Nie wiem, cóż to się tym razem urodziło w mojej głowie.
Wiem tylko, że jest krótkie i bez sensu... A, nawiasem mówiąc, bardzo luźną
inspiracją mogła być pewna postać, na którą natknęłam się w internetach.
W tekście spotkasz kilka cytatów (z Siódmego
Luxtorpedy, Nothing else matters Metalliki, Krainy Lodu
Disney'a), a także nawiązań (do powieści Wpuść mnie Johna
Ajvidego Lindqvista oraz filmu Pozwól mi wejść na podstawie tej
książki - tak jest, poniżej w tekście to nie literówka, if you know, what I
mean - a także do Alicji w Krainie Czarów Lewisa Carrolla). Have
fun!
Zasiadła
przy biurku i odpaliła laptopa. Nie znosiła używać tego dziada, jeśli nie było
to absolutnie konieczne – nawet jeśli w gruncie rzeczy pracowało się z nim
całkiem przyjemnie. Ale teraz… Palce zatańczyły na klawiaturze, na twarz powoli
wypełzł krzywy autoironiczny uśmieszek. Nie wiedziała jeszcze, co chce napisać,
jednak nie przejmowała się tym zbytnio. Zdawała sobie sprawę, że to przyjdzie
samo w odpowiednim czasie. Wsparła głowę na ręce i z uwagą wpatrzyła się w
monitor. Przejrzała szybko to, co do tej pory zdążył spłodzić jej skrzywiony
umysł. Chyba można uznać, że brzmi to jak
całkiem niezły wstęp do kolejnej nudnej opowieści. Może tym razem fala
krytyki ją oszczędzi… Wiedziała doskonale, że jej twory nie są idealne, zawsze
brakowało im tego czegoś. Mimo to się nie poddawała. Jak powiedziałby wielki
współczesny poeta, w którego głos wsłuchiwała się z niemal nabożną czcią: Robię to chyba, bo to lubię…
-
And nothing else matters – zanuciła
pod nosem, wciąż intensywnie wpatrując się w ekran. – Dobra, dość tego użalania
się nad sobą. Pora brać się do roboty.
Obróciła
się i spojrzała w okno, szukając inspiracji. Wygląda na to, że nie będzie kolejnego przyjemnego tekstu, który sam
się napisze. Ostatni pojawił się… Zbyt dawno. Westchnęła ze znużeniem,
śledząc spojrzeniem ciężkie burzowe chmury, przetaczające się po jeszcze nie
tak dawno całkiem pogodnym niebie z prędkością huraganu. Zanosiło się na
prawdziwą nawałnicę. Cudownie! Może właśnie tego potrzebował jej zmęczony umysł,
żeby wreszcie otrząsnąć się ze stanu hibernacji, w który popadł jakiś czas temu
z sobie tylko znanych przyczyn.
Rozległ
się pierwszy grzmot – tak potężny, że szyby w oknach zadrżały. Oczywiście
natychmiast zgasło światło, a jakże. Zerknęła z niepokojem na swojego kompana.
Laptop tylko raz dyskretnie mrugnął do niej czerwonym diodowym okiem,
oznajmiając wszem i wobec, że jest głodny. Potem już cierpliwie czekał na
rozwój wypadków. Chyba jakąś częścią swojej elektronicznej świadomości musiał
zdawać sobie sprawę z faktu, że on będzie następny. I to już niebawem.
-
No trudno – mruknęła, zapisując dokument. Z żalem wyłączyła staruszka, nim
zdążył sam rozstać się z tym podłym światem.
Ponownie
spojrzała za okno w momencie, gdy niebo rozdarła błyskawica. Równocześnie
rozległ się huk, który bardziej niż burzę przywodził na myśl trzęsienie ziemi.
Nagle, bez uprzedzenia, chmury otwarły się, spuszczając na ziemię prawdziwą
ulewę, która szybko została zastąpiona przez grad. Jak urzeczona wpatrywała się
w ten spektakl, bezpiecznie oddzielona od niego szybą. Wyglądało to jak potężna
śnieżna zawierucha w samym środku lata. Naraz w jej głowie odezwał się cichutki
złośliwy głosik: O, spójrz… Ule-pimy dziś
bałwaanaa? – zaintonował.
-
Och, zamknij się – parsknęła, przewracając oczami.
Już
niemal zapomniała o tym czymś, co czasem próbowało przejąć kontrolę nad jej
umysłem. Kiedy mały dzikus tak długo siedział cicho, przy odrobinie dobrej woli
potrafiła uwierzyć, że zniknął na dobre.
Oczywiście w momentach największego zamieszania okazywało się zawsze, że to
jedynie pobożne życzenie. Nie było to jednak takie złe – oznaczało przecież, że
jej mózg choć na chwilę ocknął się z letargu. Najwyższy czas!
Kolejna
błyskawica na moment zamieniła noc w dzień, wyłaniając z ciemności widok tak
niespodziewany, że ledwie zdołała powstrzymać krzyk. Zza okna – na drugim
piętrze! – intensywnie wpatrywały się w nią ciemne oczy, osadzone głęboko w
trupiobladej twarzy okolonej zwisającymi smętnie czarnymi włosami. Wpuść mnie. Jękliwy szept w jej głowie
brzmiał obco i przerażająco – a jednocześnie wydawał się dziwnie znajomy.
Zupełnie jakby słyszała go tam już wcześniej… Pozwól mi wejść – zaskrzeczała tym razem złośliwa bestyjka,
zanosząc się przy tym upiornym chichotem.
Nie
zdając sobie do końca sprawy z tego, co robi, otworzyła okno i skinęła głową
przyzwalająco. Zaraz jednak cofnęła się przerażona, uświadamiając sobie, że
właśnie zaprosiła do swojego domu jakąś nieznaną, najwyraźniej nadprzyrodzoną
istotę. A co, jeśli… Ochrypły śmiech
wdarł się w jej myśli, wywołując zimny dreszcz.
-
Nie jestem wampirem – parsknął jej dziwny gość, obnażając przy tym niepokojąco
długie kły.
Gdy
już zdołała wgramolić się jakoś przez parapet, istota stanęła pośrodku pokoju…
I zaczęła się otrzepywać z zaangażowaniem godnym świeżo wykąpanego
nowofundlanda. Z obszernej czarnej szaty, kojarzącej się nie wiedzieć czemu ze
skrzydłami nietoperza, trysnęła prawdziwa fontanna lodowatej wody. Wprawione w ruch
długie włosy chlastały wokół niczym bicze, by w końcu napuszyć się do
niewiarygodnej wręcz objętości.
Dziewczyna
obserwowała to z niesmakiem, starając się usilnie uniknąć niespodziewanego
prysznica. Gdy przedziwny rytuał się zakończył, spojrzała z niepokojem w
wielkie podkrążone oczy, które znów wpatrywały się w nią z tą samą uporczywą
intensywnością. Wystające spośród włosów nietoperze uszy drgały ledwo
zauważalnie, skierowane w jej stronę w sposób zdradzający żywe zainteresowanie.
Niemal czuła, jak dzikus w jej głowie harcuje, wyjąc radośnie wniebogłosy i
obijając się o ściany. Pozwól mi wyjść,
pozwól mi wyjść…
-
Pozwól mi wyjść! – skrzeczący cienki głosik wyrwał się niespodziewanie z jej
ust.
Na
ten dźwięk na twarzy istoty w czerni pojawił się krzywy uśmiech – tak znajomy,
że przez jedną straszną chwilę poczuła się, jakby spoglądała w lustro. My się w lustrze nie odbijamy! –
zaskrzeczała bestyjka. Przedziwny gość wyciągnął do niej niebywale drobną,
kościstą rączkę.
-
Przybyłam po moją siostrę – oznajmił ten sam jękliwy głos, tym razem nieco
głośniejszy od szeptu. – Czas ją wypuścić.
Cofnęła
się o krok, nie wiedząc, co to wszystko ma znaczyć. Złośliwy głosik w jej
wnętrzu zawył z zachwytem, niespodziewanie budząc do życia echo, które
nieznośnie zwielokrotniło ten przykry dźwięk.
-
No dalej…
Pokręciła
głową, odsuwając się poza zasięg drobnych łapek, wyciągających się w jej stronę
w parodii matczynego gestu. Nie miała pojęcia, co o tym sądzić. Czy to omamy? A
może sen? Czy mój umysł jest naprawdę tak
wypaczony, by stworzyć coś takiego… ot tak, z nudów? Nie mieściło jej się
to w głowie. Prawdę mówiąc, złośliwa istotka, nad wyraz pobudzona, robiła tam
taki raban, że przestawało się w niej mieścić cokolwiek. Czyli to nie jest mój wymysł? To nie ja?
-
Oczywiście, że ty! – potwierdziły unisono dwa upiorne głosy, w tym jeden
dobywający się z jej własnych ust.
-
Masz ją w sobie – oznajmił z wyraźnym trudem jej niespodziewany gość. – Tylko…
jeszcze… nie zdajesz sobie sprawy…
-
Pozwól mi wyjść! – zażądał ponownie skrzekliwy głosik.
Jej
plecy dotknęły ściany. Nie miała jak uniknąć spotkania z dziwną istotą, która
wciąż się do niej zbliżała. W końcu, nie zważając na słaby sprzeciw, ujęła ją
za rękę swoją kościstą łapką. Świat przed jej oczami zawirował. Miała wrażenie,
jakby ktoś próbował wyciągnąć ją z nory Białego Królika – choć jednocześnie
mgliście zdawała sobie sprawę, że przecież nadal stoi oparta o ścianę. Poczuła,
jak nieznacznie się kurczy, a wypełniający ją chaos wypełza z niej cienkimi
strużkami, coraz szybciej i szybciej.
Po
zdającym się trwać w nieskończoność oczekiwaniu otworzyła oczy. Siostra
spoglądała na nią z góry z tym samym krzywym uśmieszkiem. Uniosła dłoń – małą,
kościstą łapkę – i zanurzyła ją w napuszonych do niemożliwej wręcz objętości
płomiennorudych włosach, natrafiając na parę długich, błoniastych jak u
nietoperza uszu. Mimochodem zauważyła, że jest teraz spowita w obszerną czarną
szatę. Dotknęła twarzy, rozcinając przy tym cienką skórę na nadgarstku.
Uśmiechnęła się, a długi, cienki języczek wysunął się spomiędzy ostrych kłów,
by zlizać kilka ciemnoczerwonych kropel.
Spojrzała
na siostrę z zachwytem czającym się w dużych rubinowych oczach.
-
Udało się – zaskrzeczała cienkim głosem, tak niepodobnym do tego, który jeszcze
pobrzmiewał w jej głowie gdzieś na skraju świadomości.
No to lecimy – zajęczała siostra w jej
myślach, powolnym ruchem wskazując na otwarte okno.
A co z nią? – spytała, również nie siląc
się już na wydobycie z siebie głosu. To było dobre dla ludzi.
Nie przejmuj się, niedługo zaśnie na dobre.
Krzywy uśmiech bardzo jej się spodobał. Był taki słodki, a jednocześnie taki
przerażający. Taki znajomy. Jak ci się u
niej spało?
Miała cudowny chaos w głowie. Czasem
powstawały z niego wspaniałe, szalone pomysły. Szkoda, że realizowała je tylko
na papierze. Zachichotała z rozmarzeniem, rozmyślając o tych wszystkich
rytualnych mordach, podejrzanych śmiertelnych wypadkach, krwiożerczych
monstrach i całej masie innych, jeszcze niewykorzystanych pomysłów, które nigdy
już nie będą miały szansy zaistnieć.
Dlatego
właśnie tak lubimy niespełnionych pisarzy. Nazywają cię weną…
I wmawiają sobie, że to ty dostarczasz im te
chore pomysły – dokończyła, zanosząc się skrzekliwym śmiechem.
Niczym gargulec
przysiadła na parapecie tuż obok siostry, spoglądając w wilgotny mrok. Zerwały
się w tym samym momencie. Czarne szaty zafurkotały, gdy dwie mary odleciały w
noc, udając się na pierwsze od niepamiętnych czasów polowanie. Pozostawiły za
sobą jedynie echo upiornych chichotów niczym zapowiedź końca…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz