Podobnie jak na punkcie Alicji Lewisa
Carrolla, tak i na punkcie Sherlocka Holmesa mam prawdziwego
hopla - stąd zapewne poniższe opowiadanie. Początkowo pisane z myślą o
konkursie, dokończone już po czasie (na konkurs ostatecznie wysłałam inny
tekst), więc nic nie stoi na przeszkodzie, by je opublikować. Spotkasz w nim
parafrazę cytatu ze Znaku czterech autorstwa Arthura Conana
Doyle'a oraz kilka innych kojarzonych ze słynnym detektywem powiedzonek.
Przyznam szczerze, że niełatwo jest napisać opowiadanie
detektywistyczne. Nawet jeśli pomysł był całkiem niezły, trudno było tak
skonstruować fabułę i zbudować narrację, żeby tekst miał to coś. Mam nadzieję,
że eksperyment się powiódł. Ocenę pozostawiam Tobie. Miłej lektury.
-
Tylko pan może im pomóc.
Mężczyzna
siedzący w fotelu ze znudzeniem wpatrywał się w okno. Zdawał się ignorować
wysiłki swojego gościa, który od pięciu minut bezskutecznie starał się zainteresować
go jakimś mało ciekawym morderstwem. W tej sprawie wszystko wydawało się być
tak oczywiste, że nie warto było nawet przelotnie zawracać sobie nią głowy.
Potencjalny
klient nerwowo zatarł ręce. Najwyraźniej nie miał pojęcia, jak dotrzeć do
detektywa. Słyszał wiele dziwnych opowieści o tym człowieku. Gdy decydował się
poprosić go o pomoc, zdawał sobie doskonale sprawę z tego, iż jest to
ekscentryk, z którym trudno choćby nawiązać kontakt. Wiedział też jednak, że
jest jedyną nadzieją dla rodziny zmarłego. Tylko on będzie potrafił wyjaśnić
im, co tak naprawdę zaszło. Przychodząc tu, obiecał sobie, że nie podda się,
póki nie przekona go do swoich racji. Teraz jednak zaczynał wątpić, czy jest to
w ogóle możliwe. Mimo to postanowił spróbować jeszcze raz. Zastanowił się przez
moment. W końcu znów przerwał niezmąconą ciszę.
-
Naprawdę – zaczął niepewnie, patrząc błagalnie na mężczyznę przed sobą. – Tam
się nie dało wejść…
Doktor
zerknął z zaciekawieniem na przyjaciela, który nawet nie drgnął. Teraz dostrzegł
jednak charakterystyczny błysk w jego oku świadczący o tym, że jego umysł
rozpoczyna pracę na najwyższych obrotach. Postanowił więc pomóc nieco
nieszczęśnikowi, który do tej pory bezskutecznie starał się dowieść, że warto
zainteresować się sprawą, z którą tu przyszedł.
-
Proszę opowiedzieć wszystko jeszcze raz od początku. I tym razem niczego nie
pomijać.
Mężczyzna
gorliwie przytaknął. Nim jednak zdążył powiedzieć cokolwiek, powstrzymała go
uniesiona dłoń detektywa.
-
Nie ma takiej potrzeby – rzucił. Oczywiście, wbrew pozorom uważnie słuchał
wszystkiego, co tamten mówił, odkąd tylko przekroczył próg mieszkania. Teraz
spojrzał na swojego towarzysza przenikliwie, posyłając mu przedziwny grymas,
jakim w jego wykonaniu był uśmiech. – Gra się zaczyna.
***
-
Najlepiej, jeśli sam się wszystkiemu przyjrzę – oznajmił detektyw stanowczo.
Nie zważając na protesty, bezceremonialnie wypchnął rodzinę z pomieszczenia i
zatrzasnął za nimi drzwi.
Rozejrzał się po
wykwintnie urządzonym gabinecie. Jedną ze ścian zajmował ogromny kominek, nad
którym znajdował się portret zamordowanego hrabiego. Po jego obu stronach nie wiadomo w jakim celu
wisiały kunsztownie udrapowane aksamitne kotary. Mężczyzna podszedł, zajrzał za
nie. Za jedną odkrył rozkładaną drabinkę. Zapewne używano jej, by uzyskać
dostęp do najwyższych półek regałów bibliotecznych, za którymi ginęły pozostałe
ściany.
- Można by jej użyć,
żeby dostać się do tego? – Siedzący przy biurku pośrodku pokoju doktor wskazał
na coś nad swoją głową.
- Możliwe – jego
przyjaciel przytaknął, spoglądając z uwagą w górę.
- Może więc…
- Ostudź swój słomiany
zapał, mój drogi, i zwróć uwagę, że świetlik się nie otwiera. Poza tym w tak
dżdżysty dzień pozostałyby tu widoczne ślady, które raczej nie umknęłyby
niczyjej uwadze. Zresztą i tak jest zbyt mały. Nawet dziecko by się nie
przecisnęło.
Doktor wzruszył
ramionami, gdy detektyw rozsiadł się naprzeciwko niego i zaczął bawić się zabranym
z biurka przyciskiem do papieru. Złocone paskudztwo wyobrażało wyjątkowo
szkaradnego smoka. Dziwne, że ktoś mógł z rozmysłem postawić to na widoku.
Przypuszczalnie jednak było cenne, a to wszystko tłumaczyło. Ludzie uwielbiają
pławić się w luksusie.
- Podsumujmy, co wiemy.
Hrabia zamknął się w gabinecie ze swoim adwokatem. Został zasztyletowany, a
prawnik zniknął. Nie mógł po prostu wyjść i zamknąć drzwi, skoro, jak twierdzi
rodzina, jest tylko jeden klucz, który zresztą odnaleziono przy zwłokach. No i
nikt nie widział, żeby opuszczał rezydencję. Ustaliliśmy już, że przez świetlik
też nie wyleciał... Zaglądałeś do szuflad?
- Zamknięte.
Mężczyzna westchnął,
kręcąc głową z politowaniem. W jakiś niepojęty sposób udało mu się otworzyć
figurkę, którą trzymał w dłoniach. Wydobył z niej niewielki pęk kluczy, który
rzucił przyjacielowi.
Po kilku próbach doktorowi
udało się odnaleźć właściwy klucz. Jak się okazało, biurko było niemal puste –
znalazł w nim jedynie dziennik. Po uważnych oględzinach stwierdził, że w środku
brakuje kilku stron. Ktoś usunął je nadzwyczaj starannie, nie zauważył jednak,
że pozostałe były ponumerowane. Nic zresztą dziwnego, maleńkie wyblakłe cyferki
były ledwo dostrzegalne.
- Spójrz na krwawe
ślady – detektyw wskazał kilka czerwonawych kropek na podartej okładce.
Wstał, podszedł do
kominka, przyglądając mu się z namysłem. W końcu ukląkł, i zajrzał do środka.
Przez chwilę dokładnie badał wnętrze, najwyraźniej jednak niczego nie znalazł,
ponieważ jedynie wzruszył ramionami i mrucząc coś pod nosem, zaczął grzebać w
palenisku.
Wreszcie ponownie
usiadł, rozkładając na blacie biurka podarte i nadpalone kawałki papieru.
Postarał się ułożyć je tak, by do siebie pasowały. Gdy skończył, wskazał na
nie.
- Przeczytaj.
Doktor pochylił się,
próbując odcyfrować chwiejne pismo, którym pokryte były skrawki. Zdołał
odczytać jedynie:
…dobrze
ukrył, ale wszystkie… Są dwie… coś jeszcze… i rozkazałem zlikwidować… a ulepszył…
doskonały rzemieślnik, prawdziwy artysta… ten jego smok też…
-
Cóż to może oznaczać?
-
Zastanów się, mój drogi. Które słowo może być kluczem?
Doktor
spojrzał na nadpalone świstki z niechęcią. O czym mówiły brakujące kartki z
dziennika, co było tak istotne, że nikt nie mógł się o tym dowiedzieć? Dlaczego
ktoś chciał się ich pozbyć? I przede wszystkim, kto…
Twarz
jego towarzysza wykrzywiła się nieznacznie w wyrazie zniecierpliwienia.
-
Skup się. Nie wiemy, czy to mógł być rabunek, ponieważ członkowie rodziny nie
mają pojęcia, czy coś zginęło. Dlaczego?
Mężczyzna
wreszcie zrozumiał, co przyjaciel ma na myśli. Pokręcił głową z niedowierzaniem
i wskazał otaczające ich półki z książkami.
-
Uważasz, że miał tu jakieś skrytki?
Detektyw
przytaknął, rozglądając się uważnie. Potem spojrzał w górę, na świetlik, w
który wprawiono jakiś nieczytelny witraż. Tkwił przez moment w bezruchu. Nagle
jego oczy zalśniły. Podszedł do jednego z regałów, przyglądając mu się z
zaciekawieniem. W końcu najwyraźniej znalazł to, czego szukał. Rozległ się
cichy dźwięk, jakby uruchomionego mechanizmu.
-
Elementarne – rzucił przez ramię, pochylając się. – Oto i nasza skrytka. Pusta
– zauważył i cofnął się na środek pokoju, ponownie się rozglądając.
Dopiero
teraz doktor miał szansę przyjrzeć się temu, co znalazł jego towarzysz. Musiał
przyznać, że umiejscowienie schowka było w zasadzie dość oczywiste, wręcz
stereotypowe. Właściwie powinni wcześniej na to wpaść, bez pomocy – dość
niejasnych co prawda – wskazówek.
Obrócił
się, słysząc dźwięk kolejnego mechanizmu wprawionego w ruch. Jego przyjaciel
klęczał przed regałem stojącym przy przeciwległej ścianie i zaglądał do
kolejnej skrytki. Wydawało się, że bada ją znacznie uważniej niż tę pierwszą.
-
Czyżbyś coś znalazł?
Detektyw
zignorował pytanie, obstukując drewniane ścianki. Nagle zagwizdał cicho, z
uznaniem. Ze schowka dał się słyszeć kolejny metaliczny zgrzyt.
-
Genialne w swojej prostocie – oznajmił oniemiałemu towarzyszowi, który właśnie
pochylił się nad nim, spoglądając mu przez ramię.
-
Ktoś tu najwyraźniej lubował się w tajemnicach. Skrytki w skrytce, też coś…
Jego
przyjaciel nawet go nie słuchał. Na powrót zajął się pierwszym schowkiem. Tym
razem zeszło mu nieco dłużej, najwyraźniej ta zagadka była bardziej
skomplikowana. W końcu jednak i z nią sobie poradził.
Doktor z konsternacją
obserwował, jak detektyw z wyrazem znudzenia na twarzy siada ponownie przy
olbrzymim biurku i wbija wzrok w witraż nad swoją głową. Już chciał się
odezwać, jednak ten nie dał mu dojść do głosu.
- No dobrze, mamy nasze
skrytki. Ale pozostaje „coś jeszcze”. Pytanie, gdzie tego czegoś szukać? Mapa w
tym wypadku nie jest zbyt czytelna.
- Mapa?
Detektyw bez słowa
wskazał na świetlik. Jego towarzysz uniósł głowę i przyjrzał mu się uważnie,
zastanawiając się, o cóż znów może chodzić. Na jego twarzy odmalowało się
bezbrzeżne zdumienie, by po chwili ustąpić miejsca zrozumieniu zmieszanemu z
podziwem.
- Niewiarygodne. Jak na
to wpadłeś?
Mężczyzna wzruszył
ramionami, wciąż wpatrując się w witraż z namysłem. Wprost nie do pomyślenia,
że te zawiłe wzory o wyblakłych kolorach dało się jakoś rozszyfrować. Co
więcej, zrobić to w tak krótkim czasie wydawało się wręcz niemożliwe. Gdyby
doktor nie znał go tak dobrze, z pewnością nigdy by w to nie uwierzył.
Nagle detektyw znów
zerwał się na nogi. Zaczął krążyć po pokoju, mrucząc coś pod nosem, by w końcu
ponownie zatrzymać się przed jednym z regałów. Przez dłuższy czas badał go
dokładnie. Wreszcie udało mu się coś znaleźć. Z wyrazem niechęci malującym się
na twarzy otworzył kolejny schowek, tym razem dość sporych rozmiarów.
- A cóż to? Szafa na trupa?
Mężczyzna zignorował
przyjaciela, oglądając uważnie solidne drewniane ściany. Otworzył kilka
kolejnych przemyślnie ulokowanych skrytek. Zdawało się, że to już wszystkie, jemu
jednak najwyraźniej wciąż coś nie dawało spokoju.
Metaliczny zgrzyt dawno
nieużywanego mechanizmu był tak głośny, że jego echo bez wątpienia wprawiłoby w
drżenie ściany, gdyby nie tłumiące dźwięki aksamitne kotary i tony książek.
Doktor niemal podskoczył. Z miejsca, w którym stał, nie potrafił dojrzeć, co
też odkrył jego towarzysz, był jednak pewien, że właśnie dokonał przełomu.
Zaintrygowany, podszedł bliżej. Detektyw odwrócił się w jego stronę z błyskiem
w oku.
- Konstruktor tych
wszystkich skrytek to w rzeczy samej doskonały rzemieślnik. Skrytki w skrytkach
to jedno. Ale tutaj jedna z nich ma, można powiedzieć, podwójne dno…
- Czyli to taka skrytka
w skrytce w szafie na trupa?
-…pod którym ukryta
jest maleńka zapadnia. A po jej uruchomieniu – Przesunął się nieznacznie,
pozwalając doktorowi przyjrzeć się dokładnie temu, co właśnie odkrył. – Proszę.
Nasze „coś jeszcze”, co hrabia „rozkazał zlikwidować”. Chodźmy.
***
-
Co panowie tutaj robią?
Kobieta wyglądała,
jakby zaraz miała wyzionąć ducha. Niewątpliwie zaskoczyć musiał ją fakt, że
wytrwale dobijającymi się do drzwi – i zapewne niechcianymi – gośćmi okazali
się być dżentelmeni, którzy w jej mniemaniu wciąż powinni znajdować się po
drugiej stronie ciężkich drzwi, pod którymi spędziła niemal cały czas od
chwili, gdy ci dwaj przekroczyli próg jej domu. Przecież stamtąd nie wychodzili, widziałabym, to niemożliwe…
- Droga pani – Detektyw
nie zadał sobie trudu odpowiedzenia na dość w jego przekonaniu bezsensowne
pytanie. – Potrzebuję kilku informacji.
Wdowa, wciąż blada jak
sama Śmierć, nieznacznie skinęła głową. Pomogła, jak tylko umiała najlepiej,
choć nie bardzo rozumiała, co to wszystko mogłoby mieć wspólnego z całą sprawą.
Oczywiście, jakiś czas temu w gabinecie hrabiego wymieniono wszystkie meble.
Tak, musiał być niezwykle zadowolony z efektów, gdyż mężczyzna, który się tym
zajmował, otrzymał niebywale wysokie wynagrodzenie. Rzeczywiście, wykonał
wspaniałą pracę, jednak mimo to nazywanie go geniuszem wydawało się dziwne
nawet jak na jej męża, który, nawiasem mówiąc, potrafił świetnie manipulować
ludźmi, doskonale zdając sobie sprawę z potęgi drobnych gestów – takich, jak
choćby zwykłe docenienie włożonego w coś trudu. Poza tym… Tak, naturalnie, że
pamięta nazwisko rzemieślnika, wszyscy go tu znają, jest…
- Doskonale, dziękuję
za pomoc. A teraz, pani wybaczy, musimy rozmówić się z inspektorem.
***
-
Jakim prawem? Nie ma pan podstaw do aresztowania.
Policjant
spojrzał na detektywa z zakłopotaniem, licząc na jego pomoc.
-
Toteż nikt pana nie aresztuje. Na razie.
-
Nie zamierzam…
-
Marnuje pan mój cenny czas. Inspektorze, mogę pana prosić…?
Mężczyzna
niechętnie skinął głową i rozpoczął przeszukanie. Rzemieślnik przyglądał się
temu z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Co dziwne, mimo niewygodnej sytuacji, w
jakiej się znalazł, wydawał się być zadowolony z siebie. Doktor zastanawiał
się, co też może ukrywać ten człowiek.
-
Piękny dom. Sam pan robił te meble?
-
Wszystko zrobiłem sam – odparł zapytany z nieskrywaną dumą, uśmiechając się
przy tym przekornie.
Tu cię mam, gagatku.
-
A wyposażył się pan też w tajne schowki? A może w jedno czy dwa ukryte
przejścia?
Policjant
zajrzał do jednej z szuflad wyjątkowo zgrabnego sekretarzyka. Po twarzy
mężczyzny przemknął ledwo zauważalny cień, który oczywiście nie umknął uwadze
detektywa, który cały czas go bacznie obserwował.
-
Inspektorze, pan pozwoli.
Nie czekając na
odpowiedź, bezceremonialnie odsunął go na bok i sam zabrał się za przeszukanie.
Nie minęło wiele czasu, a otwarł pierwszą skrytkę. Znalazł w niej złoty sygnet
z herbem rodowym – identyczny miał hrabia na portrecie wiszącym nad kominkiem w
gabinecie. Rzucił go niedbale doktorowi, który niemal natychmiast dostrzegł na
nim plamę w sposób niepokojący przywodzącą na myśl zakrzepłą krew. Wskazał ją
policjantowi, który natychmiast zareagował. Pochwycił mężczyznę i przytrzymując
go w żelaznym uścisku, oznajmił urzędowym tonem:
- Jest pan aresztowany
pod zarzutem zabójstwa.
***
-
Przyznał się?
-
Oczywiście, że nie, droga pani. Usiłował nam wmówić, że sygnet od kogoś kupił,
a gdy dowiedział się o morderstwie, schował go ze strachu przed fałszywymi
oskarżeniami.
-
Więc jak…
Detektyw
uniósł dłoń, nawet nie starając się ukryć irytacji wywołanej faktem, iż mu się przerywa.
-
Proszę pozwolić mi wyjaśnić do końca. W całym domu znaleźliśmy jeszcze wiele
niezwykle przemyślnych skrytek, w których znajdowały się zaginione cenne
przedmioty należące nie tylko do pani męża i jego adwokata, ale i do ludzi z bliższej
i dalszej okolicy, którym ten sam rzemieślnik świadczył swoje usługi. –
Spojrzał znacząco na przyjaciela.
-
Jak udało nam się ustalić, przedziwnym zrządzeniem losu wszystkie wcześniej
znajdowały się w schowkach autorstwa naszego przyjaciela.
-
Otóż to! Inspektor otrzymał wystarczająco wiele dowodów, żeby można było tego
mężczyznę skazać nie tylko za kilka kradzieży, ale i za podwójne morderstwo.
-
Jak to podwójne?!
-
Prawnik – wyjaśnił doktor, ponaglany przez towarzysza. – Ponieważ zniknął, był
głównym podejrzanym o zabicie pani męża, czyż nie? Tymczasem znaleźliśmy jego
ciało.
-
Było dobrze ukryte. Praktycznie nie było szansy, żeby ktoś się na nie natknął,
choćby przypadkiem.
Kobieta
uniosła drżącą dłoń do ust, wpatrując się w nich oczami jak spodki. Ta
wiadomość wprawiła ją w takie osłupienie, że nie mogła wydobyć z siebie głosu.
Nie potrafiła nawet zebrać myśli. Jakim
człowiekiem trzeba być, żeby zdobyć się na coś takiego? W końcu ciszę
przerwał jej najstarszy syn, którego widocznie bardziej interesowało co innego.
-
Ale jak udało wam się wydostać z gabinetu ojca?
Detektyw
uśmiechnął się tajemniczo.
-
Wasza rezydencja jest bardzo stara i zapewne ma więcej tajemnic. My odkryliśmy
tylko kilka schowków w gabinecie hrabiego. Bardzo przemyślnie udoskonalone
przez jego „geniusza”, skrywały w sobie kolejne zagadki. A jeden…
-
Zamaskowane tajne przejście – dokończył za niego przyjaciel. Zachęcony
nieznacznym skinieniem, kontynuował. – Trudno się było do niego dostać, a
jeszcze trudniej pokonać całe.
-
Niezwykle pomocne okazały się klucze, które hrabia zachował. Ludzie potrafią
być tak naiwnie sentymentalni – Detektyw pokręcił głową z rozbawieniem. –
Niemniej, choć wciąż miał klucze, rozkazał zlikwidować przejście
rzemieślnikowi, który w tym dostrzegł swoją szansę. Zrobił wszystko w taki
sposób, by wydawało się, że wypełnił polecenie. Tymczasem w tajemnicy je
zachował i na własny użytek przebudował tak, by z jego pomocą można było nie
tylko bezpiecznie wydostać się z rezydencji, jak dotychczas, ale również wejść
do niej z zewnątrz. Zresztą, znaleźliśmy u niego również kopie wspomnianych
kluczy.
-
Wszystko zaplanował? To morderstwo…
-
Wypadek przy pracy. Nie spodziewał się, że kiedy się włamie, w gabinecie będą
akurat przebywać dwie osoby.
-
Więc nie mógł przyjść kiedy indziej?
-
Prawdopodobnie w jakiś sposób zdradził swoją obecność, więc musiał działać
szybko – zauważył doktor.
-
Tak. Po prostu wykorzystał okazję. Zamordował obu mężczyzn, okradł, a ciało
adwokata ukrył w tajnym przejściu, by zrzucić na niego podejrzenia.
-
Niewiarygodne. Jak pan na to wszystko wpadł?
Wdowa
z synami wpatrywali się w detektywa z niedowierzaniem. Doktor chciał wyjaśnić
im, że wszystko dzięki znalezionym w kominku fragmentom brakujących stron z
dziennika hrabiego i nietypowemu witrażowi w świetliku – choć w gruncie rzeczy wierzył, że i bez
tych kiepskich wskazówek jego przyjaciel w końcu sam by wszystko odkrył. Towarzysz
jednak nie dopuścił go tym razem do głosu.
-
Kiedy odrzuci się wszystko, co niemożliwe, to, co pozostaje, choćby nawet
najbardziej nieprawdopodobne, musi być prawdą.
***
-
Jedna rzecz nie daje mi spokoju. – Przyjaciel spojrzał na niego pytająco. –
Dlaczego nie pozbył się dziennika? Czy tak nie byłoby prościej?
-
Może myślał, że ktoś zauważy jego brak i zacznie się zastanawiać. – Detektyw
wzruszył ramionami z krzywym uśmiechem. – Nie ma zbrodni doskonałej, mój drogi.
Idealna zagadka zamkniętego pokoju to przecież absurd. A pisarz zawsze musi
znaleźć jakieś rozwiązanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz