31 sierpnia 2017

Zamknięty pokój



Podobnie jak na punkcie Alicji Lewisa Carrolla, tak i na punkcie Sherlocka Holmesa mam prawdziwego hopla - stąd zapewne poniższe opowiadanie. Początkowo pisane z myślą o konkursie, dokończone już po czasie (na konkurs ostatecznie wysłałam inny tekst), więc nic nie stoi na przeszkodzie, by je opublikować. Spotkasz w nim parafrazę cytatu ze Znaku czterech autorstwa Arthura Conana Doyle'a oraz kilka innych kojarzonych ze słynnym detektywem powiedzonek.
Przyznam szczerze, że niełatwo jest napisać opowiadanie detektywistyczne. Nawet jeśli pomysł był całkiem niezły, trudno było tak skonstruować fabułę i zbudować narrację, żeby tekst miał to coś. Mam nadzieję, że eksperyment się powiódł. Ocenę pozostawiam Tobie. Miłej lektury.
 


            - Tylko pan może im pomóc.
            Mężczyzna siedzący w fotelu ze znudzeniem wpatrywał się w okno. Zdawał się ignorować wysiłki swojego gościa, który od pięciu minut bezskutecznie starał się zainteresować go jakimś mało ciekawym morderstwem. W tej sprawie wszystko wydawało się być tak oczywiste, że nie warto było nawet przelotnie zawracać sobie nią głowy.
            Potencjalny klient nerwowo zatarł ręce. Najwyraźniej nie miał pojęcia, jak dotrzeć do detektywa. Słyszał wiele dziwnych opowieści o tym człowieku. Gdy decydował się poprosić go o pomoc, zdawał sobie doskonale sprawę z tego, iż jest to ekscentryk, z którym trudno choćby nawiązać kontakt. Wiedział też jednak, że jest jedyną nadzieją dla rodziny zmarłego. Tylko on będzie potrafił wyjaśnić im, co tak naprawdę zaszło. Przychodząc tu, obiecał sobie, że nie podda się, póki nie przekona go do swoich racji. Teraz jednak zaczynał wątpić, czy jest to w ogóle możliwe. Mimo to postanowił spróbować jeszcze raz. Zastanowił się przez moment. W końcu znów przerwał niezmąconą ciszę.
            - Naprawdę – zaczął niepewnie, patrząc błagalnie na mężczyznę przed sobą. – Tam się nie dało wejść…
            Doktor zerknął z zaciekawieniem na przyjaciela, który nawet nie drgnął. Teraz dostrzegł jednak charakterystyczny błysk w jego oku świadczący o tym, że jego umysł rozpoczyna pracę na najwyższych obrotach. Postanowił więc pomóc nieco nieszczęśnikowi, który do tej pory bezskutecznie starał się dowieść, że warto zainteresować się sprawą, z którą tu przyszedł.
            - Proszę opowiedzieć wszystko jeszcze raz od początku. I tym razem niczego nie pomijać.
            Mężczyzna gorliwie przytaknął. Nim jednak zdążył powiedzieć cokolwiek, powstrzymała go uniesiona dłoń detektywa.
            - Nie ma takiej potrzeby – rzucił. Oczywiście, wbrew pozorom uważnie słuchał wszystkiego, co tamten mówił, odkąd tylko przekroczył próg mieszkania. Teraz spojrzał na swojego towarzysza przenikliwie, posyłając mu przedziwny grymas, jakim w jego wykonaniu był uśmiech. – Gra się zaczyna.

***

            - Najlepiej, jeśli sam się wszystkiemu przyjrzę – oznajmił detektyw stanowczo. Nie zważając na protesty, bezceremonialnie wypchnął rodzinę z pomieszczenia i zatrzasnął za nimi drzwi.
Rozejrzał się po wykwintnie urządzonym gabinecie. Jedną ze ścian zajmował ogromny kominek, nad którym znajdował się portret zamordowanego hrabiego.  Po jego obu stronach nie wiadomo w jakim celu wisiały kunsztownie udrapowane aksamitne kotary. Mężczyzna podszedł, zajrzał za nie. Za jedną odkrył rozkładaną drabinkę. Zapewne używano jej, by uzyskać dostęp do najwyższych półek regałów bibliotecznych, za którymi ginęły pozostałe ściany.
- Można by jej użyć, żeby dostać się do tego? – Siedzący przy biurku pośrodku pokoju doktor wskazał na coś nad swoją głową.
- Możliwe – jego przyjaciel przytaknął, spoglądając z uwagą w górę.
- Może więc…
- Ostudź swój słomiany zapał, mój drogi, i zwróć uwagę, że świetlik się nie otwiera. Poza tym w tak dżdżysty dzień pozostałyby tu widoczne ślady, które raczej nie umknęłyby niczyjej uwadze. Zresztą i tak jest zbyt mały. Nawet dziecko by się nie przecisnęło.
Doktor wzruszył ramionami, gdy detektyw rozsiadł się naprzeciwko niego i zaczął bawić się zabranym z biurka przyciskiem do papieru. Złocone paskudztwo wyobrażało wyjątkowo szkaradnego smoka. Dziwne, że ktoś mógł z rozmysłem postawić to na widoku. Przypuszczalnie jednak było cenne, a to wszystko tłumaczyło. Ludzie uwielbiają pławić się w luksusie.
- Podsumujmy, co wiemy. Hrabia zamknął się w gabinecie ze swoim adwokatem. Został zasztyletowany, a prawnik zniknął. Nie mógł po prostu wyjść i zamknąć drzwi, skoro, jak twierdzi rodzina, jest tylko jeden klucz, który zresztą odnaleziono przy zwłokach. No i nikt nie widział, żeby opuszczał rezydencję. Ustaliliśmy już, że przez świetlik też nie wyleciał... Zaglądałeś do szuflad?
- Zamknięte.
Mężczyzna westchnął, kręcąc głową z politowaniem. W jakiś niepojęty sposób udało mu się otworzyć figurkę, którą trzymał w dłoniach. Wydobył z niej niewielki pęk kluczy, który rzucił przyjacielowi.
Po kilku próbach doktorowi udało się odnaleźć właściwy klucz. Jak się okazało, biurko było niemal puste – znalazł w nim jedynie dziennik. Po uważnych oględzinach stwierdził, że w środku brakuje kilku stron. Ktoś usunął je nadzwyczaj starannie, nie zauważył jednak, że pozostałe były ponumerowane. Nic zresztą dziwnego, maleńkie wyblakłe cyferki były ledwo dostrzegalne.
- Spójrz na krwawe ślady – detektyw wskazał kilka czerwonawych kropek na podartej okładce.
Wstał, podszedł do kominka, przyglądając mu się z namysłem. W końcu ukląkł, i zajrzał do środka. Przez chwilę dokładnie badał wnętrze, najwyraźniej jednak niczego nie znalazł, ponieważ jedynie wzruszył ramionami i mrucząc coś pod nosem, zaczął grzebać w palenisku.
Wreszcie ponownie usiadł, rozkładając na blacie biurka podarte i nadpalone kawałki papieru. Postarał się ułożyć je tak, by do siebie pasowały. Gdy skończył, wskazał na nie.
- Przeczytaj.
Doktor pochylił się, próbując odcyfrować chwiejne pismo, którym pokryte były skrawki. Zdołał odczytać jedynie:
…dobrze ukrył, ale wszystkie… Są dwie… coś jeszcze… i rozkazałem zlikwidować… a ulepszył… doskonały rzemieślnik, prawdziwy artysta… ten jego smok też…
            - Cóż to może oznaczać?
            - Zastanów się, mój drogi. Które słowo może być kluczem?
            Doktor spojrzał na nadpalone świstki z niechęcią. O czym mówiły brakujące kartki z dziennika, co było tak istotne, że nikt nie mógł się o tym dowiedzieć? Dlaczego ktoś chciał się ich pozbyć? I przede wszystkim, kto…
            Twarz jego towarzysza wykrzywiła się nieznacznie w wyrazie zniecierpliwienia.
            - Skup się. Nie wiemy, czy to mógł być rabunek, ponieważ członkowie rodziny nie mają pojęcia, czy coś zginęło. Dlaczego?
            Mężczyzna wreszcie zrozumiał, co przyjaciel ma na myśli. Pokręcił głową z niedowierzaniem i wskazał otaczające ich półki z książkami.
            - Uważasz, że miał tu jakieś skrytki?
            Detektyw przytaknął, rozglądając się uważnie. Potem spojrzał w górę, na świetlik, w który wprawiono jakiś nieczytelny witraż. Tkwił przez moment w bezruchu. Nagle jego oczy zalśniły. Podszedł do jednego z regałów, przyglądając mu się z zaciekawieniem. W końcu najwyraźniej znalazł to, czego szukał. Rozległ się cichy dźwięk, jakby uruchomionego mechanizmu.
            - Elementarne – rzucił przez ramię, pochylając się. – Oto i nasza skrytka. Pusta – zauważył i cofnął się na środek pokoju, ponownie się rozglądając.
            Dopiero teraz doktor miał szansę przyjrzeć się temu, co znalazł jego towarzysz. Musiał przyznać, że umiejscowienie schowka było w zasadzie dość oczywiste, wręcz stereotypowe. Właściwie powinni wcześniej na to wpaść, bez pomocy – dość niejasnych co prawda – wskazówek.
            Obrócił się, słysząc dźwięk kolejnego mechanizmu wprawionego w ruch. Jego przyjaciel klęczał przed regałem stojącym przy przeciwległej ścianie i zaglądał do kolejnej skrytki. Wydawało się, że bada ją znacznie uważniej niż tę pierwszą.
            - Czyżbyś coś znalazł?
            Detektyw zignorował pytanie, obstukując drewniane ścianki. Nagle zagwizdał cicho, z uznaniem. Ze schowka dał się słyszeć kolejny metaliczny zgrzyt.
            - Genialne w swojej prostocie – oznajmił oniemiałemu towarzyszowi, który właśnie pochylił się nad nim, spoglądając mu przez ramię.
            - Ktoś tu najwyraźniej lubował się w tajemnicach. Skrytki w skrytce, też coś…
            Jego przyjaciel nawet go nie słuchał. Na powrót zajął się pierwszym schowkiem. Tym razem zeszło mu nieco dłużej, najwyraźniej ta zagadka była bardziej skomplikowana. W końcu jednak i z nią sobie poradził.
Doktor z konsternacją obserwował, jak detektyw z wyrazem znudzenia na twarzy siada ponownie przy olbrzymim biurku i wbija wzrok w witraż nad swoją głową. Już chciał się odezwać, jednak ten nie dał mu dojść do głosu.
- No dobrze, mamy nasze skrytki. Ale pozostaje „coś jeszcze”. Pytanie, gdzie tego czegoś szukać? Mapa w tym wypadku nie jest zbyt czytelna.
- Mapa?
Detektyw bez słowa wskazał na świetlik. Jego towarzysz uniósł głowę i przyjrzał mu się uważnie, zastanawiając się, o cóż znów może chodzić. Na jego twarzy odmalowało się bezbrzeżne zdumienie, by po chwili ustąpić miejsca zrozumieniu zmieszanemu z podziwem.
- Niewiarygodne. Jak na to wpadłeś?
Mężczyzna wzruszył ramionami, wciąż wpatrując się w witraż z namysłem. Wprost nie do pomyślenia, że te zawiłe wzory o wyblakłych kolorach dało się jakoś rozszyfrować. Co więcej, zrobić to w tak krótkim czasie wydawało się wręcz niemożliwe. Gdyby doktor nie znał go tak dobrze, z pewnością nigdy by w to nie uwierzył.
Nagle detektyw znów zerwał się na nogi. Zaczął krążyć po pokoju, mrucząc coś pod nosem, by w końcu ponownie zatrzymać się przed jednym z regałów. Przez dłuższy czas badał go dokładnie. Wreszcie udało mu się coś znaleźć. Z wyrazem niechęci malującym się na twarzy otworzył kolejny schowek, tym razem dość sporych rozmiarów.
- A cóż to? Szafa na trupa?
Mężczyzna zignorował przyjaciela, oglądając uważnie solidne drewniane ściany. Otworzył kilka kolejnych przemyślnie ulokowanych skrytek. Zdawało się, że to już wszystkie, jemu jednak najwyraźniej wciąż coś nie dawało spokoju.
Metaliczny zgrzyt dawno nieużywanego mechanizmu był tak głośny, że jego echo bez wątpienia wprawiłoby w drżenie ściany, gdyby nie tłumiące dźwięki aksamitne kotary i tony książek. Doktor niemal podskoczył. Z miejsca, w którym stał, nie potrafił dojrzeć, co też odkrył jego towarzysz, był jednak pewien, że właśnie dokonał przełomu. Zaintrygowany, podszedł bliżej. Detektyw odwrócił się w jego stronę z błyskiem w oku.
- Konstruktor tych wszystkich skrytek to w rzeczy samej doskonały rzemieślnik. Skrytki w skrytkach to jedno. Ale tutaj jedna z nich ma, można powiedzieć, podwójne dno…
- Czyli to taka skrytka w skrytce w szafie na trupa?
-…pod którym ukryta jest maleńka zapadnia. A po jej uruchomieniu – Przesunął się nieznacznie, pozwalając doktorowi przyjrzeć się dokładnie temu, co właśnie odkrył. – Proszę. Nasze „coś jeszcze”, co hrabia „rozkazał zlikwidować”. Chodźmy.

***

            - Co panowie tutaj robią?
Kobieta wyglądała, jakby zaraz miała wyzionąć ducha. Niewątpliwie zaskoczyć musiał ją fakt, że wytrwale dobijającymi się do drzwi – i zapewne niechcianymi – gośćmi okazali się być dżentelmeni, którzy w jej mniemaniu wciąż powinni znajdować się po drugiej stronie ciężkich drzwi, pod którymi spędziła niemal cały czas od chwili, gdy ci dwaj przekroczyli próg jej domu. Przecież stamtąd nie wychodzili, widziałabym, to niemożliwe…
- Droga pani – Detektyw nie zadał sobie trudu odpowiedzenia na dość w jego przekonaniu bezsensowne pytanie. – Potrzebuję kilku informacji.
Wdowa, wciąż blada jak sama Śmierć, nieznacznie skinęła głową. Pomogła, jak tylko umiała najlepiej, choć nie bardzo rozumiała, co to wszystko mogłoby mieć wspólnego z całą sprawą. Oczywiście, jakiś czas temu w gabinecie hrabiego wymieniono wszystkie meble. Tak, musiał być niezwykle zadowolony z efektów, gdyż mężczyzna, który się tym zajmował, otrzymał niebywale wysokie wynagrodzenie. Rzeczywiście, wykonał wspaniałą pracę, jednak mimo to nazywanie go geniuszem wydawało się dziwne nawet jak na jej męża, który, nawiasem mówiąc, potrafił świetnie manipulować ludźmi, doskonale zdając sobie sprawę z potęgi drobnych gestów – takich, jak choćby zwykłe docenienie włożonego w coś trudu. Poza tym… Tak, naturalnie, że pamięta nazwisko rzemieślnika, wszyscy go tu znają, jest…
- Doskonale, dziękuję za pomoc. A teraz, pani wybaczy, musimy rozmówić się z inspektorem.

***

            - Jakim prawem? Nie ma pan podstaw do aresztowania.
            Policjant spojrzał na detektywa z zakłopotaniem, licząc na jego pomoc.
            - Toteż nikt pana nie aresztuje. Na razie.
            - Nie zamierzam…
            - Marnuje pan mój cenny czas. Inspektorze, mogę pana prosić…?
            Mężczyzna niechętnie skinął głową i rozpoczął przeszukanie. Rzemieślnik przyglądał się temu z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Co dziwne, mimo niewygodnej sytuacji, w jakiej się znalazł, wydawał się być zadowolony z siebie. Doktor zastanawiał się, co też może ukrywać ten człowiek.
            - Piękny dom. Sam pan robił te meble?
            - Wszystko zrobiłem sam – odparł zapytany z nieskrywaną dumą, uśmiechając się przy tym przekornie.
            Tu cię mam, gagatku.
            - A wyposażył się pan też w tajne schowki? A może w jedno czy dwa ukryte przejścia?
            Policjant zajrzał do jednej z szuflad wyjątkowo zgrabnego sekretarzyka. Po twarzy mężczyzny przemknął ledwo zauważalny cień, który oczywiście nie umknął uwadze detektywa, który cały czas go bacznie obserwował.
            - Inspektorze, pan pozwoli.
Nie czekając na odpowiedź, bezceremonialnie odsunął go na bok i sam zabrał się za przeszukanie. Nie minęło wiele czasu, a otwarł pierwszą skrytkę. Znalazł w niej złoty sygnet z herbem rodowym – identyczny miał hrabia na portrecie wiszącym nad kominkiem w gabinecie. Rzucił go niedbale doktorowi, który niemal natychmiast dostrzegł na nim plamę w sposób niepokojący przywodzącą na myśl zakrzepłą krew. Wskazał ją policjantowi, który natychmiast zareagował. Pochwycił mężczyznę i przytrzymując go w żelaznym uścisku, oznajmił urzędowym tonem:
- Jest pan aresztowany pod zarzutem zabójstwa.

***

            - Przyznał się?
            - Oczywiście, że nie, droga pani. Usiłował nam wmówić, że sygnet od kogoś kupił, a gdy dowiedział się o morderstwie, schował go ze strachu przed fałszywymi oskarżeniami.
            - Więc jak…
            Detektyw uniósł dłoń, nawet nie starając się ukryć irytacji wywołanej faktem, iż mu się przerywa.
            - Proszę pozwolić mi wyjaśnić do końca. W całym domu znaleźliśmy jeszcze wiele niezwykle przemyślnych skrytek, w których znajdowały się zaginione cenne przedmioty należące nie tylko do pani męża i jego adwokata, ale i do ludzi z bliższej i dalszej okolicy, którym ten sam rzemieślnik świadczył swoje usługi. – Spojrzał znacząco na przyjaciela.
            - Jak udało nam się ustalić, przedziwnym zrządzeniem losu wszystkie wcześniej znajdowały się w schowkach autorstwa naszego przyjaciela.
            - Otóż to! Inspektor otrzymał wystarczająco wiele dowodów, żeby można było tego mężczyznę skazać nie tylko za kilka kradzieży, ale i za podwójne morderstwo.
            - Jak to podwójne?!
            - Prawnik – wyjaśnił doktor, ponaglany przez towarzysza. – Ponieważ zniknął, był głównym podejrzanym o zabicie pani męża, czyż nie? Tymczasem znaleźliśmy jego ciało.
            - Było dobrze ukryte. Praktycznie nie było szansy, żeby ktoś się na nie natknął, choćby przypadkiem.
            Kobieta uniosła drżącą dłoń do ust, wpatrując się w nich oczami jak spodki. Ta wiadomość wprawiła ją w takie osłupienie, że nie mogła wydobyć z siebie głosu. Nie potrafiła nawet zebrać myśli. Jakim człowiekiem trzeba być, żeby zdobyć się na coś takiego? W końcu ciszę przerwał jej najstarszy syn, którego widocznie bardziej interesowało co innego.
            - Ale jak udało wam się wydostać z gabinetu ojca?
            Detektyw uśmiechnął się tajemniczo.
            - Wasza rezydencja jest bardzo stara i zapewne ma więcej tajemnic. My odkryliśmy tylko kilka schowków w gabinecie hrabiego. Bardzo przemyślnie udoskonalone przez jego „geniusza”, skrywały w sobie kolejne zagadki. A jeden…
            - Zamaskowane tajne przejście – dokończył za niego przyjaciel. Zachęcony nieznacznym skinieniem, kontynuował. – Trudno się było do niego dostać, a jeszcze trudniej pokonać całe.
            - Niezwykle pomocne okazały się klucze, które hrabia zachował. Ludzie potrafią być tak naiwnie sentymentalni – Detektyw pokręcił głową z rozbawieniem. – Niemniej, choć wciąż miał klucze, rozkazał zlikwidować przejście rzemieślnikowi, który w tym dostrzegł swoją szansę. Zrobił wszystko w taki sposób, by wydawało się, że wypełnił polecenie. Tymczasem w tajemnicy je zachował i na własny użytek przebudował tak, by z jego pomocą można było nie tylko bezpiecznie wydostać się z rezydencji, jak dotychczas, ale również wejść do niej z zewnątrz. Zresztą, znaleźliśmy u niego również kopie wspomnianych kluczy.
            - Wszystko zaplanował? To morderstwo…
            - Wypadek przy pracy. Nie spodziewał się, że kiedy się włamie, w gabinecie będą akurat przebywać dwie osoby.
            - Więc nie mógł przyjść kiedy indziej?
            - Prawdopodobnie w jakiś sposób zdradził swoją obecność, więc musiał działać szybko – zauważył doktor.
            - Tak. Po prostu wykorzystał okazję. Zamordował obu mężczyzn, okradł, a ciało adwokata ukrył w tajnym przejściu, by zrzucić na niego podejrzenia.
            - Niewiarygodne. Jak pan na to wszystko wpadł?
            Wdowa z synami wpatrywali się w detektywa z niedowierzaniem. Doktor chciał wyjaśnić im, że wszystko dzięki znalezionym w kominku fragmentom brakujących stron z dziennika hrabiego i nietypowemu witrażowi w świetliku  – choć w gruncie rzeczy wierzył, że i bez tych kiepskich wskazówek jego przyjaciel w końcu sam by wszystko odkrył. Towarzysz jednak nie dopuścił go tym razem do głosu.
            - Kiedy odrzuci się wszystko, co niemożliwe, to, co pozostaje, choćby nawet najbardziej nieprawdopodobne, musi być prawdą.

***

            - Jedna rzecz nie daje mi spokoju. – Przyjaciel spojrzał na niego pytająco. – Dlaczego nie pozbył się dziennika? Czy tak nie byłoby prościej?
            - Może myślał, że ktoś zauważy jego brak i zacznie się zastanawiać. – Detektyw wzruszył ramionami z krzywym uśmiechem. – Nie ma zbrodni doskonałej, mój drogi. Idealna zagadka zamkniętego pokoju to przecież absurd. A pisarz zawsze musi znaleźć jakieś rozwiązanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz