4 września 2017

Pozwól mi wyjść!


Nie wiem, cóż to się tym razem urodziło w mojej głowie. Wiem tylko, że jest krótkie i bez sensu... A, nawiasem mówiąc, bardzo luźną inspiracją mogła być pewna postać, na którą natknęłam się w internetach.
W tekście spotkasz kilka cytatów (z Siódmego Luxtorpedy, Nothing else matters Metalliki, Krainy Lodu Disney'a), a także nawiązań (do powieści Wpuść mnie Johna Ajvidego Lindqvista oraz filmu Pozwól mi wejść na podstawie tej książki - tak jest, poniżej w tekście to nie literówka, if you know, what I mean - a także do Alicji w Krainie Czarów Lewisa Carrolla). Have fun!

            Zasiadła przy biurku i odpaliła laptopa. Nie znosiła używać tego dziada, jeśli nie było to absolutnie konieczne – nawet jeśli w gruncie rzeczy pracowało się z nim całkiem przyjemnie. Ale teraz… Palce zatańczyły na klawiaturze, na twarz powoli wypełzł krzywy autoironiczny uśmieszek. Nie wiedziała jeszcze, co chce napisać, jednak nie przejmowała się tym zbytnio. Zdawała sobie sprawę, że to przyjdzie samo w odpowiednim czasie. Wsparła głowę na ręce i z uwagą wpatrzyła się w monitor. Przejrzała szybko to, co do tej pory zdążył spłodzić jej skrzywiony umysł. Chyba można uznać, że brzmi to jak całkiem niezły wstęp do kolejnej nudnej opowieści. Może tym razem fala krytyki ją oszczędzi… Wiedziała doskonale, że jej twory nie są idealne, zawsze brakowało im tego czegoś. Mimo to się nie poddawała. Jak powiedziałby wielki współczesny poeta, w którego głos wsłuchiwała się z niemal nabożną czcią: Robię to chyba, bo to lubię…
            - And nothing else matters – zanuciła pod nosem, wciąż intensywnie wpatrując się w ekran. – Dobra, dość tego użalania się nad sobą. Pora brać się do roboty.
            Obróciła się i spojrzała w okno, szukając inspiracji. Wygląda na to, że nie będzie kolejnego przyjemnego tekstu, który sam się napisze. Ostatni pojawił się… Zbyt dawno. Westchnęła ze znużeniem, śledząc spojrzeniem ciężkie burzowe chmury, przetaczające się po jeszcze nie tak dawno całkiem pogodnym niebie z prędkością huraganu. Zanosiło się na prawdziwą nawałnicę. Cudownie! Może właśnie tego potrzebował jej zmęczony umysł, żeby wreszcie otrząsnąć się ze stanu hibernacji, w który popadł jakiś czas temu z sobie tylko znanych przyczyn.
            Rozległ się pierwszy grzmot – tak potężny, że szyby w oknach zadrżały. Oczywiście natychmiast zgasło światło, a jakże. Zerknęła z niepokojem na swojego kompana. Laptop tylko raz dyskretnie mrugnął do niej czerwonym diodowym okiem, oznajmiając wszem i wobec, że jest głodny. Potem już cierpliwie czekał na rozwój wypadków. Chyba jakąś częścią swojej elektronicznej świadomości musiał zdawać sobie sprawę z faktu, że on będzie następny. I to już niebawem.
            - No trudno – mruknęła, zapisując dokument. Z żalem wyłączyła staruszka, nim zdążył sam rozstać się z tym podłym światem.
            Ponownie spojrzała za okno w momencie, gdy niebo rozdarła błyskawica. Równocześnie rozległ się huk, który bardziej niż burzę przywodził na myśl trzęsienie ziemi. Nagle, bez uprzedzenia, chmury otwarły się, spuszczając na ziemię prawdziwą ulewę, która szybko została zastąpiona przez grad. Jak urzeczona wpatrywała się w ten spektakl, bezpiecznie oddzielona od niego szybą. Wyglądało to jak potężna śnieżna zawierucha w samym środku lata. Naraz w jej głowie odezwał się cichutki złośliwy głosik: O, spójrz… Ule-pimy dziś bałwaanaa? – zaintonował.
            - Och, zamknij się – parsknęła, przewracając oczami.
            Już niemal zapomniała o tym czymś, co czasem próbowało przejąć kontrolę nad jej umysłem. Kiedy mały dzikus tak długo siedział cicho, przy odrobinie dobrej woli potrafiła  uwierzyć, że zniknął na dobre. Oczywiście w momentach największego zamieszania okazywało się zawsze, że to jedynie pobożne życzenie. Nie było to jednak takie złe – oznaczało przecież, że jej mózg choć na chwilę ocknął się z letargu. Najwyższy czas!
            Kolejna błyskawica na moment zamieniła noc w dzień, wyłaniając z ciemności widok tak niespodziewany, że ledwie zdołała powstrzymać krzyk. Zza okna – na drugim piętrze! – intensywnie wpatrywały się w nią ciemne oczy, osadzone głęboko w trupiobladej twarzy okolonej zwisającymi smętnie czarnymi włosami. Wpuść mnie. Jękliwy szept w jej głowie brzmiał obco i przerażająco – a jednocześnie wydawał się dziwnie znajomy. Zupełnie jakby słyszała go tam już wcześniej… Pozwól mi wejść – zaskrzeczała tym razem złośliwa bestyjka, zanosząc się przy tym upiornym chichotem.
            Nie zdając sobie do końca sprawy z tego, co robi, otworzyła okno i skinęła głową przyzwalająco. Zaraz jednak cofnęła się przerażona, uświadamiając sobie, że właśnie zaprosiła do swojego domu jakąś nieznaną, najwyraźniej nadprzyrodzoną istotę. A co, jeśli… Ochrypły śmiech wdarł się w jej myśli, wywołując zimny dreszcz.
            - Nie jestem wampirem – parsknął jej dziwny gość, obnażając przy tym niepokojąco długie kły.
            Gdy już zdołała wgramolić się jakoś przez parapet, istota stanęła pośrodku pokoju… I zaczęła się otrzepywać z zaangażowaniem godnym świeżo wykąpanego nowofundlanda. Z obszernej czarnej szaty, kojarzącej się nie wiedzieć czemu ze skrzydłami nietoperza, trysnęła prawdziwa fontanna lodowatej wody. Wprawione w ruch długie włosy chlastały wokół niczym bicze, by w końcu napuszyć się do niewiarygodnej wręcz objętości.
            Dziewczyna obserwowała to z niesmakiem, starając się usilnie uniknąć niespodziewanego prysznica. Gdy przedziwny rytuał się zakończył, spojrzała z niepokojem w wielkie podkrążone oczy, które znów wpatrywały się w nią z tą samą uporczywą intensywnością. Wystające spośród włosów nietoperze uszy drgały ledwo zauważalnie, skierowane w jej stronę w sposób zdradzający żywe zainteresowanie. Niemal czuła, jak dzikus w jej głowie harcuje, wyjąc radośnie wniebogłosy i obijając się o ściany. Pozwól mi wyjść, pozwól mi wyjść…
            - Pozwól mi wyjść! – skrzeczący cienki głosik wyrwał się niespodziewanie z jej ust.
            Na ten dźwięk na twarzy istoty w czerni pojawił się krzywy uśmiech – tak znajomy, że przez jedną straszną chwilę poczuła się, jakby spoglądała w lustro. My się w lustrze nie odbijamy! – zaskrzeczała bestyjka. Przedziwny gość wyciągnął do niej niebywale drobną, kościstą rączkę.
            - Przybyłam po moją siostrę – oznajmił ten sam jękliwy głos, tym razem nieco głośniejszy od szeptu. – Czas ją wypuścić.
            Cofnęła się o krok, nie wiedząc, co to wszystko ma znaczyć. Złośliwy głosik w jej wnętrzu zawył z zachwytem, niespodziewanie budząc do życia echo, które nieznośnie zwielokrotniło ten przykry dźwięk.
            - No dalej…
            Pokręciła głową, odsuwając się poza zasięg drobnych łapek, wyciągających się w jej stronę w parodii matczynego gestu. Nie miała pojęcia, co o tym sądzić. Czy to omamy? A może sen? Czy mój umysł jest naprawdę tak wypaczony, by stworzyć coś takiego… ot tak, z nudów? Nie mieściło jej się to w głowie. Prawdę mówiąc, złośliwa istotka, nad wyraz pobudzona, robiła tam taki raban, że przestawało się w niej mieścić cokolwiek. Czyli to nie jest mój wymysł? To nie ja?
            - Oczywiście, że ty! – potwierdziły unisono dwa upiorne głosy, w tym jeden dobywający się z jej własnych ust.
            - Masz ją w sobie – oznajmił z wyraźnym trudem jej niespodziewany gość. – Tylko… jeszcze… nie zdajesz sobie sprawy…
            - Pozwól mi wyjść! – zażądał ponownie skrzekliwy głosik.
            Jej plecy dotknęły ściany. Nie miała jak uniknąć spotkania z dziwną istotą, która wciąż się do niej zbliżała. W końcu, nie zważając na słaby sprzeciw, ujęła ją za rękę swoją kościstą łapką. Świat przed jej oczami zawirował. Miała wrażenie, jakby ktoś próbował wyciągnąć ją z nory Białego Królika – choć jednocześnie mgliście zdawała sobie sprawę, że przecież nadal stoi oparta o ścianę. Poczuła, jak nieznacznie się kurczy, a wypełniający ją chaos wypełza z niej cienkimi strużkami, coraz szybciej i szybciej.
            Po zdającym się trwać w nieskończoność oczekiwaniu otworzyła oczy. Siostra spoglądała na nią z góry z tym samym krzywym uśmieszkiem. Uniosła dłoń – małą, kościstą łapkę – i zanurzyła ją w napuszonych do niemożliwej wręcz objętości płomiennorudych włosach, natrafiając na parę długich, błoniastych jak u nietoperza uszu. Mimochodem zauważyła, że jest teraz spowita w obszerną czarną szatę. Dotknęła twarzy, rozcinając przy tym cienką skórę na nadgarstku. Uśmiechnęła się, a długi, cienki języczek wysunął się spomiędzy ostrych kłów, by zlizać kilka ciemnoczerwonych kropel.
            Spojrzała na siostrę z zachwytem czającym się w dużych rubinowych oczach.
            - Udało się – zaskrzeczała cienkim głosem, tak niepodobnym do tego, który jeszcze pobrzmiewał w jej głowie gdzieś na skraju świadomości.
            No to lecimy – zajęczała siostra w jej myślach, powolnym ruchem wskazując na otwarte okno.
            A co z nią? – spytała, również nie siląc się już na wydobycie z siebie głosu. To było dobre dla ludzi.
            Nie przejmuj się, niedługo zaśnie na dobre. Krzywy uśmiech bardzo jej się spodobał. Był taki słodki, a jednocześnie taki przerażający. Taki znajomy. Jak ci się u niej spało?
            Miała cudowny chaos w głowie. Czasem powstawały z niego wspaniałe, szalone pomysły. Szkoda, że realizowała je tylko na papierze. Zachichotała z rozmarzeniem, rozmyślając o tych wszystkich rytualnych mordach, podejrzanych śmiertelnych wypadkach, krwiożerczych monstrach i całej masie innych, jeszcze niewykorzystanych pomysłów, które nigdy już nie będą miały szansy zaistnieć.
Dlatego właśnie tak lubimy niespełnionych pisarzy. Nazywają cię weną…
            I wmawiają sobie, że to ty dostarczasz im te chore pomysły – dokończyła, zanosząc się skrzekliwym śmiechem.
Niczym gargulec przysiadła na parapecie tuż obok siostry, spoglądając w wilgotny mrok. Zerwały się w tym samym momencie. Czarne szaty zafurkotały, gdy dwie mary odleciały w noc, udając się na pierwsze od niepamiętnych czasów polowanie. Pozostawiły za sobą jedynie echo upiornych chichotów niczym zapowiedź końca…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz