26 sierpnia 2017

Mamy czas



Poniższe opowiadanie zostało napisane na konkurs. Akcja miała rozgrywać się w uniwersum Darów Anioła Cassandry Clare, a że byłam świeżo po lekturze, nie przysporzyło mi to większych problemów, choć ogólnie fanfików zbyt często nie pisuję. Niemniej źle nie wyszło, nawet udało mi się wygrać, więc chyba nadaje się ono do czytania. Tak więc zapraszam.
 


            W Sali Anioła panował totalny chaos, odkąd ruda weszła na podwyższenie. Opierająca się o kolumnę dziewczyna z rozbawieniem obserwowała Nocnych Łowców, słuchających, co mówi to chuchro. A było na co popatrzeć. Ich twarze zmieniały się niczym w kalejdoskopie. Zawsze bawiło ją obserwowanie reakcji ludzi na sytuacje, z którymi nie bardzo potrafili sobie poradzić. Sama była raczej odporna na tego typu wzruszenia. A nawet jeśli coś wywoływało u niej silne emocje, potrafiła zachować kamienną twarz, by nie dać nic po sobie poznać. Tego nauczyły ją lata samotności i ciągłe przeprowadzki z jednego Instytutu do drugiego. Niełatwo być sierotą, której nikt nie chce.
            Poprawiła srebrzyste włosy sięgające ramienia, uśmiechając się pod nosem. Jej nauczycielka nieustannie ją krytykowała, odkąd wygoliła pasmo po lewej stronie głowy. Nie wspominając o różowych i zielononiebieskich pasemkach, dużym tatuażu przedstawiającym smoka na prawej łopatce oraz piercingu, w które ostatnio zainwestowała. Pełnoletniość miała swoje plusy – zwłaszcza jeśli jej osiągnięcie wiązało się z otrzymaniem nieograniczonego dostępu do sporego spadku po rodzicach, który można było wykorzystać na spełnienie praktycznie każdej zachcianki. Wiedziała, że różni się od innych pod wieloma względami i że przez to nie wszyscy Nocni Łowcy patrzą na nią przychylnie, lecz jej to nie obchodziło. Nie potrzebowała ich akceptacji, nie chciała uznania. Zawsze była zdana wyłącznie na siebie i nauczyła się to doceniać.
            Ruda właśnie narysowała jakąś runę, która miała pomóc im w walce z armią Valentina. Ta cała Fray w sumie dobrze gada. Nie można tak po prostu się poddać. A jeśli z tego powodu trzeba zawrzeć rozejm z Podziemnymi? Dla niej to nie problem. W zasadzie dziewczyna ich lubiła. Z kilkoma nawet udało jej się zawrzeć bliższe znajomości. Co prawda, żadna z nich nie trwała zbyt długo ze względu na nieustanne przeprowadzki, ale zawsze to jakieś miłe wspomnienia. Zebrani w Sali zaczęli dobierać się w pary. Więc tak to działa, tak? Jakiś niski czarownik o długich, jadowicie żółtych włosach mrugnął do niej, lecz zanim zdążył zrobić choćby krok, został przez kogoś złapany za ramię i odwrócony w przeciwną stronę. Obserwowała go uważnie, ciekawa, co się dalej stanie. Ciemnoskóry Łowca, który dopadł czarownika, wyciągnął do niego dłoń ze stelą. Po chwili obaj mieli na nadgarstkach runy, które nawzajem sobie narysowali.
            Nadal stała w cieniu, skrzyżowawszy ręce na piersi. Nie miała zamiaru uganiać się za partnerem do walki. Prędzej czy później jakiś sam się znajdzie, a jeśli nie… Cóż, po prostu pójdzie sama. Nie pociągała jej zbytnio ta perspektywa, ale również nie przerażała.
            Poczuła czyjąś obecność za plecami. Nawet nie drgnęła, gdy jej szyję musnął ciepły oddech, a tuż przy uchu odezwał się niski głos:
            - Hej, złotko, jak masz na imię?
            Odwróciła się powoli, przylegając plecami do filaru, i spojrzała prosto w niesamowite, piwne oczy. Odsunęła się o krok i przyjrzała uważnie stojącemu przed nią chłopakowi. Siedmiocentymetrowy irokez, skórzana kamizelka z ćwiekami założona na gołe ciało, glany, tatuaże niemal szczelnie pokrywające ręce od nadgarstków po ramiona, a także prawą stronę głowy... Wszystko to sprawiało dość niesamowite wrażenie w połączeniu z drapieżnym uśmiechem pełnym ostrych, lśniących zębów i szpiczasto zakończonymi uszami, w których tkwiły tunele.
            Wilkołak gwizdnął z podziwem, gdy zobaczył zwrócone na siebie duże szafirowe oczy w kształcie migdałów, okolone długimi ciemnymi rzęsami. Dziewczyna uśmiechnęła się ledwo zauważalnie.
            - Kasandra.
            - Kas… – Zrobił przerwę, zupełnie jakby smakował to imię. – Ładnie. Jestem Will.
            Dziewczyna wyciągnęła własną stelę i zaczęła obracać ją w palcach, obserwując go spod przymkniętych powiek. Choć był wysoki, nie różnili się zbytnio wzrostem. Szczupłe, umięśnione ramiona wydawały się silne, a ciało szybkie i zwinne. Cóż, może dobrze byłoby mieć go u boku w walce. Nigdy nie wiadomo, co może się wydarzyć.
            Will bez słowa wyciągnął do niej rękę. Skinęła lekko głową, dotykając niewytatuowanego skrawka skóry czubkiem steli. Sprawnie nakreśliła runę, którą widziała już chyba wszędzie wokół siebie, po czym oddała mu narzędzie. Jemu rysowanie zajęło znacznie więcej czasu. Gdy kończył, Kasandra zdążyła zupełnie stracić cierpliwość.
            - No, gotowe. – Spojrzał na nią, przekrzywiając głowę. – Skąd jesteś?
            - Właściwie to znikąd. Przenosiłam się tyle razy, że sama nie mam pewności. Póki rodzice żyli, mieszkałam w Alicante. A ty?
            - Nowy Jork. Należę do Praetor Lupus.
            - No proszę… Tak po prostu cię przyjęli?
            - Mniej więcej. Przez kilka lat ćwiczyłem wschodnie sztuki walki. Kiedy zostałem wilkołakiem, zacząłem rozrabiać... Bardzo. Nie mogli sobie ze mną poradzić.
            - Więc co się stało?
            - To długa historia, chyba nie mamy na to teraz czasu. Może innym razem – Spojrzał na nią pytająco.
            Wzruszyła tylko ramionami. Może… Nawet nie zauważyła, kiedy Nocni Łowcy i Podziemni zaczęli opuszczać Salę Anioła. Teraz punk objął ją w talii i poprowadził do wyjścia. Była zaskoczona jego śmiałością, jednak się nie opierała. Nie próbowała nawet wsadzić mu łokcia pod żebra, co normalnie uczyniłaby z dziką satysfakcją. Cóż, chłopak chyba przypadł jej do gustu.
            Na zewnątrz tłum w czymś na kształt kolejki czekał, by przejść przez Bramę Magnusa Bane’a. Szło to zadziwiająco sprawnie. Kasandra spojrzała na Willa, który wciąż ją obejmował.
            - Nie, żeby miało to większe znaczenie… Ale czy mógłbyś mnie puścić?
            - Chyba bym mógł – Uśmiechnął się przekornie, nie zmieniając pozycji.
            No proszę, niezłe z niego ziółko. Kasandra zerknęła na Willa ukradkiem, zastanawiając się, na co go stać. Wschodnie sztuki walki brzmiały obiecująco, Praetor Lupus to również nie przelewki, jednak w ogóle nie znała tego wilkołaka, nie wiedziała, jaki jest. Ciekawe, skąd w ogóle się tu wziął…
            Wilkołak zauważył, że Łowczyni się mu przygląda i wyszczerzył do niej zęby. Nagle Brama znalazła się tuż przed nimi. Chłopak parodią służalczego ukłonu zaprosił ją do przejścia.
            - Panie przodem – powiedział. Jego głos coraz bardziej przypominał warczenie.
            No proszę, zaczyna się, pomyślała dziewczyna, poprawiła skórzane rękawice bez palców i przekroczyła Bramę. Gdy tylko udało jej się stanąć pewnie na nogach po drugiej stronie, rozejrzała się wokół. Wzrost dawał jej nieco szersze pole widzenia, dostrzegła więc, choć z trudem, zbliżającą się armię demonów. Wśród Nocnych Łowców i Podziemnych panowało niewielkie zamieszanie, wciąż dołączali do nich następni, jednak miała wrażenie, że przybywa ich coraz mniej. Zapewne już niemal wszyscy są na miejscu.
            - Bądź gotowa, zaraz się zacznie – warknął Will, który nagle nie wiadomo skąd pojawił się tuż obok.
            - Jasne – mruknęła, przewracając oczami. – To co, trzymamy się razem, tak?
            Krótko skinął głową i opadł na cztery łapy, zamieniając się w dużego wilka o brunatnej sierści. Powoli ruszyli przez tłum, rozglądając się i czekając na rozwój wydarzeń. Nie wiedzieć jak znaleźli się w pierwszej linii akurat w chwili, gdy zaczął się atak. Nie było już czasu na nic, nagle rzuciły się na nich trzy demony. Jeden z nich, chudy i pokryty łuskami, szybując na wielkich błoniastych skrzydłach, zaatakował Kasandrę z góry, podczas gdy drugi, pełznący po ziemi z pomocą licznych odnóży, usiłował pochwycić ją za nogi. Wyjęła dwa serafickie noże i wykrzyczała ich imiona, jednocześnie uskakując przed wyciągniętymi w jej stronę kleszczami. Skupiła się na większym przeciwniku, co rusz usiłującym trafić ją szponiastą łapą lub pochwycić długimi zębiskami. Will szybko rozprawił się z trzecim demonem i zajął się tym wciąż pełznącym za Łowczynią.
            Dziewczyna w końcu dostrzegła szansę. Przyklękła na kolano, a gdy demon zniżył lot, by znów zaatakować, poderwała się szybko i wbiła oba ostrza w jego odsłoniętą pierś. Natychmiast wyrwała je i uskoczyła przed tryskającą z rany zieloną posoką. Obróciła się w samą porę, by dostrzec opadającą na nią siekierę i wykonać unik. Nim zdążyła zadać cios, towarzyszący jej wilkołak rzucił się na atakujące ją monstrum. Wzruszyła więc tylko ramionami i rozejrzała się w poszukiwaniu kolejnego przeciwnika. Jak zwykle w takich momentach, w mgnieniu oka znalazł się sam. Nigdy nie widziała czegoś podobnego. Był niewiarygodnie szybki, nie zdążyła się mu dobrze przyjrzeć, nim nastąpił atak. Odbijała kolejne ciosy macek wyposażonych w ogromne, zakrzywione szpony, kilka nawet udało jej się odciąć, jednak nie na wiele się to zdało, zwyczajnie – było ich zbyt dużo. Podstępnym ruchem udało mu się wytrącić jej z dłoni nóż, który poszybował daleko i zniknął jej z oczu. Pozostał jej tylko jeden, coraz trudniej było odpierać ataki. Rozejrzała się w poszukiwaniu Willa, by poprosić o pomoc, jednak był zajęty walką z dwoma demonami. Dzielnie starała się bronić przed padającymi na nią zewsząd mackami, jednak z jednym nożem nie było to takie proste. W końcu cofnęła się o kilka kroków, usiłując złapać oddech. Przypomniała sobie o czakramach. Zdążyła rzucić w potwora dwoma, osłabiając go nieco, zanim znów zwarli się w starciu. Demon był jakby nieco wolniejszy, jednak wciąż wytrwale atakował. Nagle przeskoczył nad nią i zaatakował od tyłu tak szybko, że nie zdążyła zareagować. Oplótł ją kilkoma mackami, rozdzierając kurtkę i żłobiąc głębokie szramy na skórze. Wściekle wrzasnęła, czując pieczenie głębokiej rany, ciągnącej się od lewego obojczyka do prawego biodra i ciepłą krew spływającą po brzuchu. Uderzyła jedną z macek pięścią, celnie trafiając w nią nabitymi na rękawice ćwiekami z elektrum, jednocześnie drugą tnąc serafickim nożem. Stwór zawył rozdzierająco i puścił ją, cofając się. Obróciła się, wykorzystując impet do zadania ciosu, jednak demon odsunął się zwinnie. Straciła równowagę, na dodatek jedna z macek uderzyła ją silnie w ramię, zwalając z nóg. Tuż obok z niewiarygodną prędkością przemknął jakiś cień i rzucił się na demona. Wilkołak szybko pozbył się już dość osłabionego potwora. Spojrzał na nią z troską w oczach, zmieniając się częściowo w człowieka.
            - W porządku?
            Kasandra skinęła głową i spojrzała w dół. Zaklęła, widząc wiszące na niej strzępy kurtki, które w zasadzie niczego nie zakrywały. Na dodatek rana zadana przez potwora nie wyglądała zbyt dobrze. Sięgnęła do kieszeni, modląc się, by nie okazało się, że zgubiła stelę.
            - Możesz mnie przez chwilę osłaniać? – spytała, nie patrząc na Willa.
            - Jasne. – Rzucił jej swoją kamizelkę. – Masz, tobie bardziej się przyda. – Jego śmiech zamienił się w warczenie wilka.
            Łowczyni wreszcie udało się wydobyć stelę. Nieco drżącą dłonią nakreśliła Iratze na piersi. Zniknął tak szybko, że zmartwiła się, czy to w ogóle coś da. Narysowała runę jeszcze raz. Tym razem pomogło, rana przestała krwawić tak mocno. Wzruszyła ramionami, chowając stelę do kieszeni i porwała z ziemi skórzaną kamizelę z dużym pomarańczowym znakiem anarchii na plecach. Wstała, wkładając ją na siebie. Leżała zadziwiająco dobrze, choć była nieco zbyt luźna, a jak na jej gust również ciut za długa. Rozejrzała się za partnerem i rzuciła mu się na pomoc, widząc, że jest otoczony przez pięć niewielkich, lecz zajadłych demonów. Jednemu od razu wbiła ostrze w plecy. Kolejne dwa zwróciły się w jej stronę. Poradziła sobie z nimi zadziwiająco dobrze, biorąc pod uwagę ogromne zmęczenie, które nagle ją ogarnęło. Najdalszy oberwał czakramem i zniknął z wrzaskiem. Ostatniemu Will przegryzł gardło, a potem po prostu rozszarpał go na strzępy. Nie był to zbyt przyjemny widok. Wilk sprawiał wrażenie, jakby zupełnie stracił nad sobą panowanie. Obserwując to, Kasandra bez trudu mogła uwierzyć, że kiedyś były z nim kłopoty.
            Nie miała pojęcia, jak długo już to wszystko trwa, straciła poczucie czasu. Nagle demony po prostu zaczęły uciekać. Nikt nie próbował ich gonić. Niektórzy jeszcze dobijali ostatnie, lecz większość tylko w osłupieniu obserwowała, co się dzieje. Po pewnym czasie, gdy ostatnie stwory zniknęły, ludzie zwyczajnie zaczęli się zbierać do powrotu, jak gdyby nic się tu nie wydarzyło. Część została, by pomóc przy transporcie rannych i zabitych.
            Podszedł do niej Will. Nie licząc krwi, która pokrywała jego ręce, twarz i częściowo tors, wyglądał zupełnie normalnie. To znaczy, jak na punka. W błyszczących oczach nie było śladu gniewu, który przedtem z łatwością można było dostrzec, uśmiech stał się mniej drapieżny, bardziej ludzki.
            - Idziemy?
            - Tak. Jestem ranna. A co z tobą?
            - Okej. Dasz radę?
            Kasandra prychnęła i ruszyła w stronę Bramy, zastanawiając się, jak to się stało, ze znaleźli się tak daleko od niej. Tu, gdzie walczyli, nie było niemal nikogo, zaledwie kilku Łowców i Podziemnych. Wilkołak szedł tuż za nią. Obejrzała się przez ramię, bystro mu się przyglądając.
            - Wydaje mi się, czy lekko utykasz?
            - To nic, zwykłe stłuczenie. – Uśmiechnął się delikatnie, w taki sposób, że wprost nie mogła nie zareagować.
            W Alicante panowało duże zamieszanie. Wszyscy szukali swoich rodzin, przyjaciół, cieszyli się z ich powrotu, rozpaczali za poległymi. Szczerze mówiąc, nie interesowało to zbytnio Kasandry. Skierowała się do swojego rodzinnego domu, w którym niedawno zamieszkała ponownie, po wielu latach. Musiała opatrzyć rany i się przebrać – nie mogła przecież chodzić wciąż w ubraniu Willa. Słyszała, że chłopak nadal za nią podąża. Nie przeszkadzało jej to. Gdy największy tłok pozostał za nimi, zwolniła nieco, czekając, aż się z nią zrówna. Szli tak ramię w ramię, przemierzając ciasne boczne uliczki. W końcu dotarli do dużego domu na obrzeżach miasta. Kasandra wstąpiła na ganek i odwróciła się do Willa, który niepewnie zatrzymał się kilka kroków za nią.
            - Co tak stoisz? Chodź.
            Nie oglądając się, weszła, zostawiając drzwi otwarte. Po chwili usłyszała, jak chłopak cicho je zamyka.
            - Jeśli chcesz się odświeżyć, pokażę ci łazienkę. – Wilkołak wzruszył ramionami i poszedł za nią na górę. Wskazując na drzwi na początku korytarza, powiedziała – Jak skończysz, poczekaj tutaj. Nie chcę, żebyś mi się zgubił – Zaśmiała się i ruszyła do swojego pokoju.
            Zamknęła się i zrzuciła z siebie skórzaną kamizelkę. Stanęła przed dużym lustrem, przyglądając się ranie i doszła do wniosku, że najpierw musi się umyć. Wyjęła z szafy czysty ręcznik i przeszła do niewielkiej łazienki przylegającej do sypialni. Wzięła szybki prysznic i umyła zlepione krwią włosy. Owinąwszy się w ręcznik, wróciła do pokoju. Wciągnęła ulubione dżinsy, podarte, ale przynajmniej czyste i zabrała się za opatrywanie. Przemyła wszystkie zadrapania. Nie była pewna, czy demon, który ją zranił, nie był jadowity, lecz nic na to nie wskazywało. Nakreśliła na skórze kolejny Iratze. Tym razem szramy ładnie się zasklepiły. Przyglądała się temu z zadowoleniem, czesząc wciąż mokre włosy, gdy rozległo się ciche pukanie. Obejrzała się przez ramię, przypominając sobie o gościu, którego przyprowadziła z pola bitwy i podbiegła do szafy. Wyjęła czarny T-shirt, nie poświęcając mu większej uwagi, szybko go włożyła i podeszła do drzwi, po drodze podnosząc z podłogi zakrwawioną kamizelkę.
            Pukanie się nie powtórzyło. Will cierpliwie czekał, aż Kasandra otworzy. Stanęła w drzwiach, pachnąca szamponem, bosa i nieco potargana. Uśmiechnęła się uroczo, gdy chłopak zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów. Zatrzymał spojrzenie na jej koszulce. Dziewczyna nie była pewna, czy przygląda się nadrukowi, czy gapi się tak, bo nie włożyła stanika. Ta myśl wywołała na jej twarzy lekki rumieniec.
            - Słuchasz Kornu? Nie wiedziałem, że znasz muzykę Przyziemnych.
            - Tak wyszło. Poczekaj chwilę. – Wepchnęła mu w ręce skórzaną kamizelkę i cofnęła się do pokoju, zamykając drzwi. Przez moment zawahała się, przechodząc obok szafy z bielizną, jednak ostatecznie wzruszyła tylko ramionami. Usiadła na łóżku i założyła czerwone trampki. Z aprobatą obejrzała swoje odbicie i wyszła.
            Wilkołak czekał tam, gdzie go zostawiła. Nie ubrał się, stał tak, prezentując imponujące muskuły. Przyjrzała mu się dokładnie. Pomimo licznych drobnych zadrapań i siniaków wyglądał dość dobrze. Jedynie na lewym ramieniu widniało pięć głębokich, równoległych szram, które już zaczynały się jątrzyć. Z dezaprobatą pokręciła głową, wciągając go za sobą do pokoju i sadzając na krześle przed lustrem. Nie zważając na protesty, zresztą niezbyt przekonujące, zaczęła delikatnie dezynfekować rany. Will niemal natychmiast się zamknął, obserwując jej poważną, skupioną twarz. Ostatni raz tak troskliwie zajmowała się nim matka, gdy bodaj jako pięcioletni chłopiec spadł z drzewa i poważnie się poturbował. Musiał przyznać, że to nawet całkiem miłe.
            - No, gotowe – oznajmiła Kas, kończąc zakładanie opatrunku. Spojrzała na trzymaną przez chłopaka kamizelkę. – Daj, wyczyszczę ją, a ty idź na dół, do salonu. Rozgość się.
            Obserwowała go, jak idzie korytarzem. Na karku, czego wcześniej nie zauważyła, tam, gdzie kończył się irokez, widniał cienki, sięgający niemal łopatek ciemnozielony warkoczyk. Plecy, podobnie jak ramiona, miał wytatuowane. Dopiero gdy zniknął na schodach, poszła do łazienki, którą mu przedtem wskazała i zajęła się kamizelką. Nie było to proste zadanie, ale udało jej się doprowadzić ją jako tako do ładu. Przy okazji zauważyła, że runa, którą narysował Will na jej nadgarstku, zniknęła. Nieco zawiedziona, nie wiedząc sama, czemu to robi, sięgnęła do ukrytej za lustrem nad umywalką szafki. Wyjęła kosmetyki i zrobiła sobie szybki makijaż. Przewróciła oczami, przyglądając się swojemu odbiciu. Co ty robisz?, pomyślała, chwyciła kamizelkę i pobiegła do salonu. Zastała tam wilkołaka, iście po królewsku rozwalonego na kanapie. Gdy tylko ją zobaczył, wyprostował się, uśmiechając się z zażenowaniem. Rzuciła mu kamizelę.
            - Masz, tobie bardziej się przyda.
            - Dzięki – mruknął, widoczne jednak było, że w zasadzie jest mu to całkowicie obojętne. Jakby jego myśli zaprzątało co innego.
            - Chyba powinniśmy wrócić do Sali Anioła, zobaczyć, co się dzieje – zauważyła Łowczyni, wkładając kurtkę.
            - Chyba – westchnął, kiwając głową i szybko się ubrał.
            - Chodź – Kasandra podbiegła do niego, złapała za rękę i pociągnęła za sobą, widząc, że najwyraźniej on nigdzie się nie wybiera.
            Wyszli razem z domu. Dopiero po jakimś czasie dziewczyna zorientowała się, że wciąż trzymają się za ręce. Spojrzała na ich złączone dłonie, rumieniąc się lekko, potem niepewnie podniosła wzrok. Ich oczy się spotkały. Wilkołak uśmiechnął się ciepło.
            - Nie wiem, jak tobie, ale mnie to nie przeszkadza. Jest nawet całkiem przyjemnie.
            Spuściła wzrok, jednocześnie uświadamiając sobie, że jeszcze w niczyjej obecności się tak nie zachowywała. Ani nie czuła. Zastanawiając się, co się z nią dzieje, dała się zaprowadzić niemal na drugi koniec miasta, nim dotarło do niej, gdzie są.
            - Ej, gdzie my idziemy?
            - Tak bardzo spieszy ci się do Sali? – spytał zaczepnie. – Bo mi jakoś nie.
            Zaskoczona, nie stawiała oporu, gdy przyparł ją do drzewa. Z wdzięcznością wręcz to przyjęła, bo gdy się przysunął, patrząc jej w oczy, poczuła, jak miękną jej kolana. Patrzyli tak na siebie przez chwilę. W końcu chłopak przerwał ciszę.
            - Od początku mi się spodobałaś. Kiedy to wszystko się skończy… Chciałbym, żebyśmy się lepiej poznali. Co ty na to?
            Ledwo dostrzegalnie skinęła głową, usiłując zdobyć się na choćby lekki uśmiech. Zupełnie się tego nie spodziewała. Ale z zaskoczeniem mieszała się radość. O tak, jej chyba również spodobał się wilkołak.
            - I gitara – Will uśmiechnął się triumfalnie, odsuwając się nieco. – To teraz możemy iść.
            Ruszyli z powrotem, trzymając się za ręce. Chłodny powiew wiatru spowodował, że dziewczynę przebiegł dreszcz. Wilkołak momentalnie przyciągnął ją do siebie i objął ramieniem. Znów zadrżała, tym razem nie z zimna. Niektórzy z mijającej ich niewielkiej grupy Nocnych Łowców obserwowali to z zaskoczeniem, spojrzenia większości z nich nie były zbyt życzliwe.
            - Jesteś pewna, że chcesz tam iść? – spytał cicho chłopak, gdy Łowcy zniknęli za zakrętem.
            - Ani trochę – odpowiedziała z uśmiechem Kasandra, pchając chłopaka w stronę uliczki prowadzącą do jej domu. – Chodźmy. Opowiesz mi o sobie?
            - Jak mówiłem, to długa historia.
            - Mamy czas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz