Masz przed sobą nadzwyczaj krótki tekścik, właściwie
bardziej ćwiczeniowy niż posiadający jakikolwiek głębszy sens. Po pierwsze, w
pewnym sensie zainspirowany pewnymi osobami i wydarzeniami z przeszłości, lecz
nawiązujący do nich bardzo luźno. Po drugie, napisany na dość szczególne
zamówienie. Uszanowanko. Enjoy!
Nad
miasteczkiem zapadła noc. W wąskiej uliczce, przy której mieścił się całodobowy
sklep monopolowy, była ona wyjątkowo nieprzychylna dla przypadkowych
przechodniów. W całej obskurnej dzielnicy było niewiele latarni – tutaj zaś ta
jedyna, stojąca w miejscu nie dającym najmniejszych szans na zarobek żadnej
przedsiębiorczej istocie płci niekoniecznie pięknej, od niepamiętnych czasów
była zepsuta. Gdyby tylko ktoś zechciał poświęcić jej odrobinę uwagi, łatwo
domyśliłby się, że w jej burzliwej historii było co najmniej kilka niezbyt
udanych, pospiesznych parkowań równoległych oraz, być może, jakiś mało znaczący
w tym miejscu akt wandalizmu. W zasadzie jednak wątłe światło, jakim mogłaby
obdarzyć ona swoją okolicę, nie było nikomu do niczego potrzebne. Cała uwaga
nocnych gości w tej zapomnianej przez ludzi okolicy i tak skupiała się zawsze
tylko na jednym celu – niewielkim sklepiku o wątpliwej reputacji. Jego
zniszczony neon wciąż od czasu do czasu słabo pobłyskiwał, wysyłając zagubionym
wędrowcom w mroku tajne znaki, które bezbłędnie odczytać mogli tylko nieliczni
wtajemniczeni.
Wnętrze
sklepu przedstawiało sobą mizerny widok. Najwyraźniej przetrwał on już niejeden
najazd wikingów, zlot bandy zaprzyjaźnionych anarchistów, być może nawet
bombardowanie. Był niczym karaluch – nawet pozbawiony głowy, kiedy wszystko
inne dawno już zginęło w wojnie atomowej, uparcie trzymał się mizernych resztek
podłego życia, jakie wiódł, nikt zresztą nie wiedział, po co.
Właściwie
jednak niektórzy wiedzieli, lecz była to tak niewielka garstka ludzi
(prawdopodobnie), że zaplecze monopolowego, na którym toczyło się drugie,
potajemne życie, do tej pory nie obrosło legendą. Krążyły jedynie pogłoski –
wszystkie sprzeczne, żadna nie potwierdzona. Poza wąskim kręgiem nikt nie
wiedział tak naprawdę, czego można się spodziewać. Melina? Gildia magów?
Dziewiąte wrota?
Dwóch
pryszczatych wyrostków siedziało w niepozornym szarym samochodzie, wypalając
ostatnie skręty. Trawa się kończyła, musieli zdobyć skądś nowy towar. Byli
przekonani, że znajdą go w tym właśnie sklepie – na zapleczu, owianym tak
ścisłą tajemnicą, że nie zdołała jej wyprzeć żadna miejska legenda.
Siekiera,
motyka, piłka szklanka,
W
nocy nalot, w dzień łapanka…
Wzdrygnęli
się obaj na dźwięk zgrzytliwego głosu fałszywie intonującego durną przyśpiewkę.
Jeden z nich zaklął przeciągle, szybko zamocował tłumik na lufie nowego
pistoletu, który udało mu się zwędzić nie wiadomo gdzie i nie wiadomo komu.
Niedbale wysunął rękę z bronią przez okno z wybitą szybą i czekał. Gdy tylko
śpiewak ukazał się pod zepsutą latarnią, krótko wycelował i strzelił. Znów
zaklął, tym razem z wyraźnym zadowoleniem, podziwiając swoje dzieło. Drugi
prychnął tylko pogardliwie i naciągnął kominiarkę, drugą rzucając towarzyszowi.
Dwóch
zamaskowanych typków wysiadło ze źle zaparkowanego samochodu, nawet nie
starając się zachowywać dyskretnie. Wyższy wetknął dopiero co użyty pistolet za
pasek spodni i poprawił okulary wystające spod kominiarki. Ruszył przed siebie,
nieco się zataczając i podśpiewując pod nosem One shot two shot Eminema piskliwym głosikiem, który chyba nigdy
nie słyszał o mutacji.
-
Zamknij ryj, Slim Shady – warknął drugi, okraszając wypowiedź pokaźną wiązanką
nienadających się do druku kawałków soczystego mięsiwa. – Bo sam ci go zamknę.
Chudzielec
pokornie opuścił głowę, wyjął pistolet zza pasa i z rozpędu uderzył z byka w
tak brudną, że nieprzepuszczającą absolutnie żadnego światła witrynę
monopolowego. Przeleciał przez nią z hukiem godnym zamachowca-samobójcy
oddającego ostatnią przysługę swemu bogu. Jego towarzysz użył drzwi, które
naturalnie nie były zamknięte. Przecież sklep, na co wskazywała zarówno nazwa,
jak i jaskraworóżowy neon, był całodobowy.
Za
ladą stał staruszek z długą białą brodą zatkniętą za sznur przepasający
niezwykle dziwaczny strój. Spojrzał na nich bystro znad okularów i uchylił
pogiętego kapelusza.
-
Brawo, ziemniaku – zwrócił się ironicznie do niemogącego zebrać się z podłogi
chudzielca. – Dziesięć punktów dla Gryffindoru. Czym mogę panom służyć?
Pan
dziadzia najwyraźniej nic nie robił sobie z wycelowanej w siebie broni.
Przyglądał się wyrostkom, jakby zastanawiał się, gdzie tacy idioci mogli się
uchować. Z jego oczu niemal można było wyczytać: że też do tej pory nikt ich nie zamknął gdzieś w piwnicy bez drabiny i
dostępu do światła. Tkwiliby tam, aż by zakwitli. Myszy by się ucieszyły z
towarzystwa…
-
Co się gapisz, dziadu?! – huknął niższy nieudolnie zmienionym głosem. – Prowadź
na zaplecze, jak ci życie miłe! – Podchwycił ten tekst w jakimś filmie i do tej
pory wydawało mu się, że brzmi zajedwabiście, teraz jednak, gdy usłyszał go z
własnych ust, nie był już tego taki pewien.
Staruszek
lekko skinął głową, odwrócił się i zniknął za zakurzoną kotarą rozwieszoną
między dwoma niemal pustymi regałami, na których w założeniu powinny były
piętrzyć się rozmaite alkohole. Młodzieńcy w kominiarkach niedbale ruszyli za
nim, przekonani o swoim sprycie. A to ci dopiero, będzie co opowiadać chłopakom
z kółka rolniczego. Może wreszcie przyjmą ich do paczki…
Oślepiający
huk, ogłuszający błysk, chmara gołębi, tumany kurzu – i nagle ich twarze
spotkały się z poruszającą się w dziwnym rytmie podłogą z surowego drewna.
Chudszy wrzasnął, zrywając się na nogi, i zdarł z twarzy kominiarkę pełną
ostrych jak żyleta drzazg. Rozejrzał się wokół zdezorientowany i spostrzegł, że
wcale nie znajdują się na zapleczu sklepu monopolowego, ale na olbrzymim
statku, który mknął przed siebie po osobliwych torach przypominających
rozgotowane spaghetti…
-
Ciasny! Ocknij się, Ciasny! – Zamrugał nerwowo, gdy kumpel po raz ostatni
szarpnął go za ramię. – Nie wiem, co brałeś, ale… – Znów mrugnął, nie mogąc
pojąć, skąd nagle wziął się nad nim baldachim nagich jeszcze gałęzi jabłoni.
Kolega ponownie nim potrząsnął, z trudem stawiając na nogi. – Ogar, ziom!
Spadamy stąd.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz