Amanda się zabiła. W końcu dali sobie z
nim spokój. Wyprowadzili się, a jego tu zostawili. Ktoś nawet chciał go
przygarnąć, próbował oswoić, ale pies nikogo do siebie nie dopuszczał. – Zaczerpnęła
głęboko powietrza, jakby dopiero teraz przypomniała sobie o oddychaniu. –
Dlatego tak mnie zaskoczyło, kiedy go zobaczyłam. Jak udało ci się to osiągnąć,
chłopaku?
Dan
wzruszył tylko ramionami. Nie mógł wykrztusić ani słowa. To, co właśnie usłyszał,
wprawiło go w takie osłupienie, że miał wrażenie, jakby znalazł się w jakimś
idiotycznym śnie. Spojrzał na siostrę. Vicky wyglądała zupełnie tak, jak on się
teraz czuł. A Estelle jakby w ogóle tego nie zauważyła, uśmiechnęła się
szeroko.
-
No nic, na mnie już czas. Fajnie, że ta przybłęda wreszcie znalazła dom. Piękna
jest.
Gdy
dziewczyna ruszyła do drzwi, chłopak spojrzał na Vicky i bezgłośnie zapytał:
„Rozumiesz coś z tego?”, lecz ona tylko lekko potrząsnęła głową i poszła za
przyjaciółką. Nie wiedząc, co o tym wszystkim sądzić, Dan pochylił się i
przytulił do psa. Patrząc w jego mądre szare oczy usłyszał w głowie cichy głos,
ulotny szept: Pomogłeś mi odejść.
Dziękuję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz