10 lipca 2017

Niezwykle delikatna sprawa



Dzisiaj mam dla Ciebie kolejne opowiadanie stworzone na konkurs - tym razem zorganizowany przez miesięcznik Nowa Fantastyka z okazji "urodzin" Wiedźmina. Jego akcja rozgrywa się oczywiście w uniwersum wykreowanym przez Andrzeja Sapkowskiego. W związku z tym większość postaci, które tu spotkasz, pochodzi właśnie z niego. Warto również nadmienić, że przyśpiewkę użytą w tekście zaczerpnęłam z opowiadania mistrza Coś się kończy, coś się zaczyna, natomiast przemyślenia Jaskra, które znajdziesz na końcu, pochodzą z Krwi elfów (jedynie nieco je dostosowałam do własnych potrzeb). Życzę miłej lektury.
 

            - No i, wyobraź sobie – kontynuował bard, najwyraźniej sam zachwycony własną opowieścią – Uciekł jej, skubaniec. Wybiegł tuż przed północą. Była tak wkur… O, pardon, drogie panie – Dwornie uchylił kapelusza w stronę bezwstydnie podsłuchujących dam siedzących nieopodal, po czym odwrócił się do nich plecami. Przybrał konspiracyjny ton – Do białego rana biegała po zamku jak opętana i szyła z kuszy do wszystkiego, co się tylko poruszyło. Strach był wyjść z komnaty.
            Geralt nieznacznie wzruszył ramionami. Mało interesowały go wieści z balu, na który nie dał się zaciągnąć. A jeszcze mniej plotki o tym, kto z kim i dlaczego, w których lubował się Jaskier. Mimo to pozwalał mu mówić. Był to jeden z tych nielicznych w ostatnim czasie dni, gdy o dziwo nie przeszkadzało mu, że ktoś mówi o wiele za dużo, co jego kompan miał zresztą w zwyczaju. Dopił piwo i zaczął zbierać się do wyjścia. Chciał jak najszybciej opuścić tę zabitą dechami dziurę. I tak nie było tu dla niego zajęcia.
            Poeta dogonił go przed rozsypującą się stajnią, gdy już zdążył dosiąść Płotki.
            - Ta baba chyba oszalała, możesz wierzyć lub nie. I zażądała spotkania z tobą. Nie sądzę, żeby było to konieczne, ale jednak…
            Wiedźmin westchnął z irytacją.
            - Znów obiecałeś, że mnie przyprowadzisz, tak?
            Bard uśmiechnął się szeroko. Po chwili Geralt wzruszył ramionami. Ani on nikogo nie gonił, ani nikt jego, więc w zasadzie parę dni go nie zbawi. I tak nigdzie się nie spieszył. Zrezygnowany, podążył w ślad za radośnie cwałującym już w stronę samotnego wzgórza poetą.

***

            Gdy wreszcie Jaskier przestał dobijać się do wrót i wywrzaskiwać obelgi pod adresem strażników, w niewybredny sposób wytykając im niesubordynację i niewątpliwie niskie pochodzenie, a furta stanęła otworem, ich oczom ukazał się mocno posunięty w latach jegomość, niepewnie wspierający się na zabandażowanej nodze. Sztywno skłonił się przed gośćmi i gestem zaprosił ich do środka. Utykając, poprowadził ich przez dość zaniedbany dziedziniec. Geralt usłyszał, jak trzymający się kilka kroków z tyłu bard mamrocze pod nosem:
            - Trzeba było nocą nie pałętać się po zamku…
            Dogonili sędziwego lokaja w ogrodzie, gdzie czekał na nich z miną wyrażającą głęboką dezaprobatę. Patrząc na nich z wyższością, polecił, by zaczekali i oddalił się w stronę niewielkiej altany. Po chwili usłyszeli stamtąd kilka gniewnych okrzyków, a potem cichy, uspokajający głos. Wreszcie mężczyzna powrócił, utykając bardziej niż poprzednio.
            - Panie Gerwant, pani Elisabeta prosi – oznajmił zbolałym głosem i oddalił się tak szybko, jak tylko pozwalała na to zraniona noga.
            W altanie czekała na nich kobieta w strojnej błękitnej sukni. Jedną dłonią owijała wokół palca kosmyk włosów w kolorze słomy, który wraz z kilkoma innymi wymknął się z misternie ułożonej fryzury. Drugą zaś przytrzymywała spoczywającą na jej kolanach kuszę. Uśmiechnęła się zalotnie na ich widok, spoglądając z uznaniem na wiedźmina. Kilkakrotnie delikatnie musnęła palcem cięciwę jakby w zamyśleniu, a potem odezwała się cicho słodkim głosem:
            - Dziękuję za przybycie. Teraz już będzie dobrze – szepnęła bardziej do siebie niż do nich. – Ufam, wiedźminie, że nasz miły poeta wprowadził cię w tę… Niezwykle delikatną sprawę. – Nie doczekawszy się odpowiedzi, posłała Jaskrowi nerwowe spojrzenie i kontynuowała – Wczoraj w mym zamku odbył się bal. Przez cały wieczór byłam adorowana przez tajemniczego przybysza. Ach, cóż to był za mężczyzna – westchnęła, z rozmarzeniem wpatrując się w krzew czerwonej róży. Nagle jej głos stwardniał. – Ale nim zdążyła wybić północ, mój miły uciekł. Nie wyszedł. Zwyczajnie wybiegł bez jakiegokolwiek wyjaśnienia. Kazałam go odszukać, ale jakby się rozpłynął. Nie będę jak głupia biegać od sioła do sioła i o niego wypytywać, co to, to nie!
            Geralt był znudzony. Nie widział sensownego powodu, by w tym uczestniczyć, czegokolwiek by od niego nie oczekiwano. Dość miał oszalałych kobiet, które myślały, że polowanie na zbiegłych amantów należy do jego zwykłych zajęć. Nawet jeśli ostatnio nie napatoczyła się żadna strzyga, kikimora czy inny czort, bynajmniej nie miał ochoty marnotrawić czasu na jakiegoś głupca, który na swoje szczęście w porę poszedł po rozum do głowy i zwiał od nawiedzonej baby, uprzednio nieopatrznie obranej przez niego za cel awansów. Teraz co prawda nie wyglądała na szaloną, ale ta kusza, którą posługiwała się z widocznym upodobaniem, dawała do myślenia. I sugerowała zachowanie ostrożności. Elisabeta mogła być nieobliczalna – zapewne była – on zaś nie życzył sobie rozgłosu, jaki niechybnie by zyskał, gdyby przypadkiem ją obraził, doprowadzając tym samym do krwawej jatki, choć nie było to jego intencją. Starał się więc zachować neutralny wyraz twarzy, wysłuchując jej licznych skarg, przypuszczeń i żądań.
            - Życzyłabym sobie, abyś sprowadził go tu ponownie, by mógł zostać uczciwie osądzony.
            - Wybacz, pani, ale nie wydaje mi się, aby…
            - Z nim musi być coś nie tak! – wrzasnęła, podrywając się z miejsca. – Kto normalny tak prostacko ucieka?! I to jeszcze tuż przed północą! Jestem przekonana, że musi się za tym kryć coś poważniejszego. – Spojrzała przenikliwie na wiedźmina. – Twoim zadaniem jest wszakże ochrona niewinnych przed wszelkim złem.
            Geralt westchnął, starając się ukryć irytację. Zaczął podejrzewać, że dla świętego spokoju przyjdzie mu zgodzić się na spełnienie – przynajmniej częściowo – żądań tej kobiety, jak bezsensowne by one nie były. Szalona czy nie, była niezwykle zdeterminowana. I z pewnością mogła mu zaszkodzić, gdyby tylko zechciała. Nie obawiał się tego specjalnie, ale najzwyczajniej w świecie nie miał ochoty na kolejne kłopoty. Tak więc w milczeniu wysłuchał do końca, co miała mu do powiedzenia, konstatując w duchu, że nie musi przecież co do joty wypełniać jej poleceń. Miał zamiar grać raczej według własnych reguł, o czym jednak roztropnie jej nie poinformował.

***

            - Nie do wiary, że tak się jej dałeś – roześmiał się Jaskier, gdy opuścili zamek, pozostawiając za sobą jego niezrównoważoną właścicielkę. Wiedźmin mruknął coś niezrozumiale. – Jak w ogóle masz zamiar się za to zabrać?
            - Żebym to ja wiedział… – odburknął i zatopił się w myślach.
            Przedzierali się przez las ścieżką tak wąską, że z łatwością można ją było przeoczyć. Ponoć to tu uciekł nieszczęsny amant. Powoli stawało się dla nich jasne, dlaczego do tej pory nie został złapany. Odnalezienie tutaj czegokolwiek zdawało się wręcz niemożliwe. Po pewnym czasie znudzony bard zaczął podśpiewywać pod nosem:
            - Za stodołą, gdzieś na płocie, kogut gromko pieje – Nie zwrócił najmniejszej uwagi na uniesioną dłoń swego towarzysza. Znał go na tyle dobrze, by ignorować konsekwentnie fakt, iż nie potrafi on docenić prawdziwej sztuki. – Zaraz przyjdę, miła, do cię, tylko się…
            - Cicho – przerwał mu obcesowo Geralt. – Słyszałeś?
            Poeta wytężył słuch, próbując z ciszy wyłowić jakikolwiek hałas. Rzeczywiście, po jakimś czasie do jego uszu dotarły odgłosy przypominające nieprzyjemny piskliwy śmiech zwielokrotniony przez echo, co, jego zdaniem, w tej głuszy brzmiało dość niepokojąco. Jego nadgorliwa wyobraźnia natychmiast zaczęła produkować tabuny strzyg, wampirzyc i innych potworów. Co prawda towarzystwo słynnego Białego Wilka było pewnym pocieszeniem, lecz przypuszczalnie liczba domniemanych upiorzyc nie dawała zbyt wielkiej nadziei. Ależ by z tego była ballada. Westchnął i – dodając sobie animuszu – w myślach zaczął układać pierwsze słowa.
            Nagle znaleźli się nad strumieniem. Ścieżka doprowadziła ich do wąskiej drewnianej kładki. Tuż obok niej przy brzegu spoczywał wielki kamień, obmywany przez wartki nurt. Na kamieniu tym zaś rozsiadła się dziwaczna para, robiąca tyle hałasu, co cały zastęp bardzo przejętych swoją rolą straszydeł. Drobna dziewczyna w prostej sukience, z ramionami okrytymi czerwoną pelerynką z kapturem, zanosiła się skrzekliwym śmiechem, rozlewając wokół wino z trzymanego w dłoni poobijanego pucharu. U jej stóp stał koszyk, z którego najprawdopodobniej pochodził sporych rozmiarów bukłak – najwyraźniej opróżniony – leżący na ziemi. Obok niej przysiadł zarośnięty chłopak w podartym, zachlapanym zaschniętą już krwią ubraniu. Widząc ich, zerwał się na nogi i wydał nieprzyjazny pomruk. Dziewczyna pociągnęła długi łyk i odrzuciła puste naczynie. Odgarnęła z twarzy potargane włosy, wzięła się pod boki i spojrzała na nich przenikliwie.
            - No proszę, kogóż to przywiodło… Pewnieście się na polowanie wybrali, co?
            - To wiedźmin. A my nie lubimy wiedźminów – warknął chłopak. Geralt posłał mu obojętne spojrzenie.
            - Nie poluję na wilkołaki…
- …tym razem?
            Jaskier na moment oniemiał. Pierwszy raz w życiu widział likantropa beztrosko popijającego wino w środku lasu. Na dodatek z jakimś dziewczęciem. Z ciekawością przyjrzał się chłopakowi, w jego ocenie niewyróżniającemu się zresztą niczym szczególnym.
            - Więc czego tu szukacie?
            - Właściwie to zbiega. Nie widzieliście tu kogoś?
            Dziewczyna zerknęła na chłopaka, który na powrót usiadł, łypiąc na nich spode łba. Ten wzruszył tylko ramionami i wskazał od niechcenia drugi brzeg strumienia.
            - Ktoś tam szedł – mruknął. – Ale zapach jest… – Ponownie wzruszył ramionami. – Jakiś dziwny.
            Nie doczekawszy się żadnych więcej wyjaśnień, ruszyli w stronę kładki.
            - Hola, dokąd to? Kto powiedział, że tak po prostu pozwolimy wam przejść?
            Oboje jak na komendę podnieśli się z miejsc i zagrodzili im drogę. Dziewczyna zadarła sukienkę i z cholewy wysokiego buta wyjęła sztylet.
            - Nie ma nic za darmo. My tu za korzystanie z naszego mostu opłaty pobieramy.
            - My zaś – z przekonaniem odparł bard – Opłat nie uiszczamy.
            - Nic tu po nas – rzucił wiedźmin i skierował konia wzdłuż brzegu w górę strumienia.
            Geralt pochylił się w siodle. Tuż nad nim ze świstem przemknął sztylet. Za sztyletem poleciała zaś soczysta wiązanka wywrzeszczanych piskliwym dziewczęcym głosikiem przekleństw i złorzeczeń, z których „A niech was żyrytwa zeżre!” było zdecydowanie najłagodniejszym. Echo tych – niezbyt w gruncie rzeczy pobożnych – życzeń niosło się za nimi jeszcze długo.
- Nie rozumiem – Wreszcie poeta nie wytrzymał i przerwał ciszę, by zadać dręczące go od dłuższego czasu pytanie. – Skoro chłopak mówił, że ktoś był na tamtym brzegu… Przecież wilkołaki mają doskonały węch.
- To był fałszywy trop – Białowłosy westchnął, jednocześnie wzruszając ramionami. – Chcieli, żebyśmy spróbowali przejść na drugą stronę.
Jaskier w zadumie skinął głową. To był „fałszywy trop”… Ale tak naprawdę od samego początku nie mieli żadnego. Zupełnie nie widział sensu w tym poszukiwaniu.
- Geralt… Masz jakiś pomysł?
- Żadnego.
- To dlaczego w ogóle to robimy?
- Dla zasady. I dla świętego spokoju – dodał po zastanowieniu.

***

            Zatrzymali się na jakiejś polanie. Byli w drodze już tak długo, a nawet o krok nie przybliżyli się do celu i poeta zaczynał poważnie wątpić, czy kiedykolwiek go osiągną. Obserwując leniwie podszczypujące trawę konie zastanawiał się, jakie licho ich tu przywiodło. Niepokojąca cisza, która ich zewsząd otaczała, zniechęcała do tego, by w jakikolwiek sposób ją zakłócać. Las, choć mieniący się wszystkimi odcieniami zieleni, zdawał się być zupełnie martwy. Nie dało się w nim usłyszeć ptasich treli ani brzęczenia owadów, nie szeleściły zarośla poruszone przez przemykające w ich cieniu zwierzę…
            Jak na zawołanie rozległ się szmer – najpierw pojedynczy, cichy, jakby ostrożny. Potem trzask gałązki, na którą nastąpiło jakieś nieuważne stworzenie. Białowłosy zdawał się nie zwracać na to najmniejszej uwagi. Naturalnie, na ile Jaskier go znał, musiała to być jedynie gra pozorów – wszak wiedźmin był wyczulony na takie sygnały, mogące przecież świadczyć o zagrożeniu. Zresztą, jeśli nie reagował, żadnego zagrożenia najprawdopodobniej nie było.
            Po zdających się trwać niemal wieczność „podchodach” na polanę wkroczyło dwóch mężczyzn. Pierwszy z nich – wysoki, szczupły młodzieniec o ciemnych włosach – przyglądał im się podejrzliwie czarnymi jak noc oczami. Drugi, szpakowaty, z przewieszoną przez ramię płócienną torbą, uśmiechnął się zaciśniętymi wargami.
            - Witaj, Regis – rzekł Geralt, na co tamten przyjaźnie skinął głową.
            - Pozwólcie – zaczął wampir, gdy podeszli bliżej – że przedstawię wam mojego towarzysza. Ten oto młodzieniec zwie się Simion Rau-Tepelus.
Mężczyzna skłonił się cokolwiek sztywno, wciąż zerkając na nich nieufnie, po czym – za przykładem cyrulika – usiadł, zachowując jednak pewien dystans. Było to ze wszech miar zrozumiałe, przecież wampiry zwykle nie darzą sympatią wiedźminów. Emiel Regis Rohellec Terzieff-Godefroy był od tej reguły oczywistym wyjątkiem. Jego obecność, jakkolwiek nieco zaskakująca, dawała przynajmniej niejaką pewność, że jego młodszemu pobratymcowi nie przyjdzie do głowy atakować. Jaskier przyjrzał się z ciekawością Simionowi, który wydał mu się nagle dziwnie znajomy. Nim jednak zdążył sformułować myśl, która zaczęła krążyć mu po głowie, cyrulik zapytał o cel ich wędrówki. Ponieważ białowłosy nie kwapił się do udzielenia odpowiedzi, poeta przedstawił jak najdokładniej całą historię, wspominając przy tym o kilku mało istotnych, za to mocno podkoloryzowanych faktach.
- Tuż przed północą, powiadasz? – Regis spojrzał badawczo na Simiona. – Młodzieńcze, czy tobie przypadkiem nie wiadomo czegoś na ten temat?
Wampir nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko. Bard skonstatował, że podobny, choć nieco mniej makabryczny uśmiech miał okazję widzieć poprzedniej nocy. Podobnie jak wszyscy goście na zamku Elisabety. Bez wątpienia jednak nie obnażał on tak beztrosko imponujących kłów. Gdyby nie one, z całą pewnością mógłby uchodzić za przystojnego młodego mężczyznę – takiego, który bez trudu zawróciłby w głowie niejednej niewieście. Nic dziwnego więc, że ta, której okazał zainteresowanie, wpadła w szał, gdy od niej uciekł. Swoją drogą, nie najlepiej chłopak wybrał. Przecież były inne kobiety, bardziej zrównoważone niż ona. I co najmniej równie urodziwe. Choć fakt, może nie tak majętne, lecz cóż, nie można przecież mieć wszystkiego.
- Wygląda na to, że to pana szukamy, panie Simionie Rau-cośtam – zauważył poeta. Gdy tamten lekko skinął głową, kontynuował – Pańska wybranka zażyczyła sobie, by sprowadzić pana z powrotem do zamku.
- Ale nie wiem, czy ja sobie tego życzę – odpowiedział wampir obojętnie.
- Simionie – spokojnie wtrącił się cyrulik. – Nie wypada przecież kazać kobiecie czekać. Proponuję, byśmy udali się do zamku i zażegnali… Hmm, nieporozumienie.
Młodzieniec wzruszył ramionami. Odkąd się tu pojawili, Geralt bacznie mu się przyglądał. Wciąż nie wiedział, co o nim sądzić. Co prawda ufał Regisowi, lecz jego towarzysz stanowił niewiadomą. Skoro jednak jakimś dziwnym zrządzeniem losu niemal udało mu się już wypełnić zadanie, być może niedługo dane mu będzie przestać zawracać sobie głowę zarówno nim, jak i Elisabetą.

***

            Wprowadzono ich do sali, która z powodzeniem mogłaby uchodzić za tronową. Na podwyższeniu naprzeciw drzwi ustawiono wielki fotel z poręczami w kształcie szponiastych łap. Wysokie oparcie wieńczyła wyrzeźbiona głowa strzygi. Była to raczej wątpliwa ozdoba, co jednak najwyraźniej nie przeszkadzało Elisabecie. Odziana w prostą czarną suknię, z rozpuszczonymi włosami, rozsiadła się wygodnie w beztroskiej pozie, nogi przerzucając przez jedną z poręczy. Na podłodze tuż obok spoczywała nieodłączna kusza. Kobieta patrzyła na nich wyczekująco, gdy powoli się do niej zbliżali. Rozpoznawszy towarzyszącego im Simiona Rau-Tepelusa, uczyniła ruch, jakby chciała zerwać się z miejsca i do niego podbiec. Zaraz jednak się opanowała. Usiadła prosto, spoglądając na mężczyzn z wyższością, i odezwała się zimnym głosem:
            - Widzę, wiedźminie, że udało ci się odnaleźć tego… – Wykonała niedbały gest dłonią. – Doskonale. Zostanie osądzony.
            Chór głosów odbił się echem od wysokiego sklepienia. Młody wampir stanowczo sprzeciwiał się takiemu potraktowaniu. Jaskier próbował czegoś dowieść, przytaczając liczne – niekoniecznie prawdziwe – przykłady sytuacji, których sam był świadkiem. Regis spokojnie, choć stanowczo, starał się uspokoić ich obu, oznajmiając, że zachowują się niepoważnie. Geralt skrzyżował ramiona na piersi i ze znudzeniem przysłuchiwał się wymianie zdań. W końcu zniecierpliwiona Elisabeta uniosła dłoń, a ponieważ nie przyniosło to oczekiwanego efektu, tupnęła i podniesionym głosem zarządziła:
            - Proces odbędzie się jutro.
            - A dlaczego nie dziś, od razu? – spytał zaczepnie Simion.
            - Jutro – powtórzyła i gestem nakazała strażnikom odprowadzić go do lochu.
            Cyrulik powstrzymał ich na moment, podszedł i po cichu zaczął naradzać się ze swym towarzyszem. Z tego co usłyszał białowłosy, wynikało, że rozmowa dotyczyła ucieczki, której młodzieniec stanowczo się sprzeciwił. Wyglądało na to, że z jakichś niezrozumiałych powodów nagle zmienił zdanie i miał zamiar dobrowolnie poddać się sądowi. Zrezygnowany Regis w końcu się wycofał, nieznacznie wzruszając ramionami. Gdy Simiona wyprowadzono, kobieta zwróciła się do nich z uroczym uśmiechem:
            - Panowie… Geralcie z Rivii, Jaskrze i…
            - Emiel Regis Rohellec Terzieff-Godefroy, do usług – przedstawił się wampir, kłaniając się lekko.
            - Tak, tak – Machnęła ręką. – Zechciejcie być moimi gośćmi. – Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się i wyszła ukrytymi za podwyższeniem drzwiami.
            Niebawem pojawił się ten sam utykający stary lokaj co poprzednio i zaproponował, że zaprowadzi ich do komnat. Nie wyglądał na zbyt zachwyconego ciążącym na nim, najwidoczniej w jego mniemaniu uwłaczającym jego godności, obowiązkiem – a może to bolesna rana wywoływała na jego twarzy nieprzyjemny grymas. Niemniej był świadom, czego od niego oczekiwano i mimo całej niechęci wypełnił swe zadanie na tyle sprawnie, na ile tylko pozwalała na to zraniona noga.
            Geralt szybko opuścił swoją komnatę. Udał się do ogrodu i usiadł na kamiennej ławce w najdalszym jego zakątku. Nie bardzo miał ochotę tu zostać, jednak skoro już zgodził się wziąć udział w tej maskaradzie, wypadało wytrwać do samego jej końca Tym bardziej, że nie mógł pozwolić, by towarzysz Regisa przez niego ucierpiał. Jakkolwiek był wampirem i zapewne niejedno miał na sumieniu, tym razem niczym nie zawinił. Elisabeta chciała się na nim zemścić z powodu urażonej dumy. Nie było to najsłuszniejsze postępowanie, lecz tej niezrównoważonej kobiecie niczego nie dało się racjonalnie wyjaśnić. Można było jedynie spróbować udowodnić jej, że nie ma racji, narażając się tym zapewne na jej gniew…
            Z rozmyślań wyrwał go Jaskier, który dostrzegł białowłosego, spacerując po ogrodzie. Zauważył naturalnie jego nachmurzone oblicze, lecz jak zwykle postanowił to zignorować, gdyż w jego opinii wiedźmin wyglądał tak nader często. Przysiadł się więc i bawiąc się trzymanym w dłoni kwiatem róży, zagadnął:
            - Elisabeta nie zdaje sobie sprawy, że jej adorator jest wampirem, mogę się założyć. – Nie doczekawszy się odpowiedzi, kontynuował – Zdaje mi się, że ten Simion coś kombinuje.
            - Zgadza się – potwierdził Regis, który podszedł do nich niepostrzeżenie. – Chyba zaczęła go bawić ta absurdalna sytuacja.
            - Myślisz, że zrobi coś głupiego?
            - Nie wiem. Szaleństwa wciąż się go trzymają – Cyrulik zamilkł na moment. – Ale cóż, na siłę go z tego nie wyciągniemy, skoro sobie nie życzy.
            - Tak więc martwić się tym, co zrobi, a czego nie zrobi, będziemy jutro – oznajmił bard radośnie. – Tymczasem szykuje się pierwszorzędne przedstawienie… – Widząc pytające spojrzenia, przybrał tajemniczą minę i konspiracyjnym tonem zaczął wyjaśniać – Wierzcie lub nie, ale w tym zamku nocami dzieją się najdziwniejsze rzeczy. Wielu przodków Elisabety było, no wiecie… Spiskowali przeciwko sobie nawzajem, mordowali się bez skrupułów, rzucali na siebie klątwy… Ot, banda szaleńców. Niektórzy z nich wciąż się tu pojawiają.
            Biały Wilk wzruszył ramionami. Nie interesowały go takie bajania. Zupełnie nie rozumiał, z jakiego powodu poeta wysłuchiwał ich i powtarzał potem z takim upodobaniem. Zdarzało się nawet, że układał ballady, gdy natknął się na jakąś wyjątkowo dla niego pasjonującą historię. Jak ta o wójcie, który zapił się na śmierć w jakiejś gospodzie przy mało uczęszczanym trakcie i pojawił się tam następnej nocy, żądając piwa i doprowadzając do szaleństwa jedyną córkę karczmarza. Cóż, trzeba przyznać, że ludzie całkiem chętnie słuchali tej historii, a nierzadko domagali się kolejnych w podobnym tonie, na co Jaskier tylko czekał. Niemniej były to brednie, w które nie uwierzyłby nikt rozsądny.

***

            Geralt obudził się i rozejrzał po komnacie. Coś nie dawało mu spokoju. Zatrzymał wzrok na dużej połyskującej plamie o dziwnym kształcie, która pojawiła się na ścianie. Był przekonany, że nie było jej tam poprzedniego wieczoru, gdy się kładł. Uznał jednak, że to mało istotne. Ważniejszy wydawał się fakt, że wczoraj nie przewidziano dla nich kolacji i był teraz niesamowicie głodny. Cóż, może choć na śniadanie można tu liczyć.
            Na dole zastał Jaskra i Regisa, zawzięcie o czymś dyskutujących przy posiłku. Bard wyglądał, jakby w ogóle nie zmrużył oka, co zresztą było całkiem prawdopodobne. Przywitał wiedźmina z czymś w rodzaju triumfalnego uśmiechu.
            - Wybrałem się na nocną wędrówkę po zamku – zaczął, gdy tylko białowłosy się do nich dosiadł. – Nawet nie wyobrażasz sobie, co tu się wyrabiało. – Przerwał, jakby się nad czymś zastanawiał. – Przede wszystkim spotkałem Simiona Rau-cośtam. Uciął sobie pogawędkę z poczciwym Władem Krwiopijcą, który całe życie usiłował wszystkim wmówić, że jest wampirem, co oczywiście było bujdą. Żył tu jakieś dwieście czy trzysta lat wstecz. – Roześmiał się. – Widocznie naszemu przyjacielowi musiało nudzić się w celi, skoro postanowił pospacerować, a na dodatek zadawał się z największą ględą w drzewie rodowym Elisabety.
            Nie zważając na to, czy towarzysze go słuchają, czy też nie, poeta opowiedział o wszystkich duchach, które ponoć miał okazję widzieć tej nocy. Oczywiście ukazała mu się obowiązkowa Biała Dama – najwyraźniej nazywana tak jedynie dla zasady – będąca zawodzącym głośno grubym babsztylem w purpurowej sukni. Co ciekawe, łysym. Przypuszczalnie właśnie to było powodem nieustannego zawodzenia. Następna była biegająca po korytarzach wariatka z kuszą, w furii strzelająca do wszystkiego, co poruszyło się w jej polu widzenia. Jaskier przezornie schował się za olbrzymią zbroją stojącą we wnęce i obserwował marę, która wkrótce okazała się być nikim innym jak samą Elisabetą odzianą w powłóczystą koszulę nocną, miotaną nowym napadem szału.
            Gdy niebezpieczeństwo minęło, bard wygramolił się ze swej kryjówki i ruszył dalej. Niebawem natknął się na postać siedzącą w wielkim wykuszowym oknie wśród drewnianych odłamków. Ponieważ wpatrzone smętnie w dal dziewczę nie zwracało na niego najmniejszej uwagi, podszedł, wychylił się ostrożnie i spojrzał w dół. Na dziedzińcu w kałuży krwi leżało roztrzaskane ciało młodego chłopaka, które jednak szybko się pozbierało i popłynęło w górę, w stronę wykuszu. Poeta wzdrygnął się i umknął cichaczem, by uniknąć spotkania z paskudną zjawą, na które bynajmniej nie miał ochoty.
            Za rogiem wpadł na potwornie jęczące i podzwaniające ciężkimi łańcuchami widmo. Wiszące na nim w strzępach resztki ubrania upstrzone były zakrzepłą krwią. Sądząc po rozchodzącym się wokół zatęchłym zapachu, musiało się toto przywlec z lochu, najpewniej za młodym wampirem. Jaskier ze zdziwieniem zauważył na ścianie tuż nad nim portret mężczyzny łudząco podobnego do tego… czegoś, co miał przed sobą. Rano zasięgnął języka i dowiedział się, że to jeden z bliźniaków, który postanowił pozbyć się brata, by mieć zamek dla siebie. Nawiasem mówiąc, był to dziadek Elisabety, który na starość oszalał i sam postrzelił się z kuszy – dokładnie tej, której teraz kobieta używała z takim upodobaniem; wszyscy zachodzili w głowę, jak mu się to udało, lecz nikt nie znalazł odpowiedzi na to frapujące pytanie. Przypuszczano jednak, że to zamordowany brat bliźniak postanowił zemścić się za doznaną krzywdę. Swoją drogą nic dziwnego, że w obrazie, wbity w sam środek, tkwił bełt ociekający połyskującą ektoplazmą.
            Najzabawniejszy wydał się poecie chichoczący, świecący zielonkawo upiór z haczykowatym nosem i rozczochranymi siwymi włosami, przez które tu i ówdzie prześwitywała łysina. Z błyskiem szaleństwa w oku latał po całym zamku, powiewając za sobą pstrokatą peleryną, i wlatywał we wszystkie damskie portrety. Za każdym razem mniej więcej na wysokości dekoltu namalowanej. Przerwał swoją dziwną zabawę dopiero znikając wraz z pierwszymi promieniami słońca. Jego śmiech jeszcze przez jakiś czas odbijał się echem od kamiennych ścian.
            - Cóż to była za noc, mówię wam! Żałujcie, że tego nie widzieliście – bard zachwycał się własną opowieścią. Geralt powątpiewał, czy choć część z niej jest prawdziwa.
            Nagle tuż przy nich jak spod ziemi wyrósł stary lokaj. Biedak, wciąż musiał wypełniać zadania, na które najwyraźniej nie miał najmniejszej ochoty. Wykrzywiając twarz w niemal niemożliwym do wykonania – a na pewno do powtórzenia – grymasie, oznajmił wyniosłym tonem:
            - Pani Elisabeta niezwłocznie prosi panów do wielkiej sali.
            Nic sobie z tego nie robiąc, spokojnie dokończyli śniadanie. Dopiero potem ruszyli za czerwonym z gniewu utykającym lokajem, nie zwracając uwagi na jego nerwowe pomruki i posapywanie. Za jego plecami Jaskier uśmiechnął się do towarzyszy ze złośliwą satysfakcją.
            Elisabeta nerwowo krążyła po podwyższeniu. Jej ukochana kusza leżała niedbale rzucona na groteskowo wyrzeźbionym fotelu.
            - Cieszę się, że raczyliście nas zaszczycić – rzuciła kpiąco, gdy weszli.
            Zaraz potem wprowadzono Simiona Rau-Tepelusa. Po jego twarzy błąkał się krzywy uśmieszek. Stanął przed kobietą, która spojrzała na niego z żądzą mordu w oczach. Bez najmniejszego sensu obróciła się kilka razy, wzięła się pod boki i skrzekliwie zapytała:
            - Może zechcesz wreszcie wyjaśnić swoje prostackie zachowanie?
            Wampir uśmiechnął się niewinnie.
            - Twój zamek bardzo przypadł mi do gustu – stwierdził z uznaniem. – Ale jego właścicielka już niekoniecznie.
            Oburzona bezczelną odpowiedzią Elisabeta zaklęła szpetnie i wzniosła ręce ku górze, jakby domagała się, by sklepienie się rozstąpiło, a niebiosa zesłały na młodzieńca karzący grom. Przez moment wydawało się, że porwie kuszę i uśmierci każdego, kto spróbuje stanąć jej na drodze. Szybko się jednak opanowała, co było dość niezwykłe jak na nią. Równie niezwykły, a ponadto odrobinę niepokojący był fakt, że milczała, przyglądając mu się z namysłem.
            - Pani Elisabeto – zaczął ostrożnie Regis. – Nie można karać młodzieńca za to, co zrobił, czy też, mówiąc ściślej, za to, czego nie zrobił. Fakt, jego zachowanie nie było chwalebne, ale, na litość, przecież to nie przestępstwo.
            Kobieta spojrzała na niego przenikliwie. Jej policzki pokrył rumieniec.
            - Jak śmiesz? Nie dość, że mnie obraził, to jeszcze… – Zatrzepotała dłońmi, jakby nie wiedziała, co powiedzieć. – Nie godzi się…
            - Nie godzi się?! – ryknął znienacka Jaskier. – Bezpodstawnie oskarżać niewinnego, poddać kogoś pod sąd bez przyczyny, pod pozorem wymierzania sprawiedliwości żądać kary w ramach zemsty – oto, co się nie godzi! – wykrzyknął i posłał wiedźminowi uśmiech świadczący, iż najwyraźniej świetnie się bawi. – Wiele razy byłem świadkiem takich sytuacji i wiem, co potrafi odtrącona kobieta, ale to – Zatoczył ręką krąg, patrząc na nią surowo. – To, moja droga, jest jakaś komedia. Nieraz już bliski byłem utraty życia w imię miłości… Ale nigdy w taki sposób! Przecież to haniebne! Nie tylko dla biednego, nieokrzesanego młodzieńca, który może faktycznie popełnił błąd – Dramatycznie zawiesił głos. – To hańba również – Spojrzał na oniemiałą Elisabetę ze smutkiem. – Dla jego wybranki. Która w tym wypadku staje się oprawcą, równym z najgorszymi – zakończył z mocą i cofnął się o kilka kroków.
            Zaskoczona kobieta obróciła się, zrzuciła na posadzkę swoją cenną kuszę odziedziczoną po dziadku i opadła na rzeźbiony fotel. Rozszerzonymi ze zdumienia błękitnymi oczami wpatrywała się w barda, który z całych sił starał się powstrzymać od śmiechu, pochylając głowę niby to w skupieniu. Regis bacznie mu się przyglądał, Simion uśmiechał się triumfująco, a Geralt jak zwykle obserwował wszystko ze znudzeniem. Choć nieco to wszystko było naciągane, trudno zaprzeczyć, że poeta dał popis, jakiego nie powstydziłby się żaden poważny obrońca.
W końcu, po zdającym  się trwać wieczność milczeniu, Elisabeta skinęła dłonią. Na ten znak młodzieniec wspiął się na podwyższenie i pochylił się nad nią. Zaczęli cicho rozmawiać. Starszy wampir obserwował ich nieufnie. Widząc jego zaniepokojoną minę, wiedźmin domyślił się, że mogą spodziewać się kłopotów. Nagle Simion pochwycił kobietę za ramiona, uniósł ją i wgryzł się w jej szyję. Krzyknęła, na co do sali zaczęli się zbiegać strażnicy. Początkowo patrzyli tylko oniemiali, gdy cyrulik przyskoczył do pary na podwyższeniu. Wyglądał na wściekłego, gdy odciągał swojego towarzysza. Rzucili się do obrony swej pani dopiero, gdy zemdlona padła z powrotem na fotel.
Geralt bez trudu odparł atak kilku pierwszych mężczyzn. Jaskier zdzielił jednego z nich krzesłem, pozbawiając przytomności. Reszta cofnęła się niepewnie, widząc, że nie mają szans z tymi dwoma. Dwaj pozostali gdzieś zniknęli. Wiedźmin i poeta zaczęli przedzierać się do drzwi, od czasu do czasu parując kilka ciosów. Strażnicy szybko dali im spokój, skupiając całą swoją uwagę na wciąż niedającej znaku życia Elisabecie.
Przy bramie znów stoczyli nierówną walkę, z której wyszli zwycięsko. Naturalnie mężczyźni stojący na ziemi nie mieli najmniejszych szans w walce z dwoma jeźdźcami. Gdy udało im się opuścić zamek, pomknęli przed siebie, szerokim łukiem omijając wioskę.
- Sądzisz, Geralt, że spotkamy jeszcze Regisa i tego jego Simiona Rau-cośtam?
Białowłosy wzruszył tylko ramionami.
- Dadzą sobie radę.

***

            - Ja to pamiętam trochę inaczej – mruknął wiedźmin.
            Siedzące wokół ogniska krasnoludy ryknęły śmiechem. Zoltan Chivay poklepał barda po plecach, winszując talentu do koloryzowania.
            - Ach tak? – obruszył się poeta.
            - Rrrrrwa mać! – podsumował opowieść wszystkowiedzący Feldmarszałek Duda, co tylko spotęgowało ogólną wesołość.
            - To może nas oświecisz, Geralt?
            - Rzeczywiście spotkaliśmy dziewczynę z wilkołakiem, ale to było kilka dni wcześniej. W lesie natknęliśmy się też na Regisa. Samego. Dotrzymał mi towarzystwa, kiedy Jaskier bawił na zamku… A na końcu tej historii na pewno nie było żadnej spektakularnej walki, w której mógłby popisać się swym męstwem. – Yarpen Zigrin parsknął tak głośno, że Feldmarszałek na ramieniu Percivala Schuttenbacha nastroszył zielone pióra, skrzecząc z oburzeniem. – Elisabeta była po prostu tak rozwścieczona, że czym prędzej wyrzuciła nas na zbity pysk.

***

            Elisabeta nerwowo krążyła po podwyższeniu przed groteskowo wyrzeźbionym fotelem.
            - Cieszę się, że raczyliście nas zaszczycić – rzuciła kpiąco, gdy weszli.
            Po twarzy przedstawiającego się jako Simion Rau-Tepelus mężczyzny błąkał się krzywy uśmieszek. Stanął przed kobietą, która spojrzała na niego z pogardą. Wzięła się pod boki i surowo zapytała:
            - Może zechcesz wreszcie wyjaśnić, dlaczego to zrobiłeś?
            Młodzieniec uśmiechnął się niewinnie.
            - Twój zamek bardzo przypadł mi do gustu – stwierdził z uznaniem.
            Oburzona Elisabeta westchnęła z irytacją i przewróciła oczami. Przez moment wydawało się, że zaraz straci nad sobą kontrolę. Szybko się jednak opanowała, co było dość niezwykłe jak na nią. Milczała, przyglądając mu się z namysłem.
            - Pani Elisabeto – zaczął ostrożnie Regis. – Nie można karać go za to, co zrobił, czy też za to, czego nie zrobił. Fakt, jego zachowanie nie było chwalebne, ale, na litość, przecież to chyba nie przestępstwo.
            Kobieta spojrzała na niego przenikliwie. Jej policzki pokrył rumieniec. Wreszcie nie wytrzymała i wybuchła.
            - Doppler? Co to jest doppler, ja się pytam!
            - Przecież wyjaśnialiśmy…
            - Po coś mi go tu przyprowadził?! – weszła w słowo Jaskrowi, patrząc na niego oskarżycielsko. – Tylko w głowie mi namieszał i jeszcze kłopotu narobił!
            Ignorując nieudolne próby wyjaśnienia sytuacji przez poetę opadła na fotel i tylko wrogo się w niego wpatrywała. W końcu przerwała nieustanny potok słów – w którym komplementy mieszały się z jakimiś naciąganymi historyjkami o przypadkowych spotkaniach, starych przyjaźniach i innych dyrdymałach –  jednym stanowczym słowem:
            - Precz.
            Strażnicy odprowadzili ich do samej bramy, najwyraźniej mając za zadanie dopilnować, by czym prędzej opuścili zamek, zamiast się po nim pałętać. Regis zaraz się pożegnał i ruszył w stronę pobliskiego lasu, by kontynuować poszukiwania rzadko spotykanego ziela, które przyprowadziły go aż tutaj. Geralt z Jaskrem odprowadzili Dudu do gospody, w której zatrzymał się z Daintym Biberveldtem i udali się w drogę, pozostawiając mu zadanie wytłumaczenia niziołkowi swojej ponownej nieobecności.

***

            - A to ci historia – orzekł poważnie Yarpen Zigrin, a potem również on klepnął poetę w plecy, gratulując mu wyobraźni i krztusząc się ze śmiechu.
            - Podróżowanie w waszym towarzystwie musi być istną atrakcją – niemniej poważnie stwierdził Zoltan Chivay, by zaraz wybuchnąć gromkim rechotem, w czym zawtórowała mu reszta kompanii.
            - Cóż – Bard spróbował jeszcze jakoś uratować sytuację. – Może i Elisabeta nie była aż tak szalona, jak mogliście opacznie wywnioskować z mojej opowieści…
            - Nie była – z lekkim uśmiechem potwierdził białowłosy.
            - Niemniej była bardzo niemiła – stwierdził z przekonaniem, robiąc przy tym znaczącą minę.
            - Możesz wyjaśnić, co masz na myśli? – spytał ze średnim zainteresowaniem Percival Schuttenbach.
            - Widzisz, mój drogi, są cztery rodzaje kobiet: przemiłe, miłe, niemiłe i bardzo niemiłe. – Jaskier uśmiechnął się porozumiewawczo, widząc zainteresowanie na twarzach słuchaczy. – Dla przykładu, przemiłe zgadzają się z radością na wszelkie zasłyszane od mężczyzn propozycje. W wypadku bardzo niemiłych natomiast sama myśl o złożeniu im jakiejkolwiek propozycji powoduje, że miękną kolana. Rozumiesz?
            - Rrrrrwa mać! – skwitował Feldmarszałek Duda.

4 komentarze:

  1. Mogłabyś pisać książki Nana:) Gratuluję lekkości pióra!

    OdpowiedzUsuń
  2. Cóż za bogactwo językowe! W czasie przerwy od nauki wzięłam się za to opo i poleciaaaało szybciutko :D Ciekawe, wciągające i nawet udało Ci się ująć charakter sapkowskich bohaterów :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, cieszę się, że się podobało :)
      Cóż, specjalnie przed rozpoczęciem pisania przeczytałam "Coś się kończy, coś się zaczyna" - po pierwsze jest tam dużo postaci, po drugie łatwiej było dostosować się do tego stylu, można powiedzieć, że zrobiłam trochę takiego pisarskiego kameleona. Co do języka - czytanie wszystkiego co mi wpada w ręce od najmłodszych lat jak widać robi swoje :)
      Dzięki za komentarz, zapraszam częściej!

      Usuń