4 sierpnia 2017

Więzy krwi



Oto kolejne opowiadanie napisane na konkurs. Kompletnie nie miałam na nie pomysłu. Dopiero tuż przed terminem przyjaciółka naprowadziła mnie na właściwy trop - tak, że wokół jej pomysłu urodziła się cała historia, zanim zdążyłam wrócić ze szkoły. A potem pół dnia nad nim siedziałam, bo czas mnie gonił. Już następnego dnia zaniosłam je mojej polonistce, żeby wiedziała, co mam zamiar oddać na konkurs (teoretycznie pod jej skrzydłami). Nie wygrałam, za to dostałam najlepszą recenzję ever - kobieta (nawiasem, bardzo czepiająca się o wszystko) zasiadła do czytania z ołówkiem w ręce (przypuszczalnie żeby nanosić poprawki, czego ostatecznie nie zrobiła), ale gdzieś w połowie rzuciła go na biurko i w ogóle chyba zapomniała, gdzie jest. Stwierdziła, że mogłabym dopisać jeszcze jakieś jedno zdanie "podsumowujące" na końcu, ja grzecznie przytaknęłam, obiecałam, że się zastanowię - i następnego dnia tekst trafił do punktu docelowego w dokładnie takim samym stanie.
Taka to historia. Ach, piękne czasy... Tak czy inaczej, miłej lektury życzę!
           


            Przeklęta!
            To jedno słowo wciąż rozbrzmiewało jej w uszach, odkąd zbudził ją bolesny skurcz. Że też musi się to dziać w ostatni dzień… Bardzo żałowała, że spotkała tego człowieka. Nic jednak nie mogła poradzić na to, że pojawił się na jej terytorium akurat w czasie przemiany. I to wczesną wiosną, kiedy instynkt był wyjątkowo silny. Nic dziwnego, że w końcu dała się ponieść. Teraz bała się tego, co nastąpi. Nie wiedziała, co może się stać. Jedno było pewne – zaczęło się.
            Lily była bardzo piękna. Wszyscy mężczyźni wodzili za nią wzrokiem, gdy tylko ją dostrzegli. Czuła też na plecach zawistne spojrzenia innych kobiet. Nie przejmowała się tym jednak. Choć bez skrupułów wykorzystywała wdzięk i urodę, by osiągnąć to, co sobie zamierzyła, nigdy rozmyślnie nie wyrządzała nikomu krzywdy. Nie było jej winy w tym, co się wydarzyło.
            W wiosce, nieco na uboczu, mieszkała pewna kobieta. Rzadko wychodziła z domu. Ludzie mówili, że Vega para się magią, że dawno temu zawarła pakt z samym diabłem. Mimo to wszyscy ją szanowali – powszechnie było wiadomo, że potrafi znaleźć remedium na każdą dolegliwość. Każdy mógł udać się do niej po pomoc czy poradę. Nikt nie wychodził od niej z pustymi rękami. Mieszkał z nią mężczyzna imieniem Ragnor. Nie było tajemnicą, że jest jej partnerem.
Pewnego dnia, gdy matka wysłała Lily po zioła do Vegi, w drodze natknęła się ona na Ragnora. Mężczyzna przyglądał się jej uważnie, póki nie weszła do chaty. Spędziła tam jakiś czas w oczekiwaniu, a gdy wreszcie zapłaciła za niewielki pakunek i wyszła, już na nią czekał. Zagadnął ją przyjaźnie, więc odpowiedziała z uśmiechem. Starała się tylko być uprzejma, lecz widocznie on odebrał to jako zachętę i zaczął się do niej zalecać. Usiłowała się wycofać, lecz nic to nie dawało, Ragnor był coraz bardziej nachalny. W końcu, gdy chciała odejść, złapał ją za rękę, by ją powstrzymać. Spróbowała się wyrwać, lecz był dla niej za silny. Nagle sam ją puścił i upadł na kolana, a z jego gardła wydobył się stłumiony wrzask.
Tknięta złym przeczuciem, Lily odwróciła się i krzyknęła, z przerażeniem patrząc na stojącą na progu chaty kobietę. Niemal nie poznała Vegi, tak bardzo odmieniła ją wściekłość. Cofnęła się powoli, nie spuszczając oczu z kobiety, która ledwie widocznie poruszała ustami, mrucząc coś pod nosem. Stopniowo mówiła coraz głośniej, wreszcie słowa zamieniły się w krzyk…

***

Kolejny silny skurcz przywołał ją do rzeczywistości. Nie chciała pamiętać tego dnia, jednak wspomnienie wracało przy każdej przemianie. Również i tym razem, gdy przybrała ludzką postać, nie udało się tego uniknąć.
Ale teraz było znacznie gorzej. Ostatni, siódmy dzień jej przemiany dobiegał końca. Słońce już zachodziło, niedługo na niebie ukaże się księżyc w pełni, zaraz zacznie przybierać wilczą postać…
Krzyknęła przeszywająco. Zaraz potem rozległ się cichy płacz. Zadrżała, słysząc kwilenie, lecz nie mogła nic zrobić. To jeszcze nie koniec. Tym razem skurcze były silniejsze, a ból tak przeszywający, że skowyczała i darła ziemię pazurami. Poród skończył się równie nagle, jak zaczął. Oddychając ciężko, spojrzała na swoje dzieci. Starsze wciąż płakało, poruszając niezgrabnie rączkami i nóżkami. Młodsze z bliźniąt leżało spokojnie, zwinięte między jej łapami, jedynie czasem cicho popiskując.
Sapnęła z wysiłku, z trudem unosząc się na łapach. Przez chwilę stała tylko, chwiejąc się lekko. Po jej grzbiecie raz po raz przebiegały dreszcze. Czuła, że nie da rady. A jednak musiała. W każdej chwili do jaskini mogło zawitać jakieś zwierzę, zainteresowane ludzkim pomiotem. Nie mogła dopuścić, by chłopcu coś się stało. Czule trąciła nosem szczenię, które zdążyło już zasnąć. Nawet się nie poruszyło. Jak najdelikatniej złapała chłopca i opuściła legowisko, kierując się w stronę pobliskiej ludzkiej zagrody.

***

- Co jest? Miałeś iść do lasu. Jeśli znowu jakiś lis porwie nam zająca z pułapki, pożałujesz, mój drogi. Co to?
Mąż bez słowa podał kobiecie małe zawiniątko, które przyniósł. Z ciekawością odchyliła róg chusty i westchnęła smutno.
- Chłopiec?
Mężczyzna z ponurą miną skinął głową.
- Ktoś go podrzucił.
- Biedne niebożątko… Jak można? Ale my się tobą zaopiekujemy. Pewnie głodny jesteś…
Nie zwracając uwagi na wciąż stojącego w progu męża, kobieta zaczęła krzątać się po kuchni, jedną ręką przyciskając do piersi niemowlę. Mężczyzna wzruszył ramionami i wyszedł z chaty, ukradkiem uśmiechając się z ulgą. Nie był zbyt biegły w liczeniu, jednak domyślił się, czyje to dziecko. Martwiło go jedynie to, że gdy znalazł chłopca, zauważył w zaroślach oddalający się cień. Na leśnych zwierzętach akurat się znał. Dałby głowę, że widział wilka. Wyjątkowo dużego wilka. Zadrżał, myśląc o spotkanej wiosną tajemniczej kobiecie i przeżegnał się z trwogą.

***

- Mamo, jak to się stało? Jak to się mogło stać?
- Nie płacz, Rose. – Drżącą ręką Lily otarła policzek córki, uśmiechając się do niej słabo. – Ludzie nienawidzą nas, bo się boją.
- Powinni się bać!
- Nie, nie powinni. Nie jesteśmy przecież złe.
- Klątwa…
- Nie ma w tym mojej winy. A twojej tym bardziej. Posłuchaj – Przerwała na chwilę, by zebrać siły. To, co miała do powiedzenia, było bardzo ważne. Odetchnęła głęboko, czując przeszywający ból w piersi, zwiastujący bliską śmierć. – Nigdy ci o tym nie mówiłam. Masz brata. Podrzuciłam go ludziom…
- Z tej zagrody, którą mi pokazywałaś?
- Tak. Nie mogłam go wychować, bo jest człowiekiem, nie likantropem. Ale na nim też ciąży klątwa, tak jak na tobie. Myślę, że można ją zdjąć. Ale musisz go odnaleźć, inaczej to niemożliwe. – Znów przestała mówić. Nie mogła zebrać myśli, a córkę widziała coraz mniej wyraźnie. Ale musiała dokończyć. – Jutro pełnia – podjęła po chwili. – Zamienisz się w wilka, ale nie wolno ci zapomnieć. Znajdź brata. – Nagle przestała słyszeć szloch Rose i otoczyła ją nicość.

***

Zastukała ostrożnie do drzwi chaty. Siedemnaście lat to szmat czasu, nie miała pojęcia, czy ktoś tu jeszcze mieszka. Po chwili jednak usłyszała wewnątrz jakiś ruch. Cofnęła się o krok i czekała. Wreszcie w progu ukazał się postawny mężczyzna. Choć był nawet przystojny, z powodzeniem mógłby być jej dziadkiem. W jego oczach malowało się bezbrzeżne zdumienie, gdy bez słowa przyglądał się gościowi.
- Dzień dobry. Mam na imię Rose. Czy moglibyśmy…
- Jesteś… córką Lily, tak?– Gestem zaprosił ją, by weszła.
Izba była urządzona bardzo skromnie, lecz panował w niej wzorowy porządek. Nie było wątpliwości, że mężczyzna mieszka tu jedynie z kotem, którego zapach doprowadzał ją do szału. Bardzo musiała się starać, by nie dać wyprowadzić się z równowagi, patrząc na dyndający z wygaszonego paleniska puszysty bury ogon.
Usiedli obok siebie na prostej drewnianej ławie. Rose poczuła się bardzo niezręcznie. Nie wiedziała, jak zacząć. W końcu ciszę przerwał mężczyzna.
- Wyglądasz zupełnie jak ona, tylko te oczy… Jej były zielone, a twoje są takie jasne, niemal żółte. Takie same, jak jego.
- Mojego brata? To o nim pan mówi? – W oczach dziewczyny zalśniła iskra tłumionej nadziei.
- „Pan”? – Zaśmiał się i lekceważąco machnął ręką. – Owszem. Bliźnięta? – Uśmiechnął się lekko, gdy z zapałem skinęła głową. – Wychowałem Kurta. W końcu to mój syn… Żona zabrała dzieci i odeszła, jak tylko wyszedł z niego wilk.
- Jak to? Mama mówiła, że on jest człowiekiem.
- Nie przemienia się w wilka, jak wy. Ale nie jest zupełnie… ludzki.
- Nie wie… Nie wiesz, kiedy wróci? Chciałabym z nim porozmawiać… Mama nie żyje.
Mężczyzna momentalnie posmutniał.
- Odszedł niedawno. Powiedział, że nie może tu zostać. Próbowałem go powstrzymać, ale na niewiele się to zdało.
- Muszę go odnaleźć. Chcę zdjąć z nas klątwę, ale bez niego nie dam rady. Gdzie go znajdę?
- Przykro mi, dziecko, ale nie mam pojęcia. Po prostu odszedł.

***

Pędziła przez las, odkąd zapach stał się nieco silniejszy. Kilka dni temu po długich poszukiwaniach wreszcie udało jej się złapać słaby trop. Podążała nim najszybciej jak mogła. Przez te kilka dni nic nie jadła i niewiele spała, by znów go nie zgubić. Jej siły były na wyczerpaniu, lecz podniecenie wywołane zbliżeniem się do celu utrzymywało ją jeszcze na łapach.
Jeśli szybko go nie znajdziesz, będziesz musiała na trochę odpuścić.
Szybko stłumiła kołatającą się po głowie myśl i jeszcze przyspieszyła biegu. Czuła, że jest blisko, już nie mogła doczekać się tego spotkania. Nie wiedziała, czego po nim oczekiwać. Bardzo chciała poznać brata, o którego istnieniu przez całe swoje życie nawet nie wiedziała. Była gotowa niemal na wszystko, byle w końcu go odnaleźć.
Zatrzymała się. Coś usłyszała, nie była jednak pewna, co. Rozejrzała się uważnie, węsząc. Wyczuwała w pobliżu czyjąś obecność, ale nie mogła tego kogoś lub czegoś zlokalizować. Warknęła gardłowo, odwracając się w stronę, z której przyszła. Nagle zyskała pewność, że właśnie tam coś się czai. Zaczęła ostrożnie iść w tamtym kierunku, pochylona nisko, niemal do samej ziemi.
Z cienia, idąc zupełnie swobodnie, wyłonił się młody chłopak. Rose wyprostowała się, przyglądając mu się czujnie. Uśmiechnął się na jej widok. Wilczyca zamachała niepewnie ogonem, patrząc w jasne, promieniejące radością oczy.
- Hej, mała. Miałem nadzieję, że mnie znajdziesz.
Głos Kurta nieco przypominał warczenie, ale nie zwróciła na to uwagi. Gdy tylko się odezwał, dopadła do niego jednym susem i skoczyła na niego, obalając na ziemię. Wsparła mu łapy na ramionach i patrzyła na niego wesoło. Braterskim gestem poczochrał jej czarną sierść i z trudem zepchnął z siebie wielkiego zwierza.
- Spokojnie. – Mrugnął do niej, obserwując jej zniecierpliwienie. – Pogadamy, jak będziesz mogła. Mamy czas. – Wstał i skinął na nią. – Chodź, niedaleko rozbiłem „obóz”.

***

- Kurt.
Niepewny szept od razu wyrwał go z niespokojnego snu. Uniósł się na łokciu i w nikłym świetle spróbował przyjrzeć się siostrze. Po chwili uznał, że to jednak niemożliwe i wstał. Usiadł po przeciwnej stronie niewielkiego ogniska, by lepiej ją widzieć. Poczekał cierpliwie, aż przysunie się bliżej.
- Więc to tak wyglądasz…
- Rose.
- Śliczne imię. Nie wiedziałem, że mam bliźniaczkę. Ojciec nic nie mówił.
- Nie wiedział. Ja też. Mama powiedziała mi tuż przed śmiercią.
- Jaka ona była?
Rose musiała dobrze się zastanowić. Tak naprawdę nigdy o tym nie myślała. W zasadzie Lily była jedyną znaną jej istotą. Nawet inne wilki, choć nie były wrogo nastawione, trzymały się z daleka. Zaczęła opowiadać. Kiedy z grubsza streściła bratu swoje życie, przyszła kolej na niego.
Siedzieli tak do rana. Czuli, że istnieje między nimi jakaś więź, na razie jeszcze bardzo słaba, lecz wzmacniająca się w miarę, jak nawzajem się poznawali. Bardzo się od siebie różnili – jedno, wychowane wśród ludzi, tłamszące w sobie swoją prawdziwą naturę, a drugie dzikie i wolne przez całe życie. A mimo to mieli ze sobą wiele wspólnego, łączyły ich nie tylko więzy krwi. Przede wszystkim mieli wspólny cel: zdjęcie klątwy.
- Co teraz zrobimy?
Rose spojrzała na Kurta, niepewna, o co mu chodzi.
- No wiesz. Jak się za to zabierzemy?
- Nie mam pojęcia. Wiesz, nie myślałam o tym, po prostu skupiłam się na odnalezieniu ciebie.
- Wobec tego chyba powinniśmy znaleźć kogoś, kto nam powie, co robić, prawda?
- Nie mamy innego wyjścia.

***

W wiosce zawitała przedziwna para. Młodzi wyraźnie byli rodzeństwem. Oboje szczupli i wysocy, mieli kruczoczarne włosy, żółte oczy i nieco dziki wygląd. Ludzie ich unikali. Odwracali wzrok, gdy ich mijali, ukradkiem czynili znak krzyża za ich plecami lub po prostu zamykali się w domach i trwożliwie wyglądali przez uchylone okiennice. Jedynie stara kobiecina siedząca w progu maleńkiej, chylącej się ku ziemi chatki nie uciekła na ich widok, więc postanowili z nią porozmawiać.
- Szczęść wam Boże, dzieci – przywitała ich staruszka z uśmiechem na ustach, gdy tylko się zbliżyli. Zapraszająco poklepała dłonią drewniane schodki, więc przysiedli obok niej.
- Dzień dobry, babciu. Jak się macie?
Kobieta wzruszyła ramionami, chichocząc nieznacznie.
- Co was tu sprowadza?
- Cóż… Mamy pewien problem.
- Duży problem – poprawił siostrę Kurt.
- Tak. Potrzebujemy pomocy. I nie bardzo wiemy, do kogo się z tym udać.
- Nie jesteście stąd, co? – Kiwnęła głową, nim zdążyli zaprzeczyć. – Ludzie z całej okolicy przychodzą do mnie po rady. Powiadają tu, że jestem bardzo mądra. Cóż – Zaśmiała się. – Sto lat to całkiem słuszny wiek, nie sądzicie? Więc – Spojrzała na nich bystro. – Jaki macie problem?
- Znacie się, babciu, na klątwach?
- Boże mój! Biedactwa, wam tu duchownego trzeba, a nie starej znachorki. Cóż ja wam poradzić mogę?
- A gdybyście się zastanowili? Bardzo nam zależy. Do tej pory żaden ojczulek nawet nie chciał z nami rozmawiać, niektórzy przepędzali…
- No dobrze, dobrze. Co was dręczy, niebogi?
Kurt pochylił się w stronę kobiety z obawy, by nikt niepowołany nie usłyszał ich rozmowy.
- Aż ciężko to wyznać, tyle razy już próbowaliśmy i ciągle nic… Wiecie, babciu, co to likantropia, prawda?
- Wilkołactwo znaczy? – Staruszka przeżegnała się ze strachem drżącą ręką. – Nic…
Nagle, potrącając kobiecinę, z chaty wypadł mężczyzna. Wymachiwał rękami i wrzeszczał, ile sił w płucach:
- W imię Ojca i Syna! Tfy, wynocha mnie stąd, pomioty szatańskie! A już!
Z domów jak na zawołanie zaczęli wybiegać inni mężczyźni, krzycząc groźnie. Niektórzy mieli w rękach siekiery lub widły, ktoś niósł gruby kij, ktoś inny miał pochodnię… Niezbyt zaskoczone rodzeństwo zerwało się do ucieczki. Rose zdążyła krzyknąć jeszcze do staruszki:
- Dziękujemy za chęć pomocy!
Kobieta uniosła dłoń w geście pożegnania, lecz już tego nie widzieli, bo pomknęli w las. Niektórzy mężczyźni gonili ich jeszcze przez jakiś czas, lecz Kurt i Rose, wiedzieni przez instynkt, zdołali szybko ich zgubić. Zatrzymali się w końcu nad niewielkim jeziorkiem. Dziewczyna czujnie nasłuchiwała – wydawało jej się, że słyszy niepewne kroki. Spojrzała na brata pytająco. Po chwili skinął głową na znak, że wie, o co jej chodzi. Stanęli blisko siebie i czekali.
Po jakimś czasie z zarośli powoli wyłoniła się mała dziewczynka. Wyglądała na nieco wystraszoną, lecz nie zatrzymała się, a odważnie podeszła do nich. Dygnęła lekko, patrząc w ziemię. Po chwili zerknęła na nich spod rozczochranych jasnych włosów i powiedziała cicho:
- Babcia kazała mi was poszukać. Mówi, że jest ktoś, kto być może potrafi wam pomóc. Mam was zaprowadzić?
Rose uklękła przed dziewczynką i uśmiechnęła się do niej.
- Nie trzeba. Wytłumacz nam tylko, gdzie mamy iść. Jakoś sobie poradzimy.
Dziewczynka skinęła głową, zastanowiła się chwilę i zaczęła mówić jednym tchem:
- Babcia mówi, żebyście szli za słońcem, to traficie do wioski. Tam, na uboczu, stoi stara chata. Trochę strasznie wygląda, wiem, bo widziałam. Mówią, że tam mieszka czarownica, co nikomu nie odmawia pomocy. Może będzie wiedziała, co zrobić.
Dziewczynka spojrzała ufnie na Rose rozpromienionymi błękitnymi oczyma. Widocznie była dumna z tego, jak się spisała. Dziewczyna pogładziła ja delikatnie po policzku.
- Dziękujemy, maleńka. Leć już do babci. I podziękuj jej od nas! – krzyknęła za znikającą już w zaroślach dziewczynką.

***

- Jutro pełnia, musimy się pospieszyć.
- Więc chodźmy do niej teraz.
- Tak w środku nocy?
- Skoro to czarownica…
Rose wzruszyła niepewnie ramionami. Dotarli do wioski bez problemu, znaleźli chatę, o której mówiła dziewczynka. Kurt miał rację, nie mieli zbyt wiele czasu. Może rzeczywiście powinni od razu tam pójść. W końcu skinęła głową. Ruszyli, obchodząc okoliczne zagrody. Nie chcieli znów zostać przepędzeni, to mogła być ich jedyna szansa.
- Proszę, proszę, kogo przywiało w moje progi niegodne – przywitał ich kpiący głos. W drzwiach czekała na nich niska, wyglądająca dość młodo kobieta. Jedynie jarzące się w mroku oczy zdradzały podeszły wiek. – Wejdźcie, dzieciaki. Wiedziałam, że mogę się was spodziewać.
Ze sklepienia chaty zwieszały się pęki suszonych ziół. Przy piecu, w którym palił się ogień o nieco dziwnym czerwonobrunatnym zabarwieniu, wylegiwały się dwa koty – jeden zupełnie czarny, drugi biały o czerwonych oczach. Powietrze przesycone było przedziwną mieszaniną zapachów. Kobieta szerokim gestem wskazała na kilka krzeseł stojących wokół niewielkiego stołu z surowego drewna.
- Siadać. Nie jestem pewna, czy chcę marnować na was czas. Ale przecież powiadają, że nikomu nie odmawiam pomocy, czyż nie? – Uśmiechnęła się szyderczo. – Nie wypada mi po tylu latach zmieniać przyzwyczajeń. Domyślam się, z czym przychodzicie, ale śmiało, mówcie.
- Wiesz o ciążącej na nas klątwie?
- Tyle lat już żyję na świecie, a ty pytasz, czy potrafię rozpoznać likantropa? Powiadam ci, córko Lily, nie ma rzeczy, której by stara Vega nie wiedziała.
- Vega? Mama kiedyś o tobie wspominała…
- Ale niewiele o niej wiecie, co? Urodziła się tutaj, w tej wiosce. – Nagle kobieta wybuchła przeraźliwym śmiechem. Po chwili zdołała się opanować i kontynuowała spokojnie – To ja nałożyłam na nią przekleństwo.
- Jak to?! – Kurt zerwał się na równe nogi. – Ale…
- Usiądź… No. Powiedziałam, że wam pomogę, więc to zrobię. Najpierw opowiem wam bajeczkę. Niezbyt ładną bajeczkę. Na pewno nie kończy się dobrze – Zachichotała piskliwie. – Wasza matka była młodą i piękną dziewczyną. Podobała się chyba każdemu chłopowi, więc przez kobiety to ona kochana nie była. Niepotrzebnie mi się tu pchała – Znów roześmiała się skrzekliwie. – Wpadła w oko mojemu kochasiowi, to i dostała za swoje. Oboje dostali. Ragnor od tej pory ziemię gryzie. A Lily nie miała tyle szczęścia, ot co. – Czarny kocur prychnął gniewnie, gdy od ścian odbił się donośny rechot wiedźmy i schował się pod stołem.
- No dobrze. Co z twoją obietnicą?
- Jakie to prędkie do wszystkiego! Dobra, powiem wam, co wiem, ale radzić musicie sobie sami. Cóż… Klątwa zrodziła się z niestałego uczucia i żądzy, zatem nie może jej złamać nic, jak tylko szczera, czysta miłość.
- W jaki sposób?
Vega spojrzała z namysłem na siostrę, później na brata. Sięgnęła do pasa, wyjęła zza niego krótki sztylet o grubym kościanym ostrzu i rzuciła go chłopakowi.
- Ofiara. Nie ma innego sposobu. – Założyła ramiona na piersi i popatrzyła na nich wyczekująco. – Audiencję uważam za skończoną. Tym razem wyjątkowo nie wezmę zapłaty. No już, zmykajcie, zanim się rozmyślę!
Rose i Kurt spojrzeli po sobie zaskoczeni i szybko wyszli z chaty. Bez słowa ruszyli w las. Zatrzymali się na jakiejś polanie, którą przecinał strumień. Dziewczyna opadła na trawę.
- To okropne. Jak mielibyśmy to zrobić?
- To nie takie proste, siostrzyczko, ale… Gotów jestem się poświęcić. Zrobię to dla ciebie.
- Nie! Myślisz, że bym to przeżyła? Wolałabym sama się zabić, żebyś ty mógł być wolny.
- Nie zgodzę się na to, wiesz, że nie mogę.
Kurt uniósł nóż do własnej piersi. Rose natychmiast przyskoczyła do niego i powstrzymała jego rękę.
- Nie rób tego! – Zaczęła szlochać. – Czy nie lepiej, byśmy oboje raczej żyli z klątwą, niż by jedno dla drugiego musiało poświęcić swoje życie? Albo żebyśmy zginęli oboje!
- Nie, Rosie. Nie pozwolę ci zmarnować sobie życia z mojego powodu. – Wyszarpnął rękę z jej uścisku.
- Poczekaj… – Brat posłał jej pytające spojrzenie. – Coś się dzieje.
- Ale co… Masz rację. – Zaskoczony ujął ją pod brodę, obrócił jej twarz ku górze i zaczął przyglądać się jej w słabym świetle poranka. – Masz rację, siostrzyczko. Twoje oczy…
- Twoje też. Zrobiły się brązowe.
- A twoje zielone. Czy to może znaczyć…
- …że klątwa została zdjęta? Że wbrew temu, co mówiła Vega, wystarczyła jedynie gotowość do poniesienia ofiary, by udowodnić, że się kochamy?
Kurt delikatnie pogładził ją po policzku.
- Więc przekonamy się, gdy wzejdzie księżyc w pełni. Przekonamy się dziś wieczorem.

3 komentarze:

  1. Ciekawe czy klątwa została zdjęta :D Nie przepadam za historiami o wilkołakach, wampirach itp. Ta jednak wciągnęła mnie ze względu na na ciekawe wprowadzenie: dowiadujesz się o klątwie. " Przy palenisku, w którym palił się ogień" to mi troszku nie pasuje. Palenisko , palił. Może tlił brzmiałoby lepiej? Bądź żarzył? Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jej, dzięki za zwrócenie uwagi na to palenisko, już poprawiam :) Że też sama tego nie dostrzegłam... Albo rzucająca ołówkiem polonistka :P

    Hmm, może została? A może tylko częściowo, skoro żadne z rodzeństwa nie złożyło pełnej ofiary? A może... Kto to wie? Sama nie jestem pewna, ale zostawmy to tak jak jest. Niedopowiedzenia mają swój urok :)

    Dzięki i za ten komentarz! Również pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak. Sama często zostawiam niedopowiedzienia :D pozdrawiam ;)

      Usuń