Oto kolejne opowiadanie napisane na konkurs. Kompletnie
nie miałam na nie pomysłu. Dopiero tuż przed terminem przyjaciółka naprowadziła
mnie na właściwy trop - tak, że wokół jej pomysłu urodziła się cała historia,
zanim zdążyłam wrócić ze szkoły. A potem pół dnia nad nim siedziałam, bo czas
mnie gonił. Już następnego dnia zaniosłam je mojej polonistce, żeby wiedziała,
co mam zamiar oddać na konkurs (teoretycznie pod jej skrzydłami). Nie wygrałam,
za to dostałam najlepszą recenzję ever - kobieta (nawiasem, bardzo czepiająca
się o wszystko) zasiadła do czytania z ołówkiem w ręce (przypuszczalnie żeby
nanosić poprawki, czego ostatecznie nie zrobiła), ale gdzieś w połowie rzuciła
go na biurko i w ogóle chyba zapomniała, gdzie jest. Stwierdziła, że mogłabym
dopisać jeszcze jakieś jedno zdanie "podsumowujące" na końcu, ja
grzecznie przytaknęłam, obiecałam, że się zastanowię - i następnego dnia tekst
trafił do punktu docelowego w dokładnie takim samym stanie.
Taka to historia. Ach, piękne czasy... Tak czy inaczej,
miłej lektury życzę!
Przeklęta!
To
jedno słowo wciąż rozbrzmiewało jej w uszach, odkąd zbudził ją bolesny skurcz.
Że też musi się to dziać w ostatni dzień… Bardzo żałowała, że spotkała tego
człowieka. Nic jednak nie mogła poradzić na to, że pojawił się na jej
terytorium akurat w czasie przemiany. I to wczesną wiosną, kiedy instynkt był
wyjątkowo silny. Nic dziwnego, że w końcu dała się ponieść. Teraz bała się
tego, co nastąpi. Nie wiedziała, co może się stać. Jedno było pewne – zaczęło
się.
Lily
była bardzo piękna. Wszyscy mężczyźni wodzili za nią wzrokiem, gdy tylko ją
dostrzegli. Czuła też na plecach zawistne spojrzenia innych kobiet. Nie
przejmowała się tym jednak. Choć bez skrupułów wykorzystywała wdzięk i urodę,
by osiągnąć to, co sobie zamierzyła, nigdy rozmyślnie nie wyrządzała nikomu
krzywdy. Nie było jej winy w tym, co się wydarzyło.
W
wiosce, nieco na uboczu, mieszkała pewna kobieta. Rzadko wychodziła z domu.
Ludzie mówili, że Vega para się magią, że dawno temu zawarła pakt z samym
diabłem. Mimo to wszyscy ją szanowali – powszechnie było wiadomo, że potrafi
znaleźć remedium na każdą dolegliwość. Każdy mógł udać się do niej po pomoc czy
poradę. Nikt nie wychodził od niej z pustymi rękami. Mieszkał z nią mężczyzna
imieniem Ragnor. Nie było tajemnicą, że jest jej partnerem.
Pewnego dnia, gdy matka
wysłała Lily po zioła do Vegi, w drodze natknęła się ona na Ragnora. Mężczyzna
przyglądał się jej uważnie, póki nie weszła do chaty. Spędziła tam jakiś czas w
oczekiwaniu, a gdy wreszcie zapłaciła za niewielki pakunek i wyszła, już na nią
czekał. Zagadnął ją przyjaźnie, więc odpowiedziała z uśmiechem. Starała się
tylko być uprzejma, lecz widocznie on odebrał to jako zachętę i zaczął się do
niej zalecać. Usiłowała się wycofać, lecz nic to nie dawało, Ragnor był coraz
bardziej nachalny. W końcu, gdy chciała odejść, złapał ją za rękę, by ją
powstrzymać. Spróbowała się wyrwać, lecz był dla niej za silny. Nagle sam ją
puścił i upadł na kolana, a z jego gardła wydobył się stłumiony wrzask.
Tknięta złym
przeczuciem, Lily odwróciła się i krzyknęła, z przerażeniem patrząc na stojącą
na progu chaty kobietę. Niemal nie poznała Vegi, tak bardzo odmieniła ją
wściekłość. Cofnęła się powoli, nie spuszczając oczu z kobiety, która ledwie
widocznie poruszała ustami, mrucząc coś pod nosem. Stopniowo mówiła coraz
głośniej, wreszcie słowa zamieniły się w krzyk…
***
Kolejny silny skurcz
przywołał ją do rzeczywistości. Nie chciała pamiętać tego dnia, jednak
wspomnienie wracało przy każdej przemianie. Również i tym razem, gdy przybrała
ludzką postać, nie udało się tego uniknąć.
Ale teraz było znacznie
gorzej. Ostatni, siódmy dzień jej przemiany dobiegał końca. Słońce już
zachodziło, niedługo na niebie ukaże się księżyc w pełni, zaraz zacznie
przybierać wilczą postać…
Krzyknęła
przeszywająco. Zaraz potem rozległ się cichy płacz. Zadrżała, słysząc kwilenie,
lecz nie mogła nic zrobić. To jeszcze nie koniec. Tym razem skurcze były
silniejsze, a ból tak przeszywający, że skowyczała i darła ziemię pazurami.
Poród skończył się równie nagle, jak zaczął. Oddychając ciężko, spojrzała na
swoje dzieci. Starsze wciąż płakało, poruszając niezgrabnie rączkami i nóżkami.
Młodsze z bliźniąt leżało spokojnie, zwinięte między jej łapami, jedynie czasem
cicho popiskując.
Sapnęła z wysiłku, z
trudem unosząc się na łapach. Przez chwilę stała tylko, chwiejąc się lekko. Po
jej grzbiecie raz po raz przebiegały dreszcze. Czuła, że nie da rady. A jednak
musiała. W każdej chwili do jaskini mogło zawitać jakieś zwierzę,
zainteresowane ludzkim pomiotem. Nie mogła dopuścić, by chłopcu coś się stało.
Czule trąciła nosem szczenię, które zdążyło już zasnąć. Nawet się nie
poruszyło. Jak najdelikatniej złapała chłopca i opuściła legowisko, kierując
się w stronę pobliskiej ludzkiej zagrody.
***
- Co jest? Miałeś iść
do lasu. Jeśli znowu jakiś lis porwie nam zająca z pułapki, pożałujesz, mój
drogi. Co to?
Mąż bez słowa podał
kobiecie małe zawiniątko, które przyniósł. Z ciekawością odchyliła róg chusty i
westchnęła smutno.
- Chłopiec?
Mężczyzna z ponurą miną
skinął głową.
- Ktoś go podrzucił.
- Biedne niebożątko…
Jak można? Ale my się tobą zaopiekujemy. Pewnie głodny jesteś…
Nie zwracając uwagi na
wciąż stojącego w progu męża, kobieta zaczęła krzątać się po kuchni, jedną ręką
przyciskając do piersi niemowlę. Mężczyzna wzruszył ramionami i wyszedł z
chaty, ukradkiem uśmiechając się z ulgą. Nie był zbyt biegły w liczeniu, jednak
domyślił się, czyje to dziecko. Martwiło go jedynie to, że gdy znalazł chłopca,
zauważył w zaroślach oddalający się cień. Na leśnych zwierzętach akurat się
znał. Dałby głowę, że widział wilka. Wyjątkowo dużego wilka. Zadrżał, myśląc o
spotkanej wiosną tajemniczej kobiecie i przeżegnał się z trwogą.
***
- Mamo, jak to się
stało? Jak to się mogło stać?
- Nie płacz, Rose. –
Drżącą ręką Lily otarła policzek córki, uśmiechając się do niej słabo. – Ludzie
nienawidzą nas, bo się boją.
- Powinni się bać!
- Nie, nie powinni. Nie
jesteśmy przecież złe.
- Klątwa…
- Nie ma w tym mojej
winy. A twojej tym bardziej. Posłuchaj – Przerwała na chwilę, by zebrać siły.
To, co miała do powiedzenia, było bardzo ważne. Odetchnęła głęboko, czując
przeszywający ból w piersi, zwiastujący bliską śmierć. – Nigdy ci o tym nie
mówiłam. Masz brata. Podrzuciłam go ludziom…
- Z tej zagrody, którą
mi pokazywałaś?
- Tak. Nie mogłam go
wychować, bo jest człowiekiem, nie likantropem. Ale na nim też ciąży klątwa,
tak jak na tobie. Myślę, że można ją zdjąć. Ale musisz go odnaleźć, inaczej to
niemożliwe. – Znów przestała mówić. Nie mogła zebrać myśli, a córkę widziała
coraz mniej wyraźnie. Ale musiała dokończyć. – Jutro pełnia – podjęła po
chwili. – Zamienisz się w wilka, ale nie wolno ci zapomnieć. Znajdź brata. –
Nagle przestała słyszeć szloch Rose i otoczyła ją nicość.
***
Zastukała ostrożnie do
drzwi chaty. Siedemnaście lat to szmat czasu, nie miała pojęcia, czy ktoś tu jeszcze
mieszka. Po chwili jednak usłyszała wewnątrz jakiś ruch. Cofnęła się o krok i
czekała. Wreszcie w progu ukazał się postawny mężczyzna. Choć był nawet
przystojny, z powodzeniem mógłby być jej dziadkiem. W jego oczach malowało się
bezbrzeżne zdumienie, gdy bez słowa przyglądał się gościowi.
- Dzień dobry. Mam na
imię Rose. Czy moglibyśmy…
- Jesteś… córką Lily,
tak?– Gestem zaprosił ją, by weszła.
Izba była urządzona
bardzo skromnie, lecz panował w niej wzorowy porządek. Nie było wątpliwości, że
mężczyzna mieszka tu jedynie z kotem, którego zapach doprowadzał ją do szału.
Bardzo musiała się starać, by nie dać wyprowadzić się z równowagi, patrząc na
dyndający z wygaszonego paleniska puszysty bury ogon.
Usiedli obok siebie na
prostej drewnianej ławie. Rose poczuła się bardzo niezręcznie. Nie wiedziała,
jak zacząć. W końcu ciszę przerwał mężczyzna.
- Wyglądasz zupełnie
jak ona, tylko te oczy… Jej były zielone, a twoje są takie jasne, niemal żółte.
Takie same, jak jego.
- Mojego brata? To o
nim pan mówi? – W oczach dziewczyny zalśniła iskra tłumionej nadziei.
- „Pan”? – Zaśmiał się
i lekceważąco machnął ręką. – Owszem. Bliźnięta? – Uśmiechnął się lekko, gdy z
zapałem skinęła głową. – Wychowałem Kurta. W końcu to mój syn… Żona zabrała
dzieci i odeszła, jak tylko wyszedł z niego wilk.
- Jak to? Mama mówiła,
że on jest człowiekiem.
- Nie przemienia się w
wilka, jak wy. Ale nie jest zupełnie… ludzki.
- Nie wie… Nie wiesz,
kiedy wróci? Chciałabym z nim porozmawiać… Mama nie żyje.
Mężczyzna momentalnie
posmutniał.
- Odszedł niedawno.
Powiedział, że nie może tu zostać. Próbowałem go powstrzymać, ale na niewiele
się to zdało.
- Muszę go odnaleźć.
Chcę zdjąć z nas klątwę, ale bez niego nie dam rady. Gdzie go znajdę?
- Przykro mi, dziecko,
ale nie mam pojęcia. Po prostu odszedł.
***
Pędziła przez las,
odkąd zapach stał się nieco silniejszy. Kilka dni temu po długich
poszukiwaniach wreszcie udało jej się złapać słaby trop. Podążała nim
najszybciej jak mogła. Przez te kilka dni nic nie jadła i niewiele spała, by
znów go nie zgubić. Jej siły były na wyczerpaniu, lecz podniecenie wywołane
zbliżeniem się do celu utrzymywało ją jeszcze na łapach.
Jeśli
szybko go nie znajdziesz, będziesz musiała na trochę odpuścić.
Szybko stłumiła
kołatającą się po głowie myśl i jeszcze przyspieszyła biegu. Czuła, że jest
blisko, już nie mogła doczekać się tego spotkania. Nie wiedziała, czego po nim
oczekiwać. Bardzo chciała poznać brata, o którego istnieniu przez całe swoje
życie nawet nie wiedziała. Była gotowa niemal na wszystko, byle w końcu go
odnaleźć.
Zatrzymała się. Coś
usłyszała, nie była jednak pewna, co. Rozejrzała się uważnie, węsząc. Wyczuwała
w pobliżu czyjąś obecność, ale nie mogła tego kogoś lub czegoś zlokalizować.
Warknęła gardłowo, odwracając się w stronę, z której przyszła. Nagle zyskała
pewność, że właśnie tam coś się czai. Zaczęła ostrożnie iść w tamtym kierunku,
pochylona nisko, niemal do samej ziemi.
Z cienia, idąc zupełnie
swobodnie, wyłonił się młody chłopak. Rose wyprostowała się, przyglądając mu
się czujnie. Uśmiechnął się na jej widok. Wilczyca zamachała niepewnie ogonem,
patrząc w jasne, promieniejące radością oczy.
- Hej, mała. Miałem
nadzieję, że mnie znajdziesz.
Głos Kurta nieco
przypominał warczenie, ale nie zwróciła na to uwagi. Gdy tylko się odezwał,
dopadła do niego jednym susem i skoczyła na niego, obalając na ziemię. Wsparła
mu łapy na ramionach i patrzyła na niego wesoło. Braterskim gestem poczochrał
jej czarną sierść i z trudem zepchnął z siebie wielkiego zwierza.
- Spokojnie. – Mrugnął
do niej, obserwując jej zniecierpliwienie. – Pogadamy, jak będziesz mogła. Mamy
czas. – Wstał i skinął na nią. – Chodź, niedaleko rozbiłem „obóz”.
***
- Kurt.
Niepewny szept od razu
wyrwał go z niespokojnego snu. Uniósł się na łokciu i w nikłym świetle spróbował
przyjrzeć się siostrze. Po chwili uznał, że to jednak niemożliwe i wstał.
Usiadł po przeciwnej stronie niewielkiego ogniska, by lepiej ją widzieć.
Poczekał cierpliwie, aż przysunie się bliżej.
- Więc to tak
wyglądasz…
- Rose.
- Śliczne imię. Nie
wiedziałem, że mam bliźniaczkę. Ojciec nic nie mówił.
- Nie wiedział. Ja też.
Mama powiedziała mi tuż przed śmiercią.
- Jaka ona była?
Rose musiała dobrze się
zastanowić. Tak naprawdę nigdy o tym nie myślała. W zasadzie Lily była jedyną
znaną jej istotą. Nawet inne wilki, choć nie były wrogo nastawione, trzymały
się z daleka. Zaczęła opowiadać. Kiedy z grubsza streściła bratu swoje życie,
przyszła kolej na niego.
Siedzieli tak do rana.
Czuli, że istnieje między nimi jakaś więź, na razie jeszcze bardzo słaba, lecz
wzmacniająca się w miarę, jak nawzajem się poznawali. Bardzo się od siebie
różnili – jedno, wychowane wśród ludzi, tłamszące w sobie swoją prawdziwą
naturę, a drugie dzikie i wolne przez całe życie. A mimo to mieli ze sobą wiele
wspólnego, łączyły ich nie tylko więzy krwi. Przede wszystkim mieli wspólny
cel: zdjęcie klątwy.
- Co teraz zrobimy?
Rose spojrzała na Kurta,
niepewna, o co mu chodzi.
- No wiesz. Jak się za
to zabierzemy?
- Nie mam pojęcia.
Wiesz, nie myślałam o tym, po prostu skupiłam się na odnalezieniu ciebie.
- Wobec tego chyba
powinniśmy znaleźć kogoś, kto nam powie, co robić, prawda?
- Nie mamy innego
wyjścia.
***
W wiosce zawitała
przedziwna para. Młodzi wyraźnie byli rodzeństwem. Oboje szczupli i wysocy,
mieli kruczoczarne włosy, żółte oczy i nieco dziki wygląd. Ludzie ich unikali.
Odwracali wzrok, gdy ich mijali, ukradkiem czynili znak krzyża za ich plecami
lub po prostu zamykali się w domach i trwożliwie wyglądali przez uchylone
okiennice. Jedynie stara kobiecina siedząca w progu maleńkiej, chylącej się ku
ziemi chatki nie uciekła na ich widok, więc postanowili z nią porozmawiać.
- Szczęść wam Boże,
dzieci – przywitała ich staruszka z uśmiechem na ustach, gdy tylko się
zbliżyli. Zapraszająco poklepała dłonią drewniane schodki, więc przysiedli obok
niej.
- Dzień dobry, babciu.
Jak się macie?
Kobieta wzruszyła
ramionami, chichocząc nieznacznie.
- Co was tu sprowadza?
- Cóż… Mamy pewien
problem.
- Duży problem –
poprawił siostrę Kurt.
- Tak. Potrzebujemy
pomocy. I nie bardzo wiemy, do kogo się z tym udać.
- Nie jesteście stąd,
co? – Kiwnęła głową, nim zdążyli zaprzeczyć. – Ludzie z całej okolicy przychodzą
do mnie po rady. Powiadają tu, że jestem bardzo mądra. Cóż – Zaśmiała się. – Sto
lat to całkiem słuszny wiek, nie sądzicie? Więc – Spojrzała na nich bystro. – Jaki
macie problem?
- Znacie się, babciu,
na klątwach?
- Boże mój! Biedactwa,
wam tu duchownego trzeba, a nie starej znachorki. Cóż ja wam poradzić mogę?
- A gdybyście się
zastanowili? Bardzo nam zależy. Do tej pory żaden ojczulek nawet nie chciał z
nami rozmawiać, niektórzy przepędzali…
- No dobrze, dobrze. Co
was dręczy, niebogi?
Kurt pochylił się w
stronę kobiety z obawy, by nikt niepowołany nie usłyszał ich rozmowy.
- Aż ciężko to wyznać,
tyle razy już próbowaliśmy i ciągle nic… Wiecie, babciu, co to likantropia,
prawda?
- Wilkołactwo znaczy? –
Staruszka przeżegnała się ze strachem drżącą ręką. – Nic…
Nagle, potrącając
kobiecinę, z chaty wypadł mężczyzna. Wymachiwał rękami i wrzeszczał, ile sił w
płucach:
- W imię Ojca i Syna!
Tfy, wynocha mnie stąd, pomioty szatańskie! A już!
Z domów jak na
zawołanie zaczęli wybiegać inni mężczyźni, krzycząc groźnie. Niektórzy mieli w
rękach siekiery lub widły, ktoś niósł gruby kij, ktoś inny miał pochodnię…
Niezbyt zaskoczone rodzeństwo zerwało się do ucieczki. Rose zdążyła krzyknąć
jeszcze do staruszki:
- Dziękujemy za chęć
pomocy!
Kobieta uniosła dłoń w
geście pożegnania, lecz już tego nie widzieli, bo pomknęli w las. Niektórzy
mężczyźni gonili ich jeszcze przez jakiś czas, lecz Kurt i Rose, wiedzieni
przez instynkt, zdołali szybko ich zgubić. Zatrzymali się w końcu nad
niewielkim jeziorkiem. Dziewczyna czujnie nasłuchiwała – wydawało jej się, że
słyszy niepewne kroki. Spojrzała na brata pytająco. Po chwili skinął głową na
znak, że wie, o co jej chodzi. Stanęli blisko siebie i czekali.
Po jakimś czasie z
zarośli powoli wyłoniła się mała dziewczynka. Wyglądała na nieco wystraszoną,
lecz nie zatrzymała się, a odważnie podeszła do nich. Dygnęła lekko, patrząc w
ziemię. Po chwili zerknęła na nich spod rozczochranych jasnych włosów i
powiedziała cicho:
- Babcia kazała mi was
poszukać. Mówi, że jest ktoś, kto być może potrafi wam pomóc. Mam was
zaprowadzić?
Rose uklękła przed
dziewczynką i uśmiechnęła się do niej.
- Nie trzeba. Wytłumacz
nam tylko, gdzie mamy iść. Jakoś sobie poradzimy.
Dziewczynka skinęła
głową, zastanowiła się chwilę i zaczęła mówić jednym tchem:
- Babcia mówi, żebyście
szli za słońcem, to traficie do wioski. Tam, na uboczu, stoi stara chata.
Trochę strasznie wygląda, wiem, bo widziałam. Mówią, że tam mieszka czarownica,
co nikomu nie odmawia pomocy. Może będzie wiedziała, co zrobić.
Dziewczynka spojrzała
ufnie na Rose rozpromienionymi błękitnymi oczyma. Widocznie była dumna z tego,
jak się spisała. Dziewczyna pogładziła ja delikatnie po policzku.
- Dziękujemy, maleńka.
Leć już do babci. I podziękuj jej od nas! – krzyknęła za znikającą już w
zaroślach dziewczynką.
***
- Jutro pełnia, musimy
się pospieszyć.
- Więc chodźmy do niej
teraz.
- Tak w środku nocy?
- Skoro to czarownica…
Rose wzruszyła
niepewnie ramionami. Dotarli do wioski bez problemu, znaleźli chatę, o której
mówiła dziewczynka. Kurt miał rację, nie mieli zbyt wiele czasu. Może
rzeczywiście powinni od razu tam pójść. W końcu skinęła głową. Ruszyli,
obchodząc okoliczne zagrody. Nie chcieli znów zostać przepędzeni, to mogła być
ich jedyna szansa.
- Proszę, proszę, kogo
przywiało w moje progi niegodne – przywitał ich kpiący głos. W drzwiach czekała
na nich niska, wyglądająca dość młodo kobieta. Jedynie jarzące się w mroku oczy
zdradzały podeszły wiek. – Wejdźcie, dzieciaki. Wiedziałam, że mogę się was
spodziewać.
Ze sklepienia chaty zwieszały
się pęki suszonych ziół. Przy piecu, w którym palił się ogień o nieco dziwnym
czerwonobrunatnym zabarwieniu, wylegiwały się dwa koty – jeden zupełnie czarny,
drugi biały o czerwonych oczach. Powietrze przesycone było przedziwną
mieszaniną zapachów. Kobieta szerokim gestem wskazała na kilka krzeseł
stojących wokół niewielkiego stołu z surowego drewna.
- Siadać. Nie jestem
pewna, czy chcę marnować na was czas. Ale przecież powiadają, że nikomu nie
odmawiam pomocy, czyż nie? – Uśmiechnęła się szyderczo. – Nie wypada mi po tylu
latach zmieniać przyzwyczajeń. Domyślam się, z czym przychodzicie, ale śmiało,
mówcie.
- Wiesz o ciążącej na
nas klątwie?
- Tyle lat już żyję na
świecie, a ty pytasz, czy potrafię rozpoznać likantropa? Powiadam ci, córko
Lily, nie ma rzeczy, której by stara Vega nie wiedziała.
- Vega? Mama kiedyś o
tobie wspominała…
- Ale niewiele o niej
wiecie, co? Urodziła się tutaj, w tej wiosce. – Nagle kobieta wybuchła
przeraźliwym śmiechem. Po chwili zdołała się opanować i kontynuowała spokojnie
– To ja nałożyłam na nią przekleństwo.
- Jak to?! – Kurt
zerwał się na równe nogi. – Ale…
- Usiądź… No.
Powiedziałam, że wam pomogę, więc to zrobię. Najpierw opowiem wam bajeczkę.
Niezbyt ładną bajeczkę. Na pewno nie kończy się dobrze – Zachichotała
piskliwie. – Wasza matka była młodą i piękną dziewczyną. Podobała się chyba
każdemu chłopowi, więc przez kobiety to ona kochana nie była. Niepotrzebnie mi
się tu pchała – Znów roześmiała się skrzekliwie. – Wpadła w oko mojemu
kochasiowi, to i dostała za swoje. Oboje dostali. Ragnor od tej pory ziemię
gryzie. A Lily nie miała tyle szczęścia, ot co. – Czarny kocur prychnął
gniewnie, gdy od ścian odbił się donośny rechot wiedźmy i schował się pod
stołem.
- No dobrze. Co z twoją
obietnicą?
- Jakie to prędkie do
wszystkiego! Dobra, powiem wam, co wiem, ale radzić musicie sobie sami. Cóż…
Klątwa zrodziła się z niestałego uczucia i żądzy, zatem nie może jej złamać
nic, jak tylko szczera, czysta miłość.
- W jaki sposób?
Vega spojrzała z
namysłem na siostrę, później na brata. Sięgnęła do pasa, wyjęła zza niego
krótki sztylet o grubym kościanym ostrzu i rzuciła go chłopakowi.
- Ofiara. Nie ma innego
sposobu. – Założyła ramiona na piersi i popatrzyła na nich wyczekująco. –
Audiencję uważam za skończoną. Tym razem wyjątkowo nie wezmę zapłaty. No już,
zmykajcie, zanim się rozmyślę!
Rose i Kurt spojrzeli
po sobie zaskoczeni i szybko wyszli z chaty. Bez słowa ruszyli w las.
Zatrzymali się na jakiejś polanie, którą przecinał strumień. Dziewczyna opadła
na trawę.
- To okropne. Jak
mielibyśmy to zrobić?
- To nie takie proste,
siostrzyczko, ale… Gotów jestem się poświęcić. Zrobię to dla ciebie.
- Nie! Myślisz, że bym
to przeżyła? Wolałabym sama się zabić, żebyś ty mógł być wolny.
- Nie zgodzę się na to,
wiesz, że nie mogę.
Kurt uniósł nóż do
własnej piersi. Rose natychmiast przyskoczyła do niego i powstrzymała jego
rękę.
- Nie rób tego! – Zaczęła
szlochać. – Czy nie lepiej, byśmy oboje raczej żyli z klątwą, niż by jedno dla
drugiego musiało poświęcić swoje życie? Albo żebyśmy zginęli oboje!
- Nie, Rosie. Nie
pozwolę ci zmarnować sobie życia z mojego powodu. – Wyszarpnął rękę z jej
uścisku.
- Poczekaj… – Brat
posłał jej pytające spojrzenie. – Coś się dzieje.
- Ale co… Masz rację. –
Zaskoczony ujął ją pod brodę, obrócił jej twarz ku górze i zaczął przyglądać
się jej w słabym świetle poranka. – Masz rację, siostrzyczko. Twoje oczy…
- Twoje też. Zrobiły
się brązowe.
- A twoje zielone. Czy
to może znaczyć…
- …że klątwa została
zdjęta? Że wbrew temu, co mówiła Vega, wystarczyła jedynie gotowość do
poniesienia ofiary, by udowodnić, że się kochamy?
Kurt delikatnie
pogładził ją po policzku.
- Więc przekonamy się,
gdy wzejdzie księżyc w pełni. Przekonamy się dziś wieczorem.
Ciekawe czy klątwa została zdjęta :D Nie przepadam za historiami o wilkołakach, wampirach itp. Ta jednak wciągnęła mnie ze względu na na ciekawe wprowadzenie: dowiadujesz się o klątwie. " Przy palenisku, w którym palił się ogień" to mi troszku nie pasuje. Palenisko , palił. Może tlił brzmiałoby lepiej? Bądź żarzył? Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńJej, dzięki za zwrócenie uwagi na to palenisko, już poprawiam :) Że też sama tego nie dostrzegłam... Albo rzucająca ołówkiem polonistka :P
OdpowiedzUsuńHmm, może została? A może tylko częściowo, skoro żadne z rodzeństwa nie złożyło pełnej ofiary? A może... Kto to wie? Sama nie jestem pewna, ale zostawmy to tak jak jest. Niedopowiedzenia mają swój urok :)
Dzięki i za ten komentarz! Również pozdrawiam :)
Oj tak. Sama często zostawiam niedopowiedzienia :D pozdrawiam ;)
Usuń