Nim zasiadłam do tego tekstu w tym tygodniu, jego fragment
przez niemal rok leżał zapomniany i czekał na swoją kolej. Kiedy
właściwie zaczęłam nad nim pracować, nie pamiętam. Kiedy zrodził się pomysł -
tym bardziej nie wiem. Możliwe, że "proces twórczy" (z przerwami)
trwał około 2,5 roku, ale głową nie ręczę. Z jakiegoś powodu nie miałam do
niego serca, choć teraz muszę przyznać, że całkiem przyjemnie się pisało - jak
zresztą wszystko, co powstaje bez jakiegokolwiek przymusu. Życzę miłej lektury.
W nienaturalnej ciszy gęstej mgły dało się słyszeć jedynie ciche
popłakiwanie oraz skrzypienie drewna. Przez opary unoszące się nad moczarami
powoli sunęła niewielka łódź. Wiosłująca z zapamiętaniem postać spowita była w
obszerny czarny płaszcz. Cień kaptura całkowicie pochłonął ukrytą pod nim
twarz. Zgarbiona sylwetka zdawała się emanować gniewem i wrogością.
Łódź zatrzymała się u stóp wielkiego drzewa o porośniętym
mchem pniu. Dłonie o długich palcach złapały za brzeg tkaniny i zsunęły kaptur
z głowy, ukazując bladą twarz o zimnych, ostrych rysach. Głęboko osadzone ciemne
oczy rozejrzały się podejrzliwie. Proste czarne włosy opadły zasłoną na twarz,
gdy kobieta pochyliła się i sięgnęła po worek leżący na dnie łodzi. Skrzywiła
się, gdy ciszę rozdarł przenikliwy pisk.
- Cicho bądź – zachrypiała, odwiązując sznur. – Zresztą –
wzruszyła ramionami – i tak cię tu nikt nie usłyszy.
Gwałtownie szarpnęła za ramię trzyletniej dziewczynki,
podnosząc ją na nogi. Bachor był słabowity i śmierdział własnym moczem, ale jej
to nie obchodziło. Potrzebowała tylko jego krwi. Kobieta uśmiechnęła się
drapieżnie, wyjmując z szerokiego rękawa wielki nóż.
- Krzycz! – Z długiej szramy na ręce dziewczynki pociekła
krew. Powietrze wokół wypełnił wrzask pełen bólu i strachu. – Krzycz! – Kolejne
rozcięcie pojawiło się na policzku dziecka. – Krzycz! On to usłyszy!
Nagle skowyt umilkł. Zastąpił go okrutny śmiech kobiety,
gdy sięgnęła po duży kielich i przystawiła go do głębokiej rany na szyi martwej
dziewczynki. Wciąż się śmiała, zbierając krew niewinnego dziecka. Już wkrótce
osiągnie swój cel! Już niedługo, mój
panie… Gdy krew przestała płynąć, ostrożnie odstawiła pełne naczynie i z
trudem wstała ze swojego miejsca. Ujęła bezwładne ciałko i wypchnęła je za
burtę. Wiedziała, że znajduje się dokładnie nad głęboką podwodną jamą. Tu cię nikt nie znajdzie, dziecino.
Roześmiała się ponownie. Z sakwy przytroczonej do pasa wyjęła niewielką
zakorkowaną buteleczkę pełną mętnego zielonego płynu. Dolała jej zawartość do
krwi dziecka, zabezpieczyła kielich i zawróciła na brzeg.
***
-
Panie – wyjąkała, czując za sobą jego milczącą obecność, od której przeszył ją
zimny dreszcz. – Należę tylko do ciebie.
Westchnęła,
gdy ostre kły przebiły skórę na jej szyi. Ból szybko ustąpił miejsca błogiemu
uczuciu spokoju. To było tak, jakby doznawała wewnętrznego oczyszczenia.
Wszystko wokół na chwilę przestało mieć znaczenie. Ujęła w dłonie kielich pełen
krwi, przystawiła go do ust i pociągnęła długi łyk. Powoli wyswobodziła się z
delikatnych, niemal czułych objęć. Obracając się, pochyliła głowę w ukłonie i
podała mu naczynie. Nie śmiała podnieść wzroku i spojrzeć w jego władcze oczy,
wyszeptała więc tylko:
-
Pragnę służyć ci moim życiem – i upadła przed nim na kolana.
Po
chwili silne dłonie ujęły ją za ramiona i podniosły na nogi. Nieśmiało uniosła
głowę, napotykając jego zimne spojrzenie. Po bladej twarzy o pięknych, surowych
rysach błąkał się lekki, pełen zadowolenia uśmiech. Spomiędzy sinych warg
wystawały długie kły, z których spływała jeszcze świeża krew. Spojrzała w jego
jarzące się w półmroku złociste oczy i zatonęła w nich w jednej chwili.
Wiedziała już, że nigdy nie uwolni się spod ich władzy. Ale wcale tego nie
chciała. Żyła tylko dla niego.
Uśmiechnął
się szerzej, odsłaniając rząd ostrych zębów. Przeciągnął po nich długim
szpiczastym językiem, zbliżył twarz do twarzy kobiety i powiedział głębokim,
melodyjnym głosem:
-
Bardzo dobrze, Irin. Wiem, że będziesz mi dobrze służyć.
Gdy
od ścian odbił się jego przepełniający grozą śmiech, w pomieszczeniu zgasły
wszystkie świece. Kobieta wzdrygnęła się, gdy wśród całkowitych ciemności jego
zimna dłoń ujęła ją za nadgarstek i pociągnęła ku schodom.
-
Chodź. Twoje oddanie zostanie nagrodzone.
Ponownie
westchnęła, gdy wprowadził ją do jej własnej sypialni. Świece na masywnym
mosiężnym lichtarzu zapłonęły żywym blaskiem. Delikatny szmer tkaniny
uświadomił jej, że ciężka czarna suknia zsunęła się z jej ciała i spoczęła na
podłodze. Szeroko rozwartymi z zaskoczenia oczami spojrzała nieśmiało na swojego
pana. Gestem wskazał na szerokie łoże, dając jej do zrozumienia, co ma zrobić.
Skinęła lekko głową i nie spuszczając wzroku z wampira, ułożyła się wygodnie.
Zastanawiała
się, czy powinna się bać tego, co nastąpi. Do tej pory zawsze uważała, że los
okrutnie z niej zadrwił, skoro nie spotkała na swojej drodze tego jedynego,
mężczyzny, który zasługiwałby na najcenniejszy dar, jaki mogła mu dać. Dopiero
teraz zrozumiała, dlaczego wciąż jest dziewicą – czekała właśnie na niego. Na
pana, któremu oddała swoje życie. Od początku była przeznaczona dla niego.
Teraz już wiedziała, czego pragnie. Gdy tylko o tym pomyślała, przeszył ją
rozkoszny dreszcz. Uśmiechnęła się błogo, przymykając oczy i czekając na to, co
miało się stać…
Obudziła
się o świcie, sama w wielkim, ponurym domu. Wyślizgnęła się z zimnej pościeli i
podeszła naga do okna. Spojrzała w dal, nieświadomie kładąc dłoń na brzuchu i
uśmiechając się promiennie. Wrócisz, mój
panie…
***
Nerwowo
odtrącił rękę matki. Nie miał ochoty na czułości. Nigdy tego nie lubił, a ona
dobrze o tym wiedziała. Sama też nie była najsłodszą kobietą, a jednak czasem
nie potrafiła się powstrzymać. Była słaba. Musiała być. Widać było, że tlą się
w niej jeszcze jakieś ludzkie uczucia – schowane w najgłębszych zakamarkach –
choć rzadko je okazywała. Czego innego
można się spodziewać po zwykłym śmiertelniku?
Drake
był najstarszy z czwórki rodzeństwa. Z tego powodu zawsze uważał się za więcej
wartego od reszty. Nie mógł jednak zaprzeczyć, że najgorsza z nich była młoda.
Ucieleśnienie złośliwości, prawdziwa diabelska natura, choć dzieciak miał
dopiero dziesięć lat. W pewnym sensie starsi bracia byli z niej dumni. Jedyne,
czego jej zazdrościli, to wygląd – niewinna buzia o słodkich złotych oczkach,
dołeczki w policzkach, bujne jasne loki… I ten niewinny, rozbrajający uśmiech,
skrywający ostre jak brzytwa zęby. Mimo pozorów nie ulegało wątpliwości, które
z nich odziedziczyło najwięcej cech po ojcu. Ten złośliwy skrzat zawsze udawał
posłusznego i grzecznego do granic wytrzymałości, a potem i tak wszystkim
bruździł. Najbardziej jednak denerwowało ich to, że Lilith nie pozwalała sobie
nic powiedzieć. Nie można było dać jej w skórę, kiedy za bardzo plątała się pod
nogami. Takie próby zawsze źle się kończyły. Niedawno średni z braci, Jeff,
podniósł głos na młodą, kiedy podstawiła mu nogę. Pięć minut później spadł ze
schodów i nieźle się poturbował. Potem przez tydzień bał się wejść na piętro.
Chudy
jak szczapa ciemnowłosy chłopak uśmiechnął się lekko, kiedy siostra pomachała
mu z okna. Nie był to przyjemny uśmiech. U ludzi budził niezrozumiały lęk. Albo
przynajmniej wywoływał dreszcz. Lilith jednak roześmiała się perliście. Jak normalne dziecko. Czarne jak noc
oczy Drake’a spochmurniały. Jak to możliwe, że najgorsza zaraza wyglądała tak
słodko i niewinnie, podczas gdy jej bracia, pomimo odpychającego i nieco
przerażającego wyglądu, tak naprawdę niewiele mieli w sobie z ojca? Owszem,
pewne cechy odróżniały ich od zwykłych śmiertelników, jednak nie było to nic
szczególnego. Wszyscy byli równie bezwzględni, nieczuli i okrutni, jednak to młoda
była prawdziwą córką swego ojca. Patrząc na nią nikt by się nie domyślił, co
tak naprawdę siedzi w środku, chyba że akurat miałaby ochotę wypuścić licho na
światło dzienne, co zdarzało się dość często.
-
Jak łowy, moje dzieci? – Irin groźnie zmarszczyła brwi, stojąc na progu
ponurego domiszcza.
-
Mogło być gorzej – Sev uśmiechnął się złowieszczo, rzucając do jej stóp młodego
jelonka, wciąż ociekającego krwią.
-
Doskonale – skinęła głową poważnie, usuwając się w głąb ciemnego ganku, by
przepuścić chłopców. Wciąż nazywała ich tak w myślach, choć najstarszy miał już
dziewiętnaście lat, średni był od niego o rok młodszy, a najmłodszy o dwa.
Trzej
młodzieńcy powoli przekroczyli próg. Kobieta spojrzała z podziwem na wysokiego
Seva, zastanawiając się, kiedy zdążył tak urosnąć. Jego rysy twarzy zdecydowanie
były najłagodniejsze. Równoważył to diabelski błysk w oku, którego brakowało
starszym braciom. Za to Jeff był najprzystojniejszy, choć okrutne, zimne
spojrzenie czyniło go nieprzystępnym i odpychającym. Natomiast Drake, na tle
braci odznaczający się nieprzeciętną inteligencją i niezwykłym wyrachowaniem,
był kościsty, a jego twarz niemal zawsze szpecił grymas zniesmaczenia lub
pogardy. Mimo różnic chłopcy byli do siebie nad wyraz podobni. Wszyscy
szczupli, bladzi, ciemnowłosi i ciemnoocy – zupełnie jak ich matka. Choć nigdy
im tego nie okazywała, była dumna ze wszystkich swoich dzieci. Szczególnie zaś
z córki, która właśnie przybiegła i zaczęła kręcić się po kuchni, radośnie przy
tym szczebiocząc swoim cienkim głosikiem.
-
Spadaj, bąblu, bo się ubrudzisz – warknął Jeff, uśmiechając się pod nosem.
-
Nie mów tak do mnie! Chcę popatrzeć. Moogę? – spojrzała po wszystkich okrągłymi
oczętami, mrugając pociesznie.
Bracia
zgodnie wzruszyli ramionami. Było im wszystko jedno, czy skrzat jest tu, czy
gdzie indziej. Byleby tylko zbytnio nie przeszkadzała, a da się ją znieść.
-
Lil, idź sprawdzić, czy nie ma cię w twoim pokoju – stanowczo zarządziła matka.
Dziewczynka posłusznie
skinęła głową, złośliwie spoglądając na Irin. Pewne było, że coś zmaluje.
Pobiegła na górę, głośno tupiąc na schodach. Kobieta uśmiechnęła się krzywo,
wiedząc, że najpewniej znów czeka ją sprzątanie po wybrykach córki. Była do
tego przyzwyczajona, choć nieraz już zaskakiwała ją przemyślność dzieciaka w
wynajdywaniu nowych psot. Potrafiła wyrządzić poważne szkody, jeśli tylko
chciała, zazwyczaj jednak zabawa kończyła się na czymś niegroźnym, choć
wyjątkowo paskudnym.
Ulubionym zajęciem
Lilith było używanie psychokinezy. Bawiło ją niezmiernie poruszanie czegoś samą
tylko siłą woli. Raz nawet udało jej się podpalić zasłony. Dziewczynka usiadła
pośrodku pokoju ze skrzyżowanymi pulchnymi nóżkami. Zamknęła oczy, by się
lepiej skupić. Po chwili drobne przedmioty zaczęły wirować wokół niej w
szaleńczym pędzie, co i rusz przyspieszając lub zwalniając. Zachwycona
postępami, jakie czyniła w panowaniu nad niezwykłymi zdolnościami, szeroko
otwartymi oczami śledziła unoszące się w powietrzu drobiazgi. Nagle barwna
porcelanowa figurka uniosła się pod sam sufit i spadła z hukiem, rozpryskując
się na tysiące kawałków. Lilith zmarszczyła brwi. Przedmioty wokół niej powoli
opadły na podłogę, gdy skupiła się na odłamkach. Znów mocno zacisnęła powieki,
wyobrażając sobie, jak składa okruchy niczym puzzle i skleja. Uchyliła jedną.
Coś zaczęło się dziać. Postarała się skupić jeszcze bardziej.
Efekt jej wysiłków
przekroczył oczekiwania. Figurka była popękana i brakowało kilku elementów,
lecz pozostałe mocno się trzymały. Tego się nie spodziewała. Wybuchła
dźwięcznym śmiechem. Przedmioty wokół niej ponownie zaczęły tańczyć w
powietrzu, obijając się o ściany i o siebie nawzajem. To było piękne. Mogła je
kontrolować. Mogła je zmusić, by fruwały, by się rozbijały, by sklejały się z
powrotem. By zaczęły płonąć.
W pokoju zrobiło się
nieznośnie gorąco. Po ścianach zaczęły pełgać odblaski niezliczonych małych
płomyków. W gęstym od dymu powietrzu tańczyły złociste skry. Przeraźliwy śmiech
odbijał się od ścian, potęgowany przez zwielokrotnione echo. Dziewczynka z zachwytem
obserwowała szybko rozprzestrzeniający się ogień. Szeroko otwarte złociste oczy
błyszczały złowieszczo, na rumianej buzi rozkwitł promienny uśmiech. Nagle
drzwi do pokoju się otwarły, z hukiem uderzając o ścianę.
- Przestań natychmiast!
W jednej chwili
wszystkie płomyki zgasły, a lewitujące przedmioty opadły na podłogę. Jeszcze
przez chwilę w powietrzu unosiły się smużki dymu. Temperatura w pokoju zaczęła
się gwałtownie obniżać.
Lilith odwróciła się
powoli, patrząc groźnie na stojącego w progu Drake’a. Nie odezwała się ani
słowem, za to zaczęła zbliżać się do brata. Chłopak poczuł ogarniający go chłód
i z przerażeniem uświadomił sobie, że skrzat nie idzie, lecz sunie nad podłogą.
Jej przymrużone oczy niemal miotały gromy w
jego stronę. Mimowolnie cofnął się o kilka kroków. Dziewczynka
wyciągnęła przed siebie rękę i wykonała lekki gest dłonią. Drake poczuł piekący
ból na policzku. Obrócił się na pięcie i pobiegł na dół, gdzie zostawił matkę i
braci. Mijając wiszące w korytarzu lustro mimochodem zauważył rozlewającą się
po jego twarzy plamę czerwieni.
Gdy wpadł do kuchni,
cała trójka posłała mu zaskoczone spojrzenia.
- Wściekła się jak
nigdy. Ta mała wiedźma może zrobić wszystko!
- Przerwałeś mi zabawę
– za jego plecami rozległa się żałosna skarga wypowiedziana cichym, drżącym
głosikiem. Nie pamiętam, żebyś szła za
mną…
- Zabawę! – parsknął
Sev. – Ładna mi zabawa, maleńka. – Wskazał na najstarszego brata, ledwie
powstrzymując wybuch śmiechu.
- To… To był wypadek.
Ja nie chciałam.
Akurat.
Lilith rzuciła Drake’owi kolejne miażdżące spojrzenie. Co, czytasz mi w myślach? Ocierając krew z policzka, chłopak się
roześmiał. Jeff wzdrygnął się na ten odgłos, przyglądając się uważnie
siostrzyczce. Chyba nigdy nie była tak wściekła. Wyczuwał to.
- Więc co tym razem zmalowałaś?
– spytała z rezygnacją Irin.
- Nic a nic – Lil
uśmiechnęła się promiennie, patrząc na matkę wyzywająco.
Nie
jest dobrze, pomyślał Jeff. Coś wisi w powietrzu. Skrzat spojrzał na niego przenikliwie i
wzruszył ramionami. Czerwona sukienka zawirowała wokół niej, gdy obróciła się
kilka razy i wyszła z kuchni. Po chwili z ulgą usłyszeli jej kroki na schodach.
- Ostatnio coś się z
nią dzieje – zaczął półgłosem najstarszy z braci. – Jej zdolności stale się
zwiększają, na dodatek coraz lepiej nad tym wszystkim panuje.
- Sądzę – westchnęła
matka – że dzisiejszej nocy znów będziecie musieli wybrać się na polowanie. –
Wszyscy trzej spojrzeli na nią pytająco. – Już czas, byście poznali swojego
ojca.
***
-
Nie! – Od czarnych ścian odbił się przeraźliwy krzyk. – To ja was zrodziłam!
-
Nie będziesz już odbierać nam zaszczytu służenia naszemu panu, nędzna kobieto –
niski, przejmujący grozą głos Drake’a był ledwo słyszalny. – Nie zajmiesz
więcej naszego miejsca, nie jesteś tego godna.
-
To ja... – resztę jej słów pochłonął dziki, nieludzki wrzask dziecka.
Trzej
bracia wzdrygnęli się, słysząc delikatne stąpanie za plecami, jednak żaden się
nie odwrócił. Wszyscy wpatrywali się jak zahipnotyzowani w ostrze trzymanego
przez Jeffa wielkiego noża, po którym powoli spływała stróżka krwi.
-
Wkrótce tu przybędzie – oznajmiła śpiewnie Lilith.
Usłyszeli,
jak chciwie rzuca się na porzucone u stóp schodów martwe dziecko. Nie było to
dla nich zaskoczeniem. Nie po raz pierwszy ich siostrzyczka piła ludzką krew.
Nigdy jednak nie spodziewaliby się po niej takiego okrucieństwa… Takiej przebiegłości. Miała zaledwie
dziesięć lat, a najszybciej z nich zrozumiała, że matka nie jest im do niczego
potrzebna. Wręcz przeciwnie, tylko przeszkadza. Nie jest nic warta. To młoda otworzyła im oczy.
Gdy
Jeff uniósł nóż do gardła trzymanej przez braci Irin, płomienie świec zaczęły
tańczyć jak pod dotykiem silnego podmuchu. Wszyscy trzej znieruchomieli. Oczy
kobiety rozszerzyły się z przerażenia, gdy rozległ się cichy, władczy głos:
-
Zostawcie, sam się nią zajmę.
Bracia
posłusznie się cofnęli. Piwnicę zalała nieprzenikniona ciemność. Nagle przeszył
ją przeraźliwy krzyk bólu, który stopniowo przerodził się w szybko słabnący
jęk. Gdy ucichł, powietrze wypełnił piskliwy śmiech dziecka. W mroku, nisko
przy ziemi, jarzyły się dwie pary złocistych oczu.
Gdy
świece ponownie zapłonęły, Lilith nieco odsunęła się od wciąż pochylonej
postaci ojca, z chichotem ocierając buzię skrajem sukienki. Przyglądała mu się
z ciekawością, gdy wampir wyprostował się i powiódł wzrokiem po swoich synach.
Na koniec jego spojrzenie spoczęło na córce wpatrującej się w niego z czymś w
rodzaju uwielbienia. Zaśmiała się perliście, gdy na jego twarzy wykwitł przerażający
uśmiech, choć nie obejmował on zimnych, okrutnych oczu.
-
Irin już mnie znudziła. Teraz przyszła kolej na was. Ty – wskazał na
najstarszego braci – pójdziesz dzisiaj
ze mną. Po ciebie wrócę niebawem – zwrócił się następnie do średniego. – A ty
zostaniesz – wydał z kolei polecenie najmłodszemu. Na koniec skinieniem
przywołał do siebie córkę. Pochylił się i zaczął szeptać jej na ucho.
Dziewczynka radośnie pisnęła i z zapałem skinęła głową. – Doskonale.
Świece
znów na moment przygasły. Gdy ich blask ponownie rozlał się po mrocznym
pomieszczeniu, Sev i Jeff ze zdumieniem spojrzeli po sobie. Lilith wybiegła po
schodach na górę i zostali sami z dwoma bladymi, sztywniejącymi już ciałami.
-
Trzeba się tego pozbyć – rzucił starszy z braci z niesmakiem.
***
-
Gdzie się znowu podziewałaś? – burknął Sev, gdy siostra wparowała do jego
pokoju.
Lilith
posłała mu wrogie spojrzenie i uśmiechnęła się złowieszczo. Właściwie i tak nie
liczył na jakąkolwiek odpowiedź. Tak było zawsze. Znikała i wracała, kiedy jej
się żywcem podobało. On nie miał tu nic do gadania. Nieważne, że w teorii miał
sprawować nad nią opiekę. To ona całkowicie przejęła kontrolę. Brat jedynie
wypełniał polecenia, które od czasu do czasu mu przekazywała. Nie miał nawet
pewności, czy rzeczywiście wszystkie pochodzą od ojca, ale w sumie mało go to
obchodziło.
Drzwi
zamknęły się z hukiem. Atmosfera w pomieszczeniu dziwnie zgęstniała. Sev z
niepokojem spojrzał na siostrę. Jej złociste oczy połyskiwały w półmroku.
Dziewczynka zawisła kilka centymetrów nad podłogą. Jej włosy falowały wokół
twarzy, przywodząc na myśl topielca unoszącego się w toni wodnej.
Nagle
z przerażeniem uświadomił sobie, że nie może się poruszyć. Lilith powoli
zbliżała się do niego. Zdał sobie sprawę, że tym razem starcie – o ile w ogóle
można było to tak nazwać – może skończyć się dla niego wyjątkowo paskudnie.
Dziewczynka
przekrzywiła głowę.
-
Mogę? – W jej głosie dało się słyszeć dziecięce zniecierpliwienie. Zupełnie
jakby oczekiwała, by pozwolono jej wreszcie pobawić się nową, wyjątkowo
interesującą zabawką.
-
Najwyraźniej jesteś gotowa – cichy pomruk za jego plecami sprawił, że Sev
zadrżał. Nie ulegało wątpliwości, że nie ma już żadnych szans.
Lilith
zachichotała i wyrzuciła ręce w górę. Jej brat poczuł, że jakaś nieziemska siła
unosi go pod sam sufit i z impetem zaczyna ciskać nim we wszystkie strony. Choć
wydawało się to niemożliwe, w końcu deski podłogi załamały się od siły
kolejnego uderzenia. Chłopak stęknął głucho, gdy jego ciało zatrzymało się na
parterze. Mała wiedźma z piskiem zachwytu wskoczyła w dziurę. Jej splamiona krwią
biała sukienka zafurkotała, gdy dziewczynka lekko spływała w dół. Wylądowała na
jednej nodze i zaklaskała radośnie. Zaraz potem ponownie skupiła się na swojej
ofierze.
Sev
miał świadomość, że teraz nie pęta go żadna siła. Mimo to nie był w stanie się
pozbierać. Każde poruszenie przychodziło mu z trudem. W dodatku, co uświadomił
sobie z pewnym obrzydzeniem, paraliżował go strach. Trudno było pogodzić się z
faktem, że boi się dziesięcioletniego dziecka. Nawet jeśli to dziecko mogło być
najgorszym potworem, jakiego kiedykolwiek nosił ten świat. Zresztą był jeszcze
ojciec, który najwyraźniej nad wszystkim czuwał. Tej dwójki z pewnością
należało się lękać.
-
No dalej – Znudzony szept wdarł się do jego umysłu, znów wywołując drżenie. – Kończ
tą zabawę.
Lilith
skinęła głową. Natychmiast znalazła się przy bracie, wciąż leżącym na podłodze.
Pochyliła się nad nim z błyskiem w oku i uśmiechnęła się słodziutko. Przyjrzała
mu się uważnie, z namysłem.
-
Boisz się – zawyrokowała i obnażyła kły w przerażającym uśmiechu. – Będzie
bolało – dodała.
Nim
zdążył zareagować w jakikolwiek sposób, dziewczynka opadła na niego, mocno
łapiąc go za szyję. Szarpnął się, jednak na nic to się nie zdało. Krzyknął
rozdzierająco, kiedy ostre zęby przebiły skórę. Dźwięk powoli przeszedł w
rzężenie i urwał się, gdy dzieciak gwałtownym ruchem rozerwał tchawicę.
Długi
język powoli przesunął się po ranie, dokładnie zlizując świeżą krew. Po chwili
Lilith odsunęła się nieco. Spojrzała pytająco na majaczącą nad nią postać.
-
Jest twój.
Uśmiechnęła
się drapieżnie i z lubością powtórnie wgryzła się w szyję martwego Seva.
Czekała ją jeszcze świetna zabawa…
***
-
Co to ma… – Jeff zamilkł wpatrując się w stojącą w otwartych drzwiach
dziewczynkę. – Co tu robisz, skrzacie? – Wzruszyła tylko ramionami. – Przecież
miał się tobą zajmować Sev, który jest…
-
Nie żyje – wtrąciła Lilith.
-
…daleko – dokończył chłopak. Dopiero po chwili dotarły do niego słowa siostry.
– Jak to?!
Lil
ponownie wzruszyła ramionami i z obojętną miną przekroczyła próg. Drzwi
zamknęły się za nią z hukiem, kiedy skierowała się w stronę schodów. Świetnie, teraz ja mam się bawić w niańkę,
pomyślał Jeff. Skinęła głową z krzywym uśmiechem, wprawiając go tym w
osłupienie i zniknęła mu z oczu.
Brat
wpadł do pokoju, w którym zdążyła się już rozsiąść. Wszystkie drobne
przedmioty, które się tu znajdowały, leniwie krążyły w powietrzu. Stanął
niepewnie przed dziewczynką, zdając sobie sprawę, że nigdy nie wiadomo, czego
się po niej można spodziewać. Zwłaszcza kiedy jest w takim nastroju jak teraz.
Przemógł jednak niepokój i spojrzał na nią pytająco.
-
Nie zabawię tu długo – oznajmiła z przekonaniem, jakby wiedziała o czymś, o
czym on jeszcze nie miał pojęcia i uśmiechnęła się czarująco. – Ty też nie.
Uniosła
dłoń. Poczuł, jak coś wypycha go za drzwi, które z cichym skrzypnięciem
zamknęły mu się tuż przed nosem. W pierwszej chwili chwycił za klamkę, zaraz
jednak uznał, że to bezcelowe. Nie ma sensu narażać się na gniew tej małej
wiedźmy. Zresztą jej obecność i tak za bardzo mu nie przeszkadzała. Co prawda
od jakiegoś czasu mieszkał sam, nie trwało to jednak na tyle długo, by zdążył
na dobre odzwyczaić się od towarzystwa. O ile tylko nie będzie sprawiać
kłopotów – to znaczy większych niż zwykle,
poprawił się w myśli – nic nie stoi na przeszkodzie, by znowu trochę z nim
pomieszkała. Byle nie za długo.
Nawet
jeśli śmierć Seva była co najmniej niespodziewana, nie przejął się tym zbytnio.
W zasadzie wszyscy trzej od początku byli świadomi, że muszą liczyć się z ryzykiem.
Wiele rzeczy mogło pójść nie tak. Przede wszystkim, ktoś mógł odkryć, co robią.
A ciemnemu ludowi niewiele trzeba, by dobrać się do kogoś, kto… być może… miał
na sumieniu kilka… występków. Jeff zaśmiał się pod nosem. Tak to jest, jak się
nie jest wystarczająco uważnym.
Istniała
też inna, znacznie bardziej prawdopodobna możliwość. Może Sev naraził się czymś
ojcu? Oczywiste było, że on nie puściłby niczego płazem. Najmniejsze nawet
wykroczenie przeciwko jego woli bez wątpienia skończyłoby się źle dla
winowajcy. A więzy krwi znaczyły dla niego tyle co nic. Nie… Nie warto się nad tym zastanawiać.
Nagle
wpadł na coś tak niepokojącego, że choć zaraz skarcił się za idiotyczne wymysł,
w pierwszej chwili z trudem opanował chęć ucieczki. Nie mógł pozbyć się
wrażenia, że może tkwić w tym ziarno prawdy. A co, jeśli…
***
-
Więc to jednak ty, wiedźmo – stwierdził bez zaskoczenia.
Lilith
wzruszyła ramionami, uśmiechając się krzywo. Już nie wyglądała na to słodkie
niewiniątko, jakim chcieli ją widzieć zwykli ludzie. O nie, tym razem nie
ulegało wątpliwości, że bestia wydostała się z klatki.
Wyciągnęła
rękę przed siebie i złożyła dłoń w pięść. Jeff poczuł, jak coś powoli się na
nim zaciska i nieubłaganie zaczyna miażdżyć jego ciało. Nie było sensu się
wyrywać. I tak był na przegranej pozycji. Pozostawało mu jedynie liczyć, że nie
potrwa to długo.
-
Co to za zabawy?
Zimny
głos przepełniony niezadowoleniem wprawił go w osłupienie. Uścisk momentalnie
zelżał. W głowie chłopaka zaświtała nikła nadzieja. Zaraz jednak zgasła.
-
Skończ z nim.
Niewidzialna
dłoń znów gwałtownie się zacisnęła – tym razem z taką siłą, że poczuł, jak coś
w nim pęka. Zaraz potem jego ciało uniosło się wysoko i z łomotem uderzyło o
podłogę. Zajęczał słabo, ledwie widzącym wzrokiem wpatrując się w złociste oczy
jarzące się w pucołowatej twarzyczce, która natychmiast nad nim zawisła.
Oszołomiony, nawet nie poczuł dotyku małych rączek na swoim karku.
Krew
trysnęła z szarpanej rany na szyi Jeffa. Lilith zachichotała, gdy ciepły
strumień lepką czerwienią spryskał jej twarz. Spojrzała z uwielbieniem na cień
pochylający się nad ciałem. Zimne spojrzenie lśniących w mroku oczu zatrzymało
się na niej.
-
Doskonale. – Dziewczynka zapiszczała z radości. – Niebawem będziesz gotowa.
***
-
Nie możesz… – zaczął Drake władczym tonem, patrząc z pogardą na siostrę.
-
Nie ty będziesz decydował – przerwał mu stanowczy głos.
Chłopak
wzdrygnął się mimowolnie. Nigdy niczego się nie bał, a jednak nawet on odczuwał
respekt przed ojcem. Uświadomił sobie, że to, o czym przed chwilą usłyszał,
było prawdą. Został tylko on – a już niedługo i po nim nie będzie śladu. Nie
było sensu łudzić się, że cokolwiek zyska, próbując przekonać tych dwoje, że
może im się jeszcze na coś przydać. Sam doskonale zdawał sobie sprawę, że nigdy
tak nie było. Oni nie potrzebowali nikogo.
-
No dalej, nie marnuj mojego czasu.
Lilith
uśmiechnęła się do brata krwiożerczo. W jednej chwili zrobiło mu się nieznośnie
gorąco. A więc tak wygląda… Nie
zdążył już dokończyć myśli. Jego ciało wprost eksplodowało, rozbryzgując wokół
niemożliwe do identyfikacji szczątki.
Śmiejąc
się perliście, małe słoneczko obróciło się kilka razy wokół własnej osi,
wprawiając w ruch błękitną sukienkę pokrytą świeżą krwią i strzępami tkanki.
Ponury cień wyciągnął rękę do córki.
-
Chodź.
Dziewczynka
z zapałem ujęła zimną dłoń. Jej oczy rozszerzyły się, gdy świat wokół
zawirował. Wiedziała, że wreszcie nastąpi to, na co czekała przez dziesięć
długich i nudnych lat swojego życia. Oto teraz, gdy pomyślnie przeszła próby i
spełniła oczekiwania, miała dostąpić najwyższego zaszczytu. Miała przejść
przemianę.
***
Wrzasnęła
z bólu, zagłuszając nieludzki śmiech rozbrzmiewający w martwej ciszy
starożytnej nekropolii. Zaraz jednak zacisnęła zęby, z nienawiścią spoglądając
w złociste oczy. Kiedy cień znów się do niej zbliżył, po raz ostatni spróbowała
się bronić. Walczyła zaciekle, jednak ojciec był silniejszy. Powoli zaczynała
rozumieć, że zbliża się koniec. Zabawił się jej kosztem – zupełnie tak, jak
przedtem jej pozwolił zabawić się ze starszymi braćmi. A teraz pochylił się nad
nią z takim samym uśmiechem, z jakim ona patrzyła na nich. Silne ręce poderwały
ją do góry, ostre kły wbiły się w delikatną skórę na szyi.
Nie
trwało to długo. Wampir odrzucił od siebie martwe ciało, które uderzyło o stary
nagrobek i bezwładnie opadło na ziemię. Odwrócił się, wykrzywiając okrwawione
usta w wyrazie pogardy. Odszedł kilka kroków, lawirując między grobowcami, o
których nikt już nie pamiętał. Jego oczy miały nieodgadniony wyraz. Sprawiały
wrażenie, jakby mogły przeniknąć mroki dziejów i ujrzeć ich początek. Nagle na
surowej twarzy pojawił się złowróżbny uśmiech.
-
To tutaj się wszystko zaczęło…
-
I tutaj się skończy – dziecięcy głos był tak zimny jak jego własny. Brzmiała w
nim dziwna pewność.
-
A więc… – cień odwrócił się powoli. Nie dokończył pytania, z góry znając
odpowiedź. – To ja cię stworzyłem.
Mała
furia rzuciła się do ataku. Dwie potężne siły starły się raz jeszcze. Teraz
jednak szanse były wyrównane. Ciężkie powietrze iskrzyło, przepełnione
pradawnymi mocami. Wydawało się, jakby ta walka miała trwać wieki…
***
Kobieta
niepewnie uchyliła drzwi, gdy słabe pukanie powtórzyło się po raz kolejny.
Zaraz jednak otwarła je szeroko, z zaskoczeniem wpatrując się w dziewczynkę
stojącą na progu. Rozejrzała się szybko, ujęła małą za wyciągniętą dłoń i
wciągnęła ją do środka.
Uklękła przed dzieckiem,
przyglądając mu się uważnie. Obawiała się, że dziewczynka może być chora – nie
umknął jej uwadze fakt, że dłoń, którą wciąż trzymała, była lodowato zimna.
Podobnie jak to, że nieruchome złociste oczy, które spoglądały na nią z nieodgadnionym
wyrazem, jarzyły się jakimś niesamowitym blaskiem w trupio bladej twarzyczce.
Ostrożnie dotknęła czoła małej, odgarniając jasne loki.
- Skąd cię tu
przywiało, co? – zagadnęła przyjaźnie.
Dziecko nie
odpowiedziało. Kobieta westchnęła ciężko, domyślając się, że musiało wiele
przejść, nim do niej trafiło.
- Chodź ze mną –
powiedziała łagodnie
Podniosła się i
delikatnie pociągnęła dziewczynkę w głąb domu. Nie mogła zauważyć obnażającego
ostre jak brzytwa kły upiornego uśmiechu, który z wolna zaczął wykwitać na pucołowatej
twarzyczce.
Niezłe, choć początkowo zaleciało mi Zmierzchem, było za idyllicznie. Na szczęście później się nie zawiodłem a nawet zaskoczyłem. Fajne końcowe niedopowiedzenie, bo w sumie nie wiemy, kto wygrał. Mogła to być ona, albo to ojciec przejął jej ciało. Chyba, że coś pokręciłem. Tak czy siak, czytało się dość przyjemnie i znaczących błędów nie wychwyciłem (poza miejscami "ciężką" składnią).
OdpowiedzUsuńDzięki, miło słyszeć, że potrafię jeszcze czymś zaskoczyć :D Hmm, co do końca - ja wiem, ale nie powiem :P Jako czytelniczkę czasem irytują mnie co prawda takie niedopowiedzenia, ale ogólnie rzecz biorąc lubię, kiedy autor zostawia mi możliwość własnej interpretacji. A patrząc od drugiej strony - tak, uwielbiam zostawiać takie niewiadome i choćby delikatnie poruszyć tym szare komórki czytelnika :D Co do ciężkiej składni, trudno się nie zgodzić, ale miałam miejscami problemy z ujęciem w słowa tego, co chciałam przekazać, stąd zapewne pewne językowe niezręczności. Dzięki za komentarz, wpadaj tu częściej :)
Usuń