Poniższe opowiadanie powstało w ubiegłym roku, zdaje się,
że nawet na halloween. Pomysł powstał, gdy wracałam z ćwiczeń, które kończyłam
o 19 - o tej porze uczelnia jest już praktycznie pusta, a oświetlony upiornym światłem
ciasny korytarz zastawiony gablotami z najdziwniejszymi ekspozycjami (od kości,
przez sztuczne narządy, po zwierzęta wypchane bądź zakonserwowane w alkoholu)
wywiera dość szczególne wrażenie, zwłaszcza kiedy jest się jeszcze
nieprzyzwyczajonym studentem pierwszego roku.
Tak, postacie w tekście, poza główną bohaterką,
inspirowane są osobami, które na mojej uczelni można spotkać. Może nikt nie
jest tak szalony... Ja tylko uwypukliłam niektóre ich charakterystyczne cechy
(może poza tym złowieszczym uśmiechem na końcu). To chyba tyle, zapraszam do
czytania.
Wydział
mieścił się w jednym z najstarszych budynków uczelni. To miejsce miało
niepowtarzalny klimat. Zazwyczaj panowała tu spokój, wszędzie unosiła się
szczególna, nieco niepokojąca atmosfera. Tym razem zdawało się jednak, że jest
wyjątkowo cicho i pusto. Nawet stróż – a może portier, czy jak jeszcze inaczej
można by go nazwać – który zawsze tkwił na swoim posterunku w pobliżu wejścia,
teraz gdzieś wyparował.
Nie miała czasu
zastanawiać się nad dziwnym wrażeniem, że coś jest nie tak. Nie wiedziała, w
której sali ma zajęcia, a do przeszukania było ich całkiem sporo. Wiedziała, że
musi się sprężyć. I tak już była spóźniona, a jeśli zmitręży jeszcze trochę
czasu, nie pozwolą jej wejść. Lekko przerażona taką wizją popędziła do szatni.
Zaklęła pod nosem, gdy poślizgnęła się na czymś lepkim, wydzielającym dosyć
nieprzyjemną woń. O mało nie spadła ze schodów, zdołała jednak utrzymać
równowagę. Na dole powitały ją dźwięki jakiejś skrzekliwej, psychodelicznej
muzyki, jakiej jeszcze nigdy tu nie słyszała. Ale właściwie to tylko takich
niespodzianek można się było spodziewać po antypatycznej szatniarce, wspartej o
ladę i wpatrującej się przed siebie nieprzytomnym wzrokiem. Nie mogąc doczekać
się jakiejkolwiek reakcji ze strony kobiety, która – gdyby nie głośny,
świszczący oddech – mogłaby uchodzić za manekina, zwłaszcza z tą jaskrawą
tapetą na twarzy, prychnęła zirytowana, rzuciła kurtkę na blat i zawróciła
niemal biegiem. Z tak zwanego „niskiego parteru” musiała dotrzeć na pierwsze
albo trzecie piętro – tego nie była pewna – a ani myślała ufać starym,
podejrzanie wyglądającym i w gruncie rzeczy jak najrzadziej używanym windom.
Na „wysokim parterze”
zauważyła, że wrócił na swoje zwyczajowe miejsce tuż przy schodach facet
sprzedający obwarzanki. Była pewna, że przedtem go tu nie widziała, teraz
natomiast sprawiał wrażenie pogrążonego w głębokim śnie. Głowa opadała mu pod
nieco dziwnym kątem, gdy tak siedział oparty o ścianę. W pustej, wydawałoby się
– a już na pewno opróżnionej z pieczywa – gablocie, za szybami wyglądającymi,
jakby jakiś żartowniś spryskał je czerwonym sprejem, niewyraźnie coś pulsowało.
„Coś” było obślizgłe i lekko połyskiwało. Nie miała czasu ani ochoty się temu
przyglądać, więc przemknęła obok najciszej jak się dało, zachowując największą
możliwą odległość, i kontynuowała wspinaczkę po wytartych stopniach.
Dotarłszy na pierwsze
piętro, zauważyła, że drzwi do auli, w której zazwyczaj miała wykłady, są lekko
uchylone, co było dość nietypowe. Ze środka dał się słyszeć monotonny głos profesora
od mikrobiologii. Zerknęła na zegarek, żeby upewnić się, że w ogóle ma tam
jeszcze po co wchodzić i pociągnęła za klamkę. Rozległo się ciche skrzypnięcie.
Stanęła w progu i na moment oniemiała. Wykładowca dreptał w tę i z powrotem,
mówiąc do zupełnie pustego audytorium. Jego mowa wydawała się być całkowicie
pozbawiona sensu, zupełnie jakby powtarzał w kółko jakąś mantrę, na którą
składał się zlepek przypadkowych słów i wyjątkowo skomplikowanych nazw
łacińskich jakichś mało ciekawych mikroorganizmów. Na dodatek zdawał się być
całkowicie nieświadomym faktu, że niepotrzebnie się wysila, skoro przecież brak
na sali jakichkolwiek słuchaczy. Nie wiedząc, co sądzić, wycofała się z auli,
najwyraźniej niezauważona przez jedyną znajdującą się w niej osobę. Cicho zamknęła
za sobą drzwi i zawróciła w stronę schodów. Coś
tu jest ewidentnie nie tak, pomyślała, ruszając na dalsze poszukiwania.
Przystanęła na moment
na drugim piętrze, zastanawiając się, dlaczego nie świeci się tu światło, nie
licząc jednej migającej od czasu do czasu i brzęczącej przy tym upiornie – a
więc najwyraźniej dogorywającej – świetlówki, która tylko w niewielkim stopniu
rozpraszała wieczorny mrok, wydobywając z niego postać stojącą nieopodal wind.
Był to, jak się wkrótce okazało, profesor od chemii, który najwyraźniej
oszalał. W każdym razie bardziej niż zwykle. Wyglądało na to, że rozmawia z
trzymanym w dłoniach pluszowym misiem.
- Widzisz, Kubusiu –
mówił szybko, coraz bardziej podnosząc głos. – Kiedy mówimy o kwasach, a
studenci kochają ten temat, zwłaszcza mocne kwasy, oj tak, te najszybciej idą
do głowy, oni to uwielbiają, wypada tu także wspomnieć o Mendelejewie i jego
odkryciu, przecież zjawisko kontrakcji jest niezwykle istotne, zwłaszcza w
przemyśle monopolowym, to sami alkoholicy, przecież wiadomo, jakie to ważne,
nie chcą się tego uczyć, ale muszą, jak inaczej mieliby zrozumieć ten złożony
proces, a to, co się potem dzieje w ich krwi, z ich krwią, ach tak, krew, krew,
nie jestem biologiem, ale to przecież całkiem przyjemny temat, łatwo
przyswajalny, można powiedzieć, a z chemicznego punktu widzenia też jest to do
ogarnięcia, jeśli ktoś tylko posiada mózg, ach, mózgi, narządy, jelita, cała
reszta, serce bijące, stuk-puk, stuk-puk, albo i nie, krew krąży, potem
przestaje, tryska na wszystkie strony, ach, krew, krew, a w tej krwi etanol,
wiadomo, to nie spirytus, za drogi interes, ale przecież taka wódka, czterdzieści
procent, optymalny, idealny wręcz skład, o tak, Mendelejew był wielkim uczonym,
kogo obchodzi układ okresowy, studentów interesuje wódka, pijusy, jak tak
można, ale co zrobić, wreszcie chodzą na wykłady, mówię im to, o czym chcą
słuchać, inaczej byłyby pustki, jak zawsze, bo po co chodzić na wykłady,
chodźmy się napić, takie studenckie życie, nie chcą się uczyć, ja już taki dobry
nie jestem, chcą poprawki, będą mieli poprawki, ale mnie niech wszyscy dadzą w
końcu święty spokój!!!
Ostatnie słowa odbiły
się echem w pustym korytarzu. Zdenerwowany profesor cisnął pluszakiem w jej
stronę, po czym odwrócił się, otwarł najbliższe drzwi i śmiało je przekroczył,
najwyraźniej nie zważając na to, że były to drzwi do windy, która dopiero
zjeżdżała z wyższych pięter. Wzdrygnęła się, słysząc odgłos upadającego ciała.
Po chwili ujrzała, jak za otwartymi drzwiami przemyka winda – zdecydowanie za
szybko. Z trudem powstrzymała odruch wymiotny, uświadamiając sobie, że liny musiały
się zerwać i oczami wyobraźni widząc już, co zaraz nastąpi. Próbując nie
słyszeć okropnych dźwięków dobiegających z dołu, na moment skupiła uwagę na
misiu leżącym u jej stóp. Pluszowy Kubuś Puchatek przedstawiał sobą widok nader
żałosny. Zdeformowana głowa pozbawiona była oczu, a z dziury po oderwanej łapce
wypełzała wata pozlepiana jakąś obrzydliwą brązowo-czerwoną substancją, której
plamami upstrzona była cała maskotka. Na dodatek spod potarganego materiału
wystawało coś, czego na pewno nie powinno tam być. Obrzydliwe „coś” wykonywało
powolne, leniwe ruchy. Nie miała ochoty dłużej się temu przyglądać. W ogóle
coraz mniej podobało jej się przebywanie w tym miejscu. Otrząsnęła się jednak i
pobiegła na kolejne piętro, gdzie spodziewała się wreszcie znaleźć swoją grupę.
Na trzecim piętrze było
jednak niemal całkowicie pusto. Zauważyła jedynie woźnego, zajętego myciem
podłogi. Ten człowiek o aparycji zatwardziałego recydywisty był na swój sposób
nieco przerażający. Choć zawsze był spokojny i opanowany, a nawet cechował się
przynajmniej jakąś elementarną uprzejmością, jego spojrzenie potrafiło zmrozić
krew w żyłach. A ogolona głowa i ramiona pokryte tatuażami – zdecydowanie sprawiającymi
wrażenie więziennych – nie łagodziły wrażenia, że lepiej z nim nie zadzierać.
Gdy go mijała, odwrócił się w jej stronę, a ona omal nie krzyknęła ze strachu. Mężczyzna
łypał na nią ponuro jednym okiem, podczas gdy drugie spływało beztrosko po
twarzy, zaś jego rozszarpane policzki – z których na wciąż zapamiętale ścieraną
posadzkę nieustannie skapywała krew – odsłaniały wszystkie zęby w upiornym
uśmiechu. Przerażona rzuciła się do ucieczki.
Biegnąc po schodach na
łeb, na szyję, przypomniała sobie wreszcie, że powinna mieć teraz ćwiczenia z
anatomii. Wzdrygnęła się, myśląc o zejściu do prosektorium, nie miała jednak
większego wyboru. Zatrzymała się na moment na „wysokim parterze” by złapać
oddech. Jej spojrzenie powędrowało ku gablotom wypełnionym preparatami.
Zauważyła, że najwyraźniej zmieniono ekspozycję. Wiedziona ciekawością,
podeszła bliżej. Na wysokości jej oczu, bezpośrednio na szklanej półce, leżały
przeróżne organy. Jej wzrok zatrzymał się na jednym z nich. Ponieważ nic nie
było jeszcze opisane, zaczęła zastanawiać się, do jakiego zwierzęcia mógł
należeć. Nie wiedziałam, że coś ma narządy tak podobne do ludzkich…
Nagle odskoczyła jak oparzona. Serce, któremu właśnie się przyglądała,
gwałtownie się skurczyło, wypluwając na szybę gabloty porcję krwi. Przeszył ją
dreszcz. Odwróciła się na pięcie, starając się usilnie wyłączyć myślenie i
ruszyła na dół na miękkich nogach.
Zatrzymała się na
chwilę przed prosektorium. Wkładając biały fartuch, próbowała sobie
przypomnieć, co mieli robić na dzisiejszych zajęciach, w głowie miała jednak
całkowitą pustkę. Wstrzymała oddech, zapukała delikatnie i otwarła drzwi. Po
przekroczeniu progu stanęła jak wryta, nie mogąc nawet wydobyć z siebie głosu.
Wszystko, od jasnej podłogi, poprzez białe niegdyś ściany i sprzęty, aż po
sufit, spryskane było obficie świeżą krwią. Na stole pośrodku sali leżało coś
przypominającego wypatroszone truchło jakiegoś dużego zwierzęcia. Nad nim
pochylała się para profesorów. Słysząc przeraźliwe skrzypienie drzwi, kobieta
odwróciła się powoli i przywołała na twarz grymas, mający zapewne uchodzić za
uśmiech.
- Na dzisiejsze
ćwiczenia przewidziana była egzenteracja kozła ofiarnego. – Zaczęła powoli się
zbliżać, trzymając w wyciągniętej ręce skalpel. – Na stole mamy wyjątkowo
dorodny okaz studenta pierwszego roku, grzech nie skorzystać z takiej okazji.
Proszę.
– No chyba że chce go
pani zmienić – Drugi profesor uśmiechnął się złowieszczo.
Przerażona zaczęła się
cofać, wpatrując się w zmasakrowane zwłoki, w których – z trudem co prawda – rozpoznała
kolegę z roku. W końcu, gdy nogi znowu zaczęły jej słuchać, rzuciła się do
ucieczki. Skręciła w stronę szatni, przypominając sobie mgliście, że tam
znajduje się najbliższe wyjście z budynku. Z narastającą paniką odkryła jednak
– i uświadomiła to sobie w dość przykry sposób, zderzając się z szybą – że
drzwi są zamknięte na głucho. Pobiegła więc dalej, znów ślizgając się na
pokrytych czerwoną substancją schodach i dopadła do głównego wyjścia.
Wydostawszy się na
zewnątrz, pędziła wciąż przed siebie, nie zastanawiając się nad tym, dokąd się
kieruje. Nagle wzmógł się wokół niej przeraźliwy hałas. Klakson, pisk opon, przerażone
krzyki. Potem był ból. Znowu krew, dużo krwi. I ciemność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz