15 sierpnia 2017

One shot



Masz przed sobą nadzwyczaj krótki tekścik, właściwie bardziej ćwiczeniowy niż posiadający jakikolwiek głębszy sens. Po pierwsze, w pewnym sensie zainspirowany pewnymi osobami i wydarzeniami z przeszłości, lecz nawiązujący do nich bardzo luźno. Po drugie, napisany na dość szczególne zamówienie. Uszanowanko. Enjoy!
 

            Nad miasteczkiem zapadła noc. W wąskiej uliczce, przy której mieścił się całodobowy sklep monopolowy, była ona wyjątkowo nieprzychylna dla przypadkowych przechodniów. W całej obskurnej dzielnicy było niewiele latarni – tutaj zaś ta jedyna, stojąca w miejscu nie dającym najmniejszych szans na zarobek żadnej przedsiębiorczej istocie płci niekoniecznie pięknej, od niepamiętnych czasów była zepsuta. Gdyby tylko ktoś zechciał poświęcić jej odrobinę uwagi, łatwo domyśliłby się, że w jej burzliwej historii było co najmniej kilka niezbyt udanych, pospiesznych parkowań równoległych oraz, być może, jakiś mało znaczący w tym miejscu akt wandalizmu. W zasadzie jednak wątłe światło, jakim mogłaby obdarzyć ona swoją okolicę, nie było nikomu do niczego potrzebne. Cała uwaga nocnych gości w tej zapomnianej przez ludzi okolicy i tak skupiała się zawsze tylko na jednym celu – niewielkim sklepiku o wątpliwej reputacji. Jego zniszczony neon wciąż od czasu do czasu słabo pobłyskiwał, wysyłając zagubionym wędrowcom w mroku tajne znaki, które bezbłędnie odczytać mogli tylko nieliczni wtajemniczeni.
            Wnętrze sklepu przedstawiało sobą mizerny widok. Najwyraźniej przetrwał on już niejeden najazd wikingów, zlot bandy zaprzyjaźnionych anarchistów, być może nawet bombardowanie. Był niczym karaluch – nawet pozbawiony głowy, kiedy wszystko inne dawno już zginęło w wojnie atomowej, uparcie trzymał się mizernych resztek podłego życia, jakie wiódł, nikt zresztą nie wiedział, po co.
            Właściwie jednak niektórzy wiedzieli, lecz była to tak niewielka garstka ludzi (prawdopodobnie), że zaplecze monopolowego, na którym toczyło się drugie, potajemne życie, do tej pory nie obrosło legendą. Krążyły jedynie pogłoski – wszystkie sprzeczne, żadna nie potwierdzona. Poza wąskim kręgiem nikt nie wiedział tak naprawdę, czego można się spodziewać. Melina? Gildia magów? Dziewiąte wrota?
            Dwóch pryszczatych wyrostków siedziało w niepozornym szarym samochodzie, wypalając ostatnie skręty. Trawa się kończyła, musieli zdobyć skądś nowy towar. Byli przekonani, że znajdą go w tym właśnie sklepie – na zapleczu, owianym tak ścisłą tajemnicą, że nie zdołała jej wyprzeć żadna miejska legenda.
Siekiera, motyka, piłka szklanka,
W nocy nalot, w dzień łapanka…
            Wzdrygnęli się obaj na dźwięk zgrzytliwego głosu fałszywie intonującego durną przyśpiewkę. Jeden z nich zaklął przeciągle, szybko zamocował tłumik na lufie nowego pistoletu, który udało mu się zwędzić nie wiadomo gdzie i nie wiadomo komu. Niedbale wysunął rękę z bronią przez okno z wybitą szybą i czekał. Gdy tylko śpiewak ukazał się pod zepsutą latarnią, krótko wycelował i strzelił. Znów zaklął, tym razem z wyraźnym zadowoleniem, podziwiając swoje dzieło. Drugi prychnął tylko pogardliwie i naciągnął kominiarkę, drugą rzucając towarzyszowi.
            Dwóch zamaskowanych typków wysiadło ze źle zaparkowanego samochodu, nawet nie starając się zachowywać dyskretnie. Wyższy wetknął dopiero co użyty pistolet za pasek spodni i poprawił okulary wystające spod kominiarki. Ruszył przed siebie, nieco się zataczając i podśpiewując pod nosem One shot two shot Eminema piskliwym głosikiem, który chyba nigdy nie słyszał o mutacji.
            - Zamknij ryj, Slim Shady – warknął drugi, okraszając wypowiedź pokaźną wiązanką nienadających się do druku kawałków soczystego mięsiwa. – Bo sam ci go zamknę.
            Chudzielec pokornie opuścił głowę, wyjął pistolet zza pasa i z rozpędu uderzył z byka w tak brudną, że nieprzepuszczającą absolutnie żadnego światła witrynę monopolowego. Przeleciał przez nią z hukiem godnym zamachowca-samobójcy oddającego ostatnią przysługę swemu bogu. Jego towarzysz użył drzwi, które naturalnie nie były zamknięte. Przecież sklep, na co wskazywała zarówno nazwa, jak i jaskraworóżowy neon, był całodobowy.
            Za ladą stał staruszek z długą białą brodą zatkniętą za sznur przepasający niezwykle dziwaczny strój. Spojrzał na nich bystro znad okularów i uchylił pogiętego kapelusza.
            - Brawo, ziemniaku – zwrócił się ironicznie do niemogącego zebrać się z podłogi chudzielca. – Dziesięć punktów dla Gryffindoru. Czym mogę panom służyć?
            Pan dziadzia najwyraźniej nic nie robił sobie z wycelowanej w siebie broni. Przyglądał się wyrostkom, jakby zastanawiał się, gdzie tacy idioci mogli się uchować. Z jego oczu niemal można było wyczytać: że też do tej pory nikt ich nie zamknął gdzieś w piwnicy bez drabiny i dostępu do światła. Tkwiliby tam, aż by zakwitli. Myszy by się ucieszyły z towarzystwa…
            - Co się gapisz, dziadu?! – huknął niższy nieudolnie zmienionym głosem. – Prowadź na zaplecze, jak ci życie miłe! – Podchwycił ten tekst w jakimś filmie i do tej pory wydawało mu się, że brzmi zajedwabiście, teraz jednak, gdy usłyszał go z własnych ust, nie był już tego taki pewien.
            Staruszek lekko skinął głową, odwrócił się i zniknął za zakurzoną kotarą rozwieszoną między dwoma niemal pustymi regałami, na których w założeniu powinny były piętrzyć się rozmaite alkohole. Młodzieńcy w kominiarkach niedbale ruszyli za nim, przekonani o swoim sprycie. A to ci dopiero, będzie co opowiadać chłopakom z kółka rolniczego. Może wreszcie przyjmą ich do paczki…
            Oślepiający huk, ogłuszający błysk, chmara gołębi, tumany kurzu – i nagle ich twarze spotkały się z poruszającą się w dziwnym rytmie podłogą z surowego drewna. Chudszy wrzasnął, zrywając się na nogi, i zdarł z twarzy kominiarkę pełną ostrych jak żyleta drzazg. Rozejrzał się wokół zdezorientowany i spostrzegł, że wcale nie znajdują się na zapleczu sklepu monopolowego, ale na olbrzymim statku, który mknął przed siebie po osobliwych torach przypominających rozgotowane spaghetti…
            - Ciasny! Ocknij się, Ciasny! – Zamrugał nerwowo, gdy kumpel po raz ostatni szarpnął go za ramię. – Nie wiem, co brałeś, ale… – Znów mrugnął, nie mogąc pojąć, skąd nagle wziął się nad nim baldachim nagich jeszcze gałęzi jabłoni. Kolega ponownie nim potrząsnął, z trudem stawiając na nogi. – Ogar, ziom! Spadamy stąd.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz